 |  | | Album rodzinny - Rozental |
|  |
Wysłany: Czw Lip 13, 2006 10:43 am |
|
|
| Christine |
| administrator |
 |
 |
| Dołączył: 13 Wrz 2005 |
| Posty: 2496 |
| Skąd: Gdańsk |
|
|
 |
 |
 |
|
Rozental
Z całej zastawy z gmerkiem fabryki Rosenthal ostała się nam tylko podstawka pod dzbanek.
Nie tłukła się, chyba na złość. bo nie obchodzono się z nią delikatnie. Nigdy mi się nie podobał wzór w niebieskie i żółte zygzaki, asymetrycznie rozrzucone na białym tle, ale wierzyłam na słowo, że jest to coś cennego, znacznie bardziej wartościowego od ślicznych „włocławków”.
W siermiężnej, polskiej rzeczywistości pseudokomunistycznej nazwa tej niemieckiej manufaktury - fabryki porcelany, kojarzyła się z niesłychanym luksusem. To była prawdziwa porcelana, ta przedwojenna, wylegująca się na „pańskich” stołach.
Zapotrzebowaniom estetycznym "ludu" dzielnie starały się sprostać wytwórnie fajansu we Włocławku, w Kole i jakaś tam, przaśna porcelana z Chodzieży i Lubiany.
Najmodniejsze i trudne do zdobycia były „ręcznie malowane Włocławki” na których najczęściej stosowwanym motywem zbobniczym były niebieskie kwiaty na białym tle, nigdy dokładnie nie trzymające wzoru. Zdobione zręcznymi dłońmi talerzyki, filiżanki, dzbanuszki wykupywano „na pniu”. Powstawały całe kolekcje włocławków, obwieszano nimi kuchnie, salony, a ilość i jakość stanowiły wręcz o statusie majątkowym rodziny, wyszukanym guście i przedsiębiorczości w zdobywaniu niełatwo dostępnego towaru.
Powojenna produkcja porcelany Rosenthal do nas chyba w ogóle nie docierała, natomiast ta przedwojenna przetrwała tylko w niektórych domach lub w pięknych kolekcjach dworskich, teraz muzealnych.
Cóż, my mieliśmy w domu tylko ten niedobitek, który babcia wyciągnęła po powstaniu warszawskim z ruiny zbombardowanego domu. W gruzach prawie nic nie zostało, a rozental skurczony do jednego krążka – przetrwał. Czasem, gdy na niego spoglądała, pijąc kawę przy kuchennym stole nakrytym ceratą, rozpoczynała niekończącą się wyliczankę - co miała w dorobku swego przedwojennego gospodarstwa i co straciła razem z warszawskim domem, wysadzonym tak skutecznie w powietrze przez Niemców, że nie było do czego wracać. Od kompletu dębowych mebli w jadalni zrobionych na ”obstalunek”, tapicerowanych kanap wypychanych morską trawą, koronkowych firan, zazdrostek, obrusów, pluszowych obić i kotar w najlepszym gatunku, jakiego teraz nie uświadczysz, przez zastawy stołowe pełne półmisków, salaterek, filiżanek, dzbanuszków, srebrnych sztućców, złotych wzorków, kwiatuszków, dupereli… eeeech! Nie mówiąc już o tym, że trzeba było ruszyć w poszukiwaniu nowego domu daleko, nad samiutkie morze, tam, skąd właśnie ruscy przepędzili hitlerowców, niszcząc i rabując przy okazji co się da. Znaleźć nowy dom było stosunkowo łatwo, wyremontować go własnymi siłami - jakoś się udało, wyposażenie poniemieckimi sprzętami - było kwestią rozejrzenia się w około i zgromadzenia tego, co potrzebne. Tylko wybredny gust babci przy tym wciąż marudził: wszystko co niemieckie było prostackie i bez wdzięku. No, za wyjątkiem porcelany.
Od czasu do czasu mama stawiała na rozentalu dzbanek z kawą, a była to w specjalny sposób zaparzana kawa, nasypywana z małej, metalowej puszki z napisem „Marago”. Nie było innej kawy rozpuszczalnej w owych czasach, a ta niezupełnie przypominała ekstrakty znane dziś i do znudzenia powszechne.
Kawę Marago trudno było zdobyć, a jak się już zdobyło, to należało wydobyć z niej cały smak i aromat. Mama sypała do kubka kilka łyżeczek kawy i trochę cukru, dodawała odrobinę wrzątku i przez chwilę energicznie ucierała, jak kogiel-mogiel.
Potem dolewała jeszcze trochę wrzątku, mieszała i szybko przelewała zawartość do dzbanka. Uzupełniała wodą do zamierzonego stopnia stężenia i - już. Tak przyrządzona kawa Marago miała dużo pianki i była bardzo smaczna. Zapach przywabiał domowników i gości, a mieszał się przytulnie z zapachem świeżej drożdżówki, albo wspaniałego jabłecznika w kruchym cieście, które potrafiła wyczarować szybciusieńko, jakby mimochodem. Nikt nic nie zauważył, zanim zapach nie zawiercił w nosie, a soki żołądkowe nie zaczęły wygrywać skocznego marsza.
Tyle mi się przypomniało, gdy niedawno rozental wymknął mi się z rąk i przysięgam, że w jednym z kawałków rozpryśniętych na podłodze, a może w jednej z moich łez, ujrzałam twarz babci wliczającej do rodzinnych strat także i ten cenny przedmiot. |
|
Ostatnio zmieniony przez Christine dnia Czw Wrz 28, 2006 7:15 pm, w całości zmieniany 8 razy |
|
|
|
 | |  |
Wysłany: Czw Lip 13, 2006 11:40 am |
|
|
| juragos |
|
 |
 |
| Dołączył: 28 Cze 2006 |
| Posty: 779 |
| Skąd: Katowice |
|
|
 |
 |
 |
|
Z zainteresowaniem przeczytałem ten tekst. Spodobało mi sssie to opowiadanie. Dlatego sssie, ponieważ do tej pory czuję zapach kawy Marago przyrządzonej przez twoją mamę. Muszę spróbować, tylko gdzie taką kawę znajdę...
Wiersz i ten tekst w pełni oddaje atmosferę tamtych dni...
Pozdrawiam Jur |
|
_________________ Optymistom żyje się lepiej |
|
|
|
 | |  |
Wysłany: Pią Lip 14, 2006 1:10 pm |
|
|
| ella_hagar |
|
 |
 |
| Dołączył: 01 Mar 2006 |
| Posty: 763 |
| Skąd: Warszawa |
|
|
 |
 |
 |
|
Bardzo ładne. Porcelanowe reminiscencje.
Bardzo kobiece – nie babskie, bo nie Harlequinowe, ale właśnie kobiece.
Kto, jak nie kobieta potrafi się tak pochylić nad rozbitą porcelaną ?
I z kawałków, jak z puzzli ułożyć obrazy rodzinne.
Bardzo fajny kawałek tekstu.
Może to metafora delikatności wspomnień, tego co przeżywamy, kruchości, znikomości człowieka, jego życia….
PS. Mam w domu „włocławską” cukiernicę z pękniętą przykrywką. Taką dla domu, na co dzień. Nie oddam za nic.
Świat mi słodzi, tak jak słodziła moim rodzicom ;) |
|
|
|
|
Wysłany: Pią Lip 14, 2006 1:37 pm |
|
|
| Christine |
| administrator |
 |
 |
| Dołączył: 13 Wrz 2005 |
| Posty: 2496 |
| Skąd: Gdańsk |
|
|
 |
 |
 |
|
| Dziękuję. Może to tylko wspomnienie, ale jego ulotność przypomniała mi, że w każdej rodzinie jest jakiś szczególnie cenny przedmiot, który przechodzi z pokolenia na pokolenie właśnie po to, aby przypominać ... |
|
|
|
|
Wysłany: Nie Lip 23, 2006 1:38 pm |
|
|
| mewa |
| moderator |
 |
 |
| Dołączył: 20 Kwi 2006 |
| Posty: 1714 |
|
|
|
 |
 |
 |
|
| Tak:) jak moje filiżanki z chińskiej porcelany, jedna wyszczerbiona,jedna ze sklejonym talerzykiem, jedna cała... czas na córkę, bo to skarb już 3 pokolenia kobiet z rodziny mojej. Jak córka to 4 pokolenie!! |
|
_________________ Mówiłaś, że byłaś najbardziej szczęśliwa, gdy tańczyłaś, mówiłaś też, że byłaś najbardziej szczęśliwa, gdy tańczyłaś ze mną, a teraz które ze zdań wybierasz? / Cohen |
|
|
|
| Forum Strona Główna » PROZA |
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
|
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
|
|
|
|
|