| Marek J. |
|
|
 |
| Dołączył: 26 Cze 2008 |
| Posty: 26 |
|
|
|
 |
 |
 |
|
Wakowało stanowisko i należało je zapełnić. Problem ten zakwalifikowano do łatwych: starczy skrzyknąć wolnych, niezależnych, samorządnych znajomych i do ataku.
Ale nie w moim miasteczku, gdzie znajomych brakuje od zawsze.
Godne zaufania osoby siedzą po mamrach, a niedobitki smutasów, walają się po rozdrożach.
Po długotrwałych debatach uradzono, że zanim znajdzie się NOWEGO, z sąsiedztwa sprowadzi się awaryjną niedojdę i już na miejscu dokona się odpowiedniego szkolenia.
*
Zazwyczaj senne miasteczko ożywiło się pod wpływem świeżego niezguły. Stary przestał już rozbawiać kogokolwiek. Wypsztykał się z entuzjazmu.
Przemykał się ze swoim ociężałym dowcipem pomiędzy płotami, powoli gibał się na nagrobkową stronę, zamyślał na nieznaną intencję, drzemał w pozach co najmniej niecenzuralnych.
Ręce miał znoszone, brzuch nieforemny, a nogi sękate. Nadawał się na złom dla clownów.
Stare kawały nikogo już nie bawiły i nadaremnie potykał się na bananach. Rzucanie tortem w burmistrza też było nudne za setnym razem.
Nowy był za to śmieszek i jajcarz. Tryskał humorem i pomysłami, co było dziwne, bo pracował na pół etatu, czyli za pół darmo i jakby społecznie.
Był to facet młody, jeszcze nie rozdeptany przez życie, żył samotnie i oszczędnie, a najważniejsze: miał własny sprzęt rozweselający!
Nazywano go Głupi Jaś, ale po godzinach zwał się mgr Burak. Jak to nowy, nie zostawił na nas suchej nitki, a na deser sparodiował sam siebie.
Tymczasem, gdy młody strzykał dowcipem, jego poprzednik przechodził na emeryturę; przygasł, oklapł, pożywiał się kleikiem i chodził na nieświeże ryby. |
|