Wysłany: Sro Lip 19, 2006 10:17 am |
|
|
| Bojan |
|
|
 |
| Dołączył: 15 Gru 2005 |
| Posty: 271 |
|
|
|
 |
 |
 |
|
B A R B I Z O N, listopad
„Zmienić adres, to jest zmienić przeznaczenie „ (Singer)
A wszystko to zajęło mój umysł, moją pamięć któregoś listopadowego dnia w miasteczku Barbizon, znanym historykom sztuki, gdzieś pomiędzy Melun, a Fontainebleau, mniej więc godzinę drogi od Paryża.
............................................................................................................................
Wiem, że pamiętałabyś nasz paryski pokoik, nasze siódme niebo. Śpiewałaś czasami swoim niskim głosem tę piosenkę-pytanie „Et si tu n’existais pas”. Śpiewałaś to do mnie gdy było ci smutno, nie wiedziałem dlaczego. A ja nie bez złości: przecież jestem, jestem.
„Jak długo jeszcze, no jak długo?” - To twoje oczy, tak myślę dzisiaj, mówiły za ciebie (nie widziałem tego, nie widziałem).
W tej kafejce na rogu rue de Chabrol i St.Lazare stara właścicielka częstowała nas Bachem przyprawionym Mozartem, polanym Vivaldim, do popicia był Bizet. Stary magnetofon ledwie zipiał gdy Maria Callas raczyła nas znowu swoją „Habanerą”. Na ścianach reprodukcje podmalowane much puentylizmem: Renoiry, Monety, zboża w Arles. A pomiędzy nimi straszyła ślubna fotografia rodziców Rilkego. Wtedy myślałem: to musi być chyba tylko reprodukcja, skąd ta baba mogłaby mieć oryginał zdjęcia, które było zrobione dobre sto lat temu? Czy wiesz? Postanowiłem zbadać bliżej sprawę i się okazało, że to był oryginał!
Jakie to dzisiaj ma dla nas znaczenie? Tylko w mojej pamięci gdzieś się zawieruszyło, gdy czasem czytam listy tych dwojga: Rainera i Lou.
Zanurzając się w tobie jak - jakiego można użyć porównania: jak w ocean? - chciałem już na zawsze (jak kłamliwe słowo),już na zawsze
(dziś wiem dobrze, że „zawsze” jest już znacznie bliżej),po prostu pozostać, jakby czas nie płynął. Czyż ocean płynie?
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Na ogromnym peronie stacji metra Chatelet przyklęknął na posadzce chłopiec z zapałkami. Nie dziewczynka i nie w mroźną andersenowską noc lecz w kłębiącym się zapachu potu setek podróżnych. Kaleka z jedną ręką układający na posadzce, którą niecierpliwie śpieszące się buty muszą w tym miejscu omijać, dziwaczne ni to kwiaty ni geometryczne wzory. Jego zapadnięte smutne oczy nie oczekują jałmużny. Chłopiec jest, spięty ponury. Z cichą zawziętością układa zapałki, poprawia gdy jakiś nieuważny but rozsypie fragment układanki, milczy. Ale nie czeka na jałmużnę, którą ktoś z rzadka zabrzęczy w misce stojącej jak wyrzut na obrzeżach wzoru. Tylko jego oczy stają się wówczas jeszcze bardziej smutne.
Opowiedziałem ci o tym wieczorem - zapłakałaś.
.................................................................................................................
Uczucia, nasze uczucia… Dzisiaj słyszę je, tak właśnie: słyszę,
one brzmią we mnie jak Romans z Dwudziestego koncertu Mozarta.
Czyż w nich nie byliśmy jak Heloiza i Abelard albo może nawet Verlaine i Rimbaud?
Paryż był w te noce naszą wyspą, bezludną wyspą - miasto ośmiu milionów. Z głośnika płynącym mruczeniem kontrabasów i wiolonczeli zasypialiśmy nad ranem. Finał rozbrzmiewał pianissimem naszej krwi.
A teraz miasto moje bez ciebie. Planty tak pożółkłe bez ciebie i Floriańska za ciasna i Rynek za gwarny i Zaułek Niewiernego Tomasza za mroczny, bez ciebie.
Nie umiałem słowami namalować ci tego miasta nigdy nie objętego wierszem.
Czy więc potrafię opowiedzieć o tobie…?
-----------------------------------------------------------------------------------
W Barbizon na Grande Rue nie ma teraz tłumu turystów, nie ma malarzy przy sztalugach, jest sennie i blado-słonecznie, cicho. Jest listopad. Tylko kafejki wabią dziewiętnastowiecznie.
Zimą paryską, tak deszczowo mglistą, suszyłem ustami twój mokry policzek w rozświetlonym scenami ekranowych rozstań ciepłym kinie.
Potem w domu stawałaś się smutna i znowu nuciłaś Joe Dassin’a.
I te nasze wypady wrześniowo-wrzosowe do głazów pęczniejących w Lesie Fontainebleau - chowałaś się w ich szczelinach. a ja drżałem nie mogąc cię odnaleźć. Potem pośród tych kamiennych stworów smakowaliśmy nasze śniadanie na trawie. A w drodze powrotnej zawsze Barbizon.
O to wszystko chciałbym cię zapytać czy pamiętasz, ale ciebie nie ma,
a ja - czy wciąż jestem?
…………………………………………………………………….
Moje miasto, gdzie złoty hejnał z koronowanej wieży każe turystom zadzierać głowy. Miasto ze snów, miasto z powrotów, miasto tak wielu niemożności, z których rodzą się arcydzieła. Każdy z zegarów na kościelnych wieżach budzi mnie nocami o innej godzinie. Noce są długie, a sen nazbyt krótki, sen bez ciebie. I nie ma już tej mojej bezsenności z tobą. Czas drzemie wyczekując pierwszych westchnień świtu. Poprzez nieśmiałe ptasie zawołania przenika urwana melodia trębacza, otwieram okno na oścież - poranny chłód spływa po zaspanych policzkach, słońce przegrywa bitwę z ołowianym niebem, kwietniowy deszcz staccato gra na parapecie.
Nadrzecznymi wałami, które tutaj zwiemy bulwarami chodzę pod rękę z wiatrem od rzeki.
Tam na bulwarach kolorowieją nasze ulubione kafejki, jak ta na Bulwarze Sebastopol - dlaczego już dzisiaj nie pamiętam jej nazwy?
Z oddali akordeon niósł paryski walczyk „J’ai deux amours…”
Wieczorem na pobliskiej Saint Denis, zwodniczej ulicy, przechadzają się perły wśród śmiecia, więc pocałunkami zakrywałem ci oczy.
Tu wieczorem bulwary zaśmiecają pijacy, a w dni pogodne staruszkowie walczą z szachownicą.
Z pod Floriańskiej Bramy bachowska toccata udaje organy na akordeonie „mojego” Rosjanina. Dzisiaj gra tylko dla mnie Albinioniego przesmutne Adagio - czyżby wiedział…?
………………………………………………………………………….
………………………………………………………………………….
Z głową pełną paryskiej bohemy opuszczałem moje miasto, podstarzały student z walizką upchaną książkami.
A tu Quai d’Orsay goszczące tamtych Odrzuconych, Luwr klasycznie dostojny, skostniały w patosie, dawny Montparnasse, po którym przemyka zawiany cień Modiglianiego, a gdzieś pomiędzy nimi błękitny Picasso. Nawet Montmartre dzisiejszy z pacykarzami ze wszystkich stron świata, wszyscy byli w moich planach.
Od nazwisk tych największych roiło się w głowie ,wszyscy tacy znajomi - może kiedyś zaproszą by z nimi pozostać…Lecz się adres odmienił, nasz pokój w oficynie niepięknej kamieniczki i te wszystkie dni, noce bezsenności z tobą. Moje miasto tak już dalekie.
Sale wykładowe, to były galerie, czarodziejskie spotkania z Chagallem i z tobą po raz pierwszy przy Celnika „Śpiącej Cygance”, co przyleciała tu z Nowego Jorku. Byłaś jak mała dziewczynka, którą lew przestraszył liżąc czarne włosy tej śpiącej Cyganki. Poczułem jakieś tkliwe rozbawienie.
Potem już razem odwiedziny Aix, gdzie wokół domu starego Cezanne’a, tego z fotografii, taki smutek zieleni w zarosłym ogrodzie.
………………………………………………………………………...
Znowu moje miasto. Idę na wzgórze nad rzeką, a droga się dłuży i tak ciąży ten niewielki pojemnik z metalu, choć w nim tylko garść ziemi zmieszanej z popiołem; tyle ile dłonią zagarnąć się dało z jardin des souvenirs. Teraz jeszcze odnaleźć trzeba małą niszę w murze. Już jest - stawiam w niej metalowy puchar, przy nim kwiat przywiędły, odchodzę.
Nie będzie napisu, choć myślałem o takim: Pour Avril de la part de Novembre. To dobre porównanie naszych kalendarzy.
Ale nie będzie napisu.
Ja jeszcze powrócę pod mój stary adres, a ty pozostaniesz jednak w moim mieście.
W Barbizon jest znowu listopad, pożółkłe słońce nie chce ogrzać
mojej samotności. Gdy mijam kolejną wabiącą kafejkę, kroki moje szeleszczą po liściach, jakby zawstydzone spotkaniem z duchami Barbizończyków. Mijając mnie uchylają ronda swych słomkowych kapeluszy i każdy z nich kiwa do mnie pędzlem. Gdzieś w tle jesienne zamglenie przybiera twą postać.
Jest sennie, jak na grawiurach dziewiętnastowiecznych smętniejących spoza zakurzonych witryn.
Czas wracać pod adres skąd nie ma powrotów.
……………………………………………………………………….
Et mes chers souvenirs sont plus lourds que de rocs
(Charles Baudelaire) |
|
|
|
|
 | |  |
Wysłany: Sro Lip 19, 2006 11:28 pm |
|
|
| mewa |
| moderator |
 |
 |
| Dołączył: 20 Kwi 2006 |
| Posty: 1714 |
|
|
|
 |
 |
 |
|
Jest wiersz i proza, zalazek cyklu, chociaz czytajac wiersze i proze, publikowane przez Ciebie, wszystko uklada sie w cykl, nature... Sama nie wiem czy bardziej "uwodza" miejsca, nazwy, ludzie, obrazy, kamienice, wspomnienia bajek czy moze tak skrzetnie zawoalowane uczucia?. Barbizon - ludzie zwykli w swojej niezwyklosci, w których prostote a jednoczesnie wielkosc wkradla sie para zakochanych w sobie ludzi. Lata, wieki, magia, czar i natura - smutek, samotnosc. Nie ma zapomnienia...wiersze i proza zachowuja malarzy ( widze ich w jasnych, lnianych garniturach) zachowuja ziemie i ...
Sama juz nie wiem, czy moj ukochany Singer ma racje...
Wspaniale, chociaz to sBowo zapewne nie powinno pasc, cisza i zamyslenie... |
|
_________________ Mówiłaś, że byłaś najbardziej szczęśliwa, gdy tańczyłaś, mówiłaś też, że byłaś najbardziej szczęśliwa, gdy tańczyłaś ze mną, a teraz które ze zdań wybierasz? / Cohen |
|
|
|
 | |  |
| Forum Strona Główna » BOJAN |
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
|
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
|
|
|
|
|