Forum

login.php profile.php?mode=register faq.php memberlist.php search.php ./.


Forum Strona Główna » PROZA » Dzielnica /fragment/
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
Dzielnica /fragment/
PostWysłany: Pią Mar 23, 2007 10:09 am Odpowiedz z cytatem
Wabigon
Dołączył: 23 Mar 2007
Posty: 47




fragment powieści mającej już około 200 stron

....................................

Taka jedna historia z Dzielnicy.


Tego dnia gruby Bolo miał kaca giganta. Siedział zbolały na schodkach do Sonaty i jęczał. Sonatę Szefo otwiera po dziesiątej, a to znaczyło, że Bolo miał jeszcze jęczeć przez ponad godzinę na tych schodkach, zanim się dorwie do klinowego piwa. No to co miał robić ? Siedział i jęczał.
Z głębi ulicy Himilsbacha nachodził Szczurek. Pewnie go stara z domu wygoniła, bo inaczej to by jeszcze spał. Szczurek jest facecik drobny, czterdzieści kilo wagi i metr pięćdziesiąt wzrostu. No może metr pięćdziesiąt pięć, jak sobie grzywkę naczesze i nażeluje białkiem z jajka. W sumie to z niego żaden mężczyzna. Jego stara jest baba masywna, no i nic dziwnego, że go czasem bije. A może nawet częściej niż czasem ? W ten sposób ją Szczurek zaspokaja.
Szczurek nie lubił Bola od czasu, kiedy Bolo nim Panasonixa zepsuł, jak się pokłócili przy kartach. Więc jak usłyszał, że Bolo jęczy, to sobie przykucnął przy tych schodkach i słuchał. Przymknął oczy i miał bardzo zadowoloną minę, zupełnie jakby mu ktoś dał prytę za frajer.
Bolo najpierw całkiem go nie zauważył, ale jak Szczurek westchnął głośniej z rozkoszy, spojrzał na niego wybudzony ze swoich boleści i warknął:
- A ty tu czego Szczurze ?
- Nic. Tak sobie tylko słucham jak jęczysz. –
- Poczekaj, jak tylko dojdę trochę do siebie to ci tak przypieprzę, że do niedzieli nie wstaniesz ! – jęknął Bolo.
- Dobra, dobra – powiedział lekceważąco Szczurek i chciał słuchać dalej.
Ale Bolo na złość Szczurkowi zacisnął zęby i przestał jęczeć.
Wzdłuż ulicy Bacha jakaś troskliwa matka goniła z pasem w ręku swoją pociechę. Chłopaczek miał nie więcej niż siedem, osiem lat, ale biegał szybciej od niej i pomimo wysiłków nie mogła go złapać. Zatrzymała się w końcu zdyszana i grożąc mu uniesioną po leninowsku ręką z pasem zawołała ze złością, ale i trochę samokrytycznie:
- Czekaj, czekaj, ja cię jeszcze złapię ty skurwysynu ! –
- Jak mnie kurna złapies, to mi nadrapies, a jak mnie kurna zdogonis, to mi nadzwonis ! – odpowiedział rezolutnie synek.
- Nie daj się mały – krzyknął Szczurek, który zawsze szlachetnie kibicował mniejszym i słabszym.
- Goń się ty głupi Szczurku – odkrzyknął mu malec.
- Widzisz Bolu, wszyscy mnie tu znają – powiedział z zadowoleniem Szczurek.
- Nawet małe dzieci – dodał czule – Moja kochana dzielnica. –
- Szczurek, Szczurek zjadł ogórek – zaczął krzyczeć mały.
- Zdolny chłopak, - jęknął z podziwem Bolo – jak trochę podrośnie, to jeszcze ci Szczurku wpieprzy, bo i po co się wtrącasz do rodzinnych nieporozumień. –
- A ty Szczurku to już nie urośniesz - dodał z zadowoleniem.
Ale Szczurek już go nie słuchał. Myślał nad czymś z wysiłkiem, marszcząc swoją szczurzą twarz od wystającego podbródka, aż po nabiałkowaną grzywkę.
- Wiesz Bolu co ? – powiedział tajemniczo – Ty to jęczysz zupełnie jak te duchy na filmach zgrozy. –
- Szczurze, jak tylko trochę dojdę do siebie, to ci tak ....
- Posłuchaj – przerwał mu Szczurek – Ty naprawdę masz talent jak aktor kinowy. –
- No, może i tak – powiedział skromnie Bolo.
- A wiesz, że tej babce Blicharzowej to nie dawno mąż umarł ? No nie ?-
- No i co z tego ? Umarł kurwa i nie żyje.-
- A ona się zawsze duchów bała. –
- Może się i bała, a może nie. –
- Bała się bała. I teraz jeszcze bardziej się boi. Mówiła mi moja stara, że babka tak dziadkowi Bicharzowi za życia dopiekła, że teraz ciągle się boi, że on po śmierci przyjdzie ją prześladować. –
- No i co ? - zapytał Bolo zaczynając powoli kapować co Szczurek kombinuje.
- Jak byś tak ładnie pojęczał w nocy na jej podwórku, to może ja bym potem od niej jakąś kasę wyciągnął za wypłaszanie ducha. –
- Może ty i dobrze kombinujesz, ale ja nie mam teraz głowy do interesów. Jak wypiję klina, to możemy pogadać.-
- Ale nie będziesz mnie bił ?-
- Na razie nie. –
- Dobra. –

*

Wieczorem po zamknięciu Sonaty dobrze już nawalony Bolo zakradł się na posesję babki Blicharzowej, przykucnął pod ciemnymi oknami od podwórka i zaczął jęczeć. Bardzo się starał. Robił to tak fachowo, że po kilku minutach zaczęły mu odpowiadać jakieś okoliczne koty. Chyba też były nawalone, bo to przecież lipiec, a nie marzec.
Bolo jęczał tak przez dwie godziny, aż zupełnie ochrypł. Dopiero wtedy poszedł do domu.

*

Nazajutrz koło południa Bolo siedział w Sonacie, czekając na Szczurka, pijąc trzecie, czy czwarte piwo. Uspokajał tym piwem napięte nerwy, bo Szczurek poszedł właśnie do babki Blicharzowej z ofertą przepędzenia ducha.
Lokal był jeszcze pusty, Szefo dojrzewał przy służbowym stoliku, a bezzębna, stara kucharka Felka skończyła sprzątanie i stała nad wiadrem z brudną wodą, oparta romantycznie o szczotkę. Gapiła się z głupim uśmiechem gdzieś w ścianę i Szefa zaczęło to wkurwiać.
- Weź no Felka odkurz fortepian – powiedział w końcu.
- Ja tu nie jestem dziewucha od fortepianu – odpowiedziała dumnie Felka – Niech se fortepianista sam czyści jak taki zdolny. –
Zebrała swój profesjonalny sprzęt i z wysoko uniesioną bezzębną szczęką poszła do kuchni.
W chwilę później do lokalu wszedł Szczurek. Już od drzwi widać było, że bardzo stara się zrobić nieszczęśliwą minę.
- No i co ? Jest kasa ? – wychrypiał Bolo, kiedy Szczurek dosiadł się do jego stolika.
- Nic z tego – westchnął Szczurek.
- Jak to nic ? – wzburzył się Bolo – Pół nocy jęczałem.
- No bo wiesz Bolu, ona nosi ten taki aparat w uchu. Jak idzie spać, to go wyjmuje i wtedy jest głucha jak pień.
- To ty Szczurze nie wiedziałeś ? – wrzasnął Bolo, zrywając się z krzesła.
Ale Szczurek był szybszy i jak prawdziwy spłoszony szczur śmignął pomiędzy stolikami w kierunku drzwi na ulicę, a Bolo popędził za nim rozwścieczony jak nosorożec.
- Albo go dogoni, albo go nie dogoni – pomyślał filozoficznie Szefo – A jak go dogoni, to mu na pewno znowu wpieprzy. –
Przez otwarte na oścież drzwi widział jak biegli, coraz bardziej w głąb ulicy Himilsbacha.


Syfna Elka


Czasami przychodzi rano do Dzielnicy schizofreniczna żebraczka z za tunelu. Tubylcy nazywają ją Syfna Elka.
Jest ona niską niechlujną kobietą w zbyt długim, brudnym płaszczu. Idzie powoli środkiem jezdni, stukając znalezionymi w jakimś śmietniku drewniakami, wkraczając brutalnie w spóźnione poranne sny mieszkańców mijanych posesji. Na głowie nosi dziurawy męski kapelusz ze złamanym pawim piórem.
Ciągnie z wysiłkiem piszczący wózek ze swoimi skarbami. Są na nim jakieś kolorowe opakowania, zepsuty zegar, czasem martwe ptaki, stare widokówki z miejsc o których nie ma pojęcia, jest zawsze brudne, pęknięte lustro w ozdobnej ramie i oczywiście jadalne resztki znalezione w śmietnikach.
Często przychodzi po nocnej libacji, czuć od niej kwaśny odór alkoholu, czasem nuci ochrypłym głosem jakąś starą piosenkę, czasem popłakuje, często mówi sama do siebie. Biegną za nią dwa lub trzy bezdomne psy, podfruwa oswojona kawka. Czasem wchodzi na jakąś posesję i stuka do drzwi domu, ale jak zawsze przychodzi nie w porę i nikt nie chce jej otworzyć. Wygląda, co prawda, niegroźnie ale mówi się w Dzielnicy, że roznosi choroby, a wszelkie nieszczęścia zdarzają się na posesjach krótko po jej wizytach.
Zdarza się że Syfna Elka spotyka przy wielkim wspólnym śmietniku, pawilonu handlowego i bloków na Bacha, starego, bezdomnego Mamcarza grzebiącego w resztkach. Trzymają się od siebie z daleka, odprowadzając się wzajemnie pełnymi pogardy spojrzeniami. Są sobie nawzajem potrzebni, bo każdy potrzebuje kogoś gorszego od siebie.
Kiedyś, podpity już od rana Mamcarz pokazując Syfnej Elce pół butelki „sklepowej” wódki próbował zachęcić ją, żeby poszła z nim na działki za Kurzejką, ale ona odpowiedziała mu wściekłym bulgotem i zdwojoną pogardą złego spojrzenia.
- Bez łaski syfna lagro – zacharczał Mamcarz – Pieprz się sama.-
Od tej pory nie zwracają na siebie uwagi, z rzadka tylko rzucając sobie nienawistne spojrzenia.
- To moja koleżanka z podstawówki - powiedziała ciotka Bolowi, kiedy niosąc wspólnie ciężki tłumok pościeli z magla natknęli się na Elkę, koło punktu skupu złomu na ulicy Bacha,. – zobacz Boleczku, jak się zmarnowała. A to była nawet grzeczna i co najważniejsze religijna dziewczynka, tylko strasznie tępa. Rodzice okropnie pili, a i ją poili od małego. Często też przychodziła do szkoły zbita jak pies. W końcu całkiem przestała się uczyć. Mówią ludzie, że dostała schiza, czy cóś podobnego. Ale ja tak sobie myślę, że to przez zwykle lenistwo. Zobacz jak zeszła na psy. Nie dał rady anioł stróż dopilnować, może i sam się trochę lenił. A co myślisz ? Nie każdy anioł jednakowo pilnuje. A diabeł zrobił swoje, on pracowity jest, nigdy spokojnie nie usiedzi, tylko psuje ludzi i psuje. A ty Boleczku, jak będziesz dalej pił to i ciebie może zepsuć. Diabeł najczęściej w kieliszku się przyczaja. I w kuflu piwa czasem też.
- Widać wie co dobre - pomyślał sobie Bolo, ale nie powiedział tego ciotce.
Tego samego dnia, w parę godzin później Bolo zapytał Szczurka, kiedy spotkał go stojącego smętnie przed Sonatą:
- Słuchaj Szczurze, popatrz na mnie i powiedz, czy ja jestem podobny do krzyża ?
- ??? ...Nie. – odpowiedział Szczurek po chwili badawczego przyglądania się Bolowi. –– Zupełnie nie.
- A teraz – zapytał Bolo wyciągając ręce poziomo na boki.
- Nooo, ....może trochę .... ale nie, ... teraz też nie. Za gruby jesteś. A dlaczego pytasz ? -
- Bo ciotka powiedziała mi dzisiaj po obiedzie, że ja jestem krzyżem, który jej Pan Bóg naznaczył. Głupia ona jakaś, czy co ? –
- Głupia jak każda dewotka – zgodził się z nim Szczurek.-
- Uważaj Szczurze, bo zaraz w mordę dostaniesz. Nie czepiaj się mojej rodziny ! – zdenerwował się Bolo.


Wampir w Dzielnicy.
/opowiadanie Ździcha W./


Ulica Himilsbacha to się kończy takim dużym placem, na którym stoi od kilkunastu lat przerdzewiały wrak Warszawy FSO-203, bez kół, bez silnika i z rozprutymi siedzeniami. Jak czasem deszcz pada to my w tej Warszawie siedzimy, prytkę sobie pijemy i fajno jest. Dlatego mówimy w Dzielnicy że to Plac Warszawski i od razu tak światowo to brzmi.
Leżą na tym Placu Warszawskim jakieś zmurszałe szafki i stoją trzy betonowe kręgi obrośnięte chwastami. Te kręgi to jakiś któś przytoczył, kiedy była robiona kanalizacja na tej lepszej części ulicy Bacha. Pewnie Maśluch je ukradł, a potem o nich zapomniał. A Bolo i Szczurek, to przez parę lat próbowali znaleźć na nie kupca. Nawet już przekonali hydraulika Bielaka, ale jak wytrzeźwiał, to się rozmyślił. No i kręgi zostały na Warszawskim Placu. Nawet się czasem przydają. Nie powiem, że nie. Jak w deszcz jest większe towarzystwo na placu i do naszego samochodu nie wszyscy się zmieszczą, to można sobie w takim kręgu przycupnąć i też klawo jest.
Po bokach tego placu to są kupy śmieci, co to je ludzie z Himilsbacha o zmroku wywalają, żeby miastu za wywózkę nie płacić. No bo przy wolnym rynku, to każdy oszczędza. A zanim wolny rynek nastał, to też tu śmiecie wywalali, ale nie przez oszczędność, tylko żeby zaprotestować przeciwko komunie, czyli przez patriotyzm. Tacy już po prostu jesteśmy w tej naszej dzielnicy, trochę biedni, trochę pijusy, ale honorowi i patrioci.
Rośnie na tym placu jeszcze parę zdziczałych jabłonek, ale też po bokach, między śmieciami i środek jest wolny. Nawet ładnie tak, ta zieleń dookoła wygląda. I jak jesienią liście kolorowe się robią to jeszcze piękniej jest. Z tych jabłonek to my sobie zakąskę zrywamy, jak czasem spędzamy jesienny łykend na Warszawskim Placu.
Za placem rzeczka Czerniejówka płynie, bardziej ściek niż rzeczka, a za rzeczką są czyjeś ogródki działkowe, dlatego nam w Dzielnicy nigdy warzywów nie brakuje.
Jak czasem przyjeżdża do Dzielnicy cyrk, albo wesołe miasteczko, to się na tym Placu Warszawskim rozkładają i wieczorami są wtedy kolorowe światła mrygające, muzyka z głośników na całą dzielnicę, cukrowa wata po dwa złote, piwo, konkursy i eleganckie towarzystwo się bawi. Zupełnie jak w tym amerykańskim lesie, no w tym lesie Wegas.
Szefo to tych przyjezdnych miasteczek nie lubi, bo mu wtedy bardzo obroty w Sonacie spadają. Ale też przyznał, że jak wieczorami widać z okien Sonaty, w oddali, między drzewami te kolorowe światła mrygające, takie trochę rozmyte, i muzykę z daleka słychać, to przyjemniej jest. Zwłaszcza, że w lokalu wieża Panasonix dalej zepsuta, a fortepianista na odwyku.
Kiedyś jak przyjechało wesołe miasteczko, to się w nim Bolo zatrudnił na dwa tygodnie. Robił za wampira w tunelu zgrozy. Klienci wjeżdżali do tego tunelu w odkrytych wagonikach. Jechali przez dwie minuty w ciemności i co raz na nich różne straszydła wyskakiwały. A to śmierć z kosą, a to pająk wielki jak psy Cześka Szajsebryka, a to czarownica z tektury specjalnie podświetlona, a to znowu manekin diabła z widłami. Bolo to był tam jako główny punkt programu. Kiedy kolejka zwalniała na zakręcie, to się nagle czerwone światełka zapalały, a Bolo w czarnej sutannie i w plastikowej masce wampira, z wielkimi zębami zajadowymi, doskakiwał do wagonika i robił takie straszne wampirowe „Łaaaaa !!!”, że kobity to prawie mdlały, a niektórzy faceci to uciekali z wagoników, a czasem i całkiem z miasteczka.
Dostawał Bolo za tą robotę dziesięć złotych za godzinę. To znaczy, że jak mało klientów było, to mu wychodziło nawet po złotówce od jednego Łaaaaa. Trzy Łaaaaa i już piwo w Sonacie jest. Ale jak był duży ruch, to wypadało nawet mniej niż dwadzieścia groszy za jedno Łaaaaa i wtedy Bolo narzekał, że mu się nie opłaca..
Staliśmy właśnie ze Szczurkiem i Oniczymem przy przyczepie z wybrakowanymi lustrami, co się gabinet śmiechu nazywała. Niewielka atrakcja, bo w dzielnicy, to w domach przeważnie właśnie takie lustra mamy, bo najtańsze. Ludzi się sporo kręciło, muzyka grała, kolorowe lampki migały, zupełnie jak w amerykańskim lesie. Czekaliśmy aż Bolo o dziesiątej robotę skończy, żeby jeszcze na trochę do Sonaty pójść. No i właśnie wtedy, jak leciał z głośników stary przebój Bitlesów „Hey Jude” /co po polsku się tłomaczy „Hej Żydzie”/, to do wagonika wsiadł taki duży facet z dziewczyną. Trochę był już nawalony, ale tylko trochę. Wagonik wjechał do tunelu i po chwili usłyszeliśmy Bolkowe Łaa....A !, ale takie jakieś urwane, jak hejnał z Krakowa.
I zaraz potem wyleciał z tunelu Bolo strasznie wkurwiony. Zerwał tą maskę wampira, trzasnął nią o ziemię i ją podeptał. A jak ją jeszcze deptał, to już swoją sutannę przez głowę ściągał.
- Ja pierdolę taką robotę – krzyczał – nie dość, że gardło zdzieram, to jeszcze mam po mordzie dostawać ? Niech sobie kierownik sam Łaaachuje ! -
Okazało się, że jak Bolo do tej pary w wagoniku, na zakręcie doskoczył i zrobił to wampirowe Łaaaaa, to mu ten duży podpity facet, bez namysłu taką gałę w pysk strzelił, że aż maska wampira pękła, a Bolowi się zupełnie Łaaachać odechciało.
Przeprosił go potem ten facet, bardzo kulturalnie zresztą, że to był odruch strachu i nawet chciał mu piwo postawić, ale Bolo nie chciał. Pierwszy raz w życiu piwa odmówił. Szczurek się zaraz zgłosił w zastępstwie do wypicia tego piwa, ale wtedy facet się z kolei na zastępcę nie zgodził.
Bolo to nawet rozmawiać z nimi nie chciał, ale kiedy ta dziewczyna powiedziała, że to wszystko tak głupio wyszło, przez ten talent aktorski Bola, to Bolo się zaczerwienił i trochę udobruchał. Ona powiedziała jeszcze – No bo normalnie to myśmy myśleliśmy, że to nas prawdziwy Nos Feratu zaatakowywuje i chcieliśmy się myśmy przed nim odbronić. – To już wtedy Bolo, zupełnie się rozpogodził, uśmiechnął się połową twarzy, tą nie rąbniętą, i pozwolił sobie wreszcie piwo postawić. Nawet dał autograf tej dziewczynie, na kwicie z magla.
Na drugi dzień, z nowym zapałem do roboty w tunelu wrócił, ale znowu tak świetnie wampira odgrywał, że dwa razy od przestraszonych klientów po mordzie dostał i wtedy już zupełnie tą artystyczną pracę porzucił.
Najgorzej to być w pracy nadgorliwym.
Jak by sobie siedział cicho w tym tunelu zgrozy i jak urzędnicy udawał, że pracuje, to by na pewno co chwila w mordę nie dostawał.
Najgorzej to jest tym pracocholikom.


Szczęście Elki


Był jeden z tych pięknych, krystalicznie czystych poranków, kiedy wieje ostry chłodny wiatr, a niebo nad Dzielnicą jest ogromne i soczyście niebieskie. Posesje, baraki socjalne i bloki drzemały jeszcze w bezruchu, tylko liście brzózek na skwerku koło bloków migotały w słońcu.
Syfna Elka ciągnęła swój piszczący wózek ulicą Bacha, rozmawiając cicho sama ze sobą, przeklinając nieco głośniej, od czasu do czasu.
Kiedy mijała zamkniętą jeszcze na głucho Sonatę spostrzegła sterczący z szarego błota wysychającej kałuży, zielonkawy fragment banknotu stuzłotowego. Szybko odwróciła głowę w drugą stronę i zwalniając z wrażenia kroku, przeszła obok, zezując co chwila na banknot, tak aby nikt nie mógł zauważyć, gdzie patrzy, chociaż na ulicy, ani na pobliskich posesjach nie było zupełnie nikogo.
Zatrzymała się o kilka metrów dalej i zaczęła udawać, że porządkuje swój majątek na wózku. Przełożyła dwa, lub trzy znaleziska w inne miejsca, a potem mrucząc coś pod nosem, zostawiając wózek na środku jezdni, podeszła powoli do kałuży z banknotem. Zatrzymała się bokiem do niej, patrząc w inną stronę i marszcząc intensywnie brudne, niskie czoło, zastanawiała się, nie wiedząc co zrobić.
Po chwili zawróciła i poczłapała do wózka. Wzięła z niego najmniejszą z kilku przezroczystych torebek z kawałkami suchego chleba zebranego na śmietnikach i powoli, nucąc pod nosem coś co miało przypominać zapomniany przebój „Złoty pierścionek”, powoli zaczęła skradać się, skulona, do zielonkawego skarbu. Kiedy już była przy kałuży rozejrzała się dookoła i niby niechcący upuściła do niej torbę z chlebem. – Oj, oj mój chlib, mój chlib zamoknie – zabełkotała głośno, z udawanym żalem. Przykucnęła i podniosła banknot. Trzymając go w zaciśniętej pięści, zapominając o torbie z chlebem szybko podreptała do wózka i pociągnęła go dalej ulicą najszybciej jak tylko mogła.
Elka była teraz bogata i szczęśliwa. – Oj kupie se, kupie – mamrotała pod nosem, nie wiedząc chyba co ma kupić, ale nie miało dla niej większego znaczenia. Ważna była sama możliwość kupowania.
O dwie przecznice dalej spotkała wędrującą w nocnej koszuli, płynnym, tanecznym krokiem Głupią Ewkę, córkę hydraulika Bielaka. Elka zawsze podziwiała Ewkę. Ilekroć mijały się nad ranem, zatrzymywała swój wózek i oglądając się za nią powtarzała po kilka razy – Jako świenty janioł z kościółka, janioł, jasny janioł. Teraz też stanęła, a gdy Ewka była tuż przed nią, wyciągnęła do niej zaciśniętą pięść z banknotem. – Naści jasny janiele – powiedziała.
Głupia Ewka też wyciągnęła dłoń, chociaż nie wiedziała co Elka chce jej dać i stały tak przez dłuższą chwilę naprzeciwko siebie, pod wielkimi lipami na Bacha, z wyciągniętymi rękami, upośledzona Ewka i schizofreniczna żebraczka Elka. – Taka jesteś śliczna jako kościelny anioł – jęknęła Elka. Nie mogła jednak rozewrzeć zaciśniętej pięści. Chciała obdarować anioła, ale żal jej było banknotu. W końcu schowała rękę za siebie. – Eee, po co ci piniędze, jak ty przecież tylko Głupia Ewka jezdeś – wymamrotała i pociągnęła dalej swój wózek. Ewka bez żadnego zdziwienia, słowa, czy gestu, jakby nic się nie stało, też popłynęła przed siebie.
- Głupia ona jakaś, po co głupiej piniędze. Chciałabyś co? Ale ja nikomu nie oddam, kupie se kupie– mamrotała Elka nadal nie wiedząc co chce kupić.
Przez cały dzień szperała w śmietnikach jedną ręką i wybierała puszki, butelki i jadalne resztki. Jedną ręką jadła swój chleb i jedną ciągnęła wózek; w drugiej mocno ściskała banknot. Nie było jej wygodnie, ale była szczęśliwa. Co jakiś czas powtarzała sobie pod nosem – Kupie se kupie – nadal nie wiedząc co kupi.
Kiedy późnym przedpołudniem zobaczyła daleko, w głębi ulicy Himilsbacha utykającą sylwetkę bezdomnego Mamcarza, przygarbionego pod ciężarem żebraczego worka, wyciągnęła w jego kierunku pięść z ukrytym skarbem i powiedziała półgłosem – Masz dziadu, masz, od pani Elki. Kup se wódki. Masz łachmyto, masz. Podarek od pani Elki – a potem jakby przestraszona, że stary mógłby ją usłyszeć, zawróciła i skręciła w ulicę Krzywą, którą minęła chwilę wcześniej.
Koło południa odpoczęła pod kwitnącymi właśnie dzikimi jabłonkami na skraju Warszawskiego Placu, nie wchodząc dalej, bo kilku osobników popijało akurat wódkę w przerdzewiałym wraku Warszawy FSO-203, kłócąc się i śmiejąc na przemian, przeklinając przy tym głośno. Poznała tubalny głos grubasa, którego ciotkę pamiętała jak przez mgłę z czasów swojego dzieciństwa, słyszała skrzeczący głos małego typka, którego wyciągnięta twarz przypominała pysk pozbawionego wąsów szczura i jeszcze dwa inne podpite głosy. Przejrzała się w swoim pękniętym lustrze i rozczesała metalowym grzebieniem siwe, brudne włosy. Co chwila powtarzała pod nosem „Kupie se kupie”.
Wiosenne słońce grzało ją przyjemnie. Wysoko na niebie stał nieruchomo samotny spiętrzony obłok.
Elka zjadła parę kawałków chleba, popiła wodą z brudnej, oblepionej butelki i nagle z przerażeniem przypomniała sobie o pozostawionej w kałuży torebce z chlebem.
Żal jej było tego chleba, bo chociaż była dzisiaj bogata, to przecież mogła być jeszcze bogatsza. Spakowała lustro, grzebień i butelkę na wózek i pociągnęła go za sobą, chcąc jak najprędzej odzyskać pozostawiony chleb. Wszystko robiła lewą ręką, bo w prawej przez cały czas ściskała banknot.
Jednak torebki z chlebem nie znalazła, zostały tylko okruchy, widać pożywiły się ptaki, albo jakiś niewybredny pies. Elka zaklęła głośno, a potem kucnęła i ze sprytną miną przegrzebała lewą ręką błotko pozostałe po kałuży, szukając kolejnego banknotu, który przecież mógł tam być. Ale nic nie znalazła.
Do wieczora łaziła po Dzielnicy, przetrząsając śmietniki na tych posesjach, gdzie nie było psów, a gdy zaczął zapadać szary zmrok skręciła w wąską pokrytą rdzawym pyłem ścieżkę przy nasypie kolejowym. Kiedy odeszła dostatecznie daleko od ostatnich zabudowań, w oknach których zapalały się już pierwsze światła, usiadła na zboczu nasypu i zajrzała do swojej dłoni. Zmięty, wilgotny od potu banknot stuzłotowy dalej tam był. Elka rozejrzała się dookoła, a kiedy upewniła się, że w otaczającej ją szarówce nie majaczy żadna postać, wygrzebała z dna wózka, spod sterty znalezisk, zardzewiałą blaszaną puszkę po kawie. Otworzyła ją i upchnęła zebrane tam banknoty aby zrobić miejsce na ten najnowszy, znaleziony nad ranem w kałuży.
Puszka była pełna różnych banknotów uzbieranych przez ostatnie czterdzieści lat. Większość z nich już dawno straciła ważność.
Ledwo zdążyła schować puszkę, kiedy po nasypie przejechał z hukiem pociąg osobowy. Elka skuliła się, zamykając oczy, jęcząc niezrozumiale, zatykając uszy dłońmi. Wszystkie jasno oświetlone okna wagonów. były puste, pasażerowie wysiedli na ostatniej stacji, skład kończył bieg, zmierzając na ślepy tor za górką rozrządową.
Kiedy huk zamilkł w oddali, Elka uspokoiła się i ruszyła dalej jaśniejącą w mroku, pylistą drogą wzdłuż nasypu, ciągnąc z wysiłkiem swój wózek.
- Kupie se kupie – mamrotała, rzucając w otaczające ją, gęstniejące ciemności ukradkowe, pełne lęku spojrzenia – wszystko se kupie, nawet miejsce w niebie se na koniec wykupie, od ksiendza se wykupie, od samego świentego ksiendza z kościółka z prawdziwnymi, nie, nie z głupimi, janiołami. –



Na Maśluchu czapka karakułowa.
/opowiadanie Ździcha W./

Jest u nas na Dzielnicy taki Maśluch Jan, co go Szefo nigdy do Sonaty nie wpuszcza, a ludzie, jak go na ulicy Bacha spotkają, to się zaraz za portmonetki łapią, nawet wtedy jak te portmonetki całkiem puste są. No bo niby skąd ma Maśluch wiedzieć, że akurat puste, jak jeszcze nie sprawdził. Zresztą nawet stare i puste, to zawsze jakąś wartość mają, a Maśluch kapryśny nie jest.
No nie! Czego, jak czego, ale tego, to już mu zarzucić nie można.
No to jak idzie Maśluch, to się ludzie za portmonetki łapią na całej ulicy Bacha. I na Himilsbacha też.
Jak komuś coś z posesji, z sadku, albo z ogródka zginie, to wszyscy od razu wiedzą, że to Maślucha robota, a Szczurkowi to jest bardzo na rękę, Bolowi czasem też.
Bo to było jednego dnia tak:
Przyczłapał dziadek Kufel do sklepiku spożywczego na Bacha, bo chciał sobie na 22 lipca prytę kupić. On tak wszystkie święta obchodzi, te zniesione, te nowe, i te kościelne też. Przed nim Szczurek coś kupował. Kupował, kupował i w końcu nic nie kupił, bo zrezygnował i wyszedł. Mówi wtedy Kufel do sklepowej:
- Daj no mi Danka prytę. Tylko tą z truskawków. – bo dziadek to jest wielki amator na truskawki.
Sklepowa na to: - Proszę bardzo panie Kufel. Ale pan masz szczęście, bo z truskawków to już ostatnia. Same z jabłków i te na kościach zostały. –
Sięga na półkę, żeby dziadkowi podać, a tej pryty już nie ma.
No to ona biegiem za Szczurkiem, łaps go za rękę z butelką i mówi:
- Oddawaj prytę złodzieju ! –
A Szczurek na to: - Proszę bardzo pani Danusiu, ale ja jej nie ukradłem, tylko mi ją Maśluch dał. Tak sobie też pomyślałem, że pewnie kradziona. -
No i sklepowa od razu uwierzyła. Nawet przeprosiła Szczurka za posądzenie. Nie pomyślała, że Maśluch akurat w senatorium odpoczywał.
W sumie to się nawet temu Maśluchowi nieźle powodzi. W zimie to sobie chodzi w czapce karakułowej i jeszcze nikt nie widział, żeby mu się ona zapaliła. Tak sobie myślę, że albo te jego karakuły niepalne są, albo to przysłowie tylko do połowy prawdziwe jest. Pierwsze trzy słowa, to i owszem, ale ostatnie to już w naszych czasach niepotrzebne.
Żona Maślucha, to ona ma nawet, na ten przykład futro ze sztucznych nutriów i na inny przykład złotombakowe kolczyki w uszach, i to w obu naraz. Podobno w pępku, ma jeszcze trzeci, tylko trochę mniejszy, pewnie zapasowy. O tym pępku Maśluchowej to nam w Sonacie dzielnicowy opowiadał, jak Maśluch do senatorium wyjechał. Dzielnicowy mu to senatorium załatwił, za całokształt. Czekał na nie Maśluch dwa lata, bo miejsc nie było. A jak się tam w końcu dostał, to i tak go po pół roku zwolnili, za dobre sprawowanie. Bo tak w ogóle to on bardzo grzeczny facet jest.
No i było kiedyś jeszcze tak. Narzekał Bolo do Szczurka, że się nic a nic odchudzić nie może.
- Jem jak ten pieprzony wróbelek. Piwo tylko kuflowe piję. A coraz bardziej się tuczę. Maśluch żarł jak świnia, a przypomnij sobie Szczurze, jaki szczupły do senatorium wyjechał. –
- A wiesz Bolu dlaczego ? –
- Wiem! Bo jego stara temperament za bardzo ma. Wszyscy to mówią, dzielnicowy, Szefo, hydraulik Bielak, nawet Kazia syn Krupskiego i dziadek Kufel, żeby go szlag trafił.
- To nie dlatego. –
- A dlaczego ?-
- A słyszałeś Bolu takie jedno przysłowie, że kradzione nie tuczy ? –
- No słyszałem. – mówi Bolo – No i co ?-
- To, że ten Maśluch to tylko kradzione je. –
- Nieprawda. – mówi Bolo – Sam widziałem, że jak u Danki salceson kupywał, to płacił. –
- Ale kradzionymi pieniędzmi, a to na jedno wychodzi. –
- No właściwie ... to tak. –
- Czyli jak ty Bolu będziesz tylko kradzione jadł, to się szybko odchudzisz i będziesz jak ten aktor Kobujszewski. –
- To on też kradzione je ? –
- A kto ich tam wie tych aktorów i literatów. Tylko nasz Jacek uczciwy jest, bo gruby. –
No i Szczurek Bola przekonał.
Na ten najpierwszy początek, to Bolo w Danki sklepiku drożdżówkę ukradł i puszkę śledzi po cygańsku. Bo te po cygańsku najpewniejsze są, jako podwójnie kradzione. Potem babce Blicharzowej pierogi z okna zginęły, a tej zdzirze Zośce z Himilsbacha 15, kotlet schabowy z kostką. Kostka to się potem znalazła, ale już bez kotleta. Kuflowi ktoś ukradł prytę, a Krupskim beczkę ogórków, jeszcze nie całkiem ukiszonych. Nawet Szczurkowi kiełbasa zginęła. Poszedł do Bola z pretensjami, ale Bolo mu powiedział: - Pewnie sam sobie ukradłeś, ty głupi złodzieju. - I go pogonił.
Skarżyli się ludzie z ulicy Bacha, i z Himilsbacha też, że im strasznie dużo żywności ginie, ale dzielnicowy powiedział, że nie ma czasu, żeby protokóły pisać i ich przepędził.
Dopiero jak mu kiedyś drugie śniadanie na posterunku zginęło, to się tak wkurwił, że od razu Maślucha na czterdzieści osiem godzin zamknął, bez zawracania sobie głowy prokuratorem. Taki był wkurwiony, jak go aresztował, że mu się nawet rozpakować, ani z żoną przywitać nie dał, chociaż Maśluch dopiero co z dworca przyjechał, bo właśnie ze senatorium wrócił.
A Bolo i tak się nie odchudził.



Zdobycz upalnej nocy.


W środku upalnej lipcowej nocy, bezdomny Mamcarz wyszedł z zarośniętej dzikim winem, zrujnowanej altanki na działkach, w której tego lata nocował i nie zdejmując butów przeszedł w bród przez szemrzącą w mroku Kurzejkę, w miejscu, gdzie woda nie sięgała mu wyżej niż do kolan. Nad nim, na czarnym niebie, żarzyły się blaskiem sprzed tysięcy lat gwiazdozbiory, których nazw nigdy nie słyszał, a wąskie ostrze księżyca wisiało wysoko nad Dzielnicą.
Na środku rzeczki stary zatrzymał się i pochylony nad czarną, lśniącą odbiciami gwiazd, powierzchnią płynącej powoli wody, napił się jej naczyniem zrobionym ze swoich złożonych dłoni. Często pił tą mętną, pachnącą mułem wodę i nigdy jeszcze nie zdarzyło się, żeby mu zaszkodziła. Postał chwilę, pozwalając chłodnemu, leniwemu prądowi, przyjemnie omywać swoje nogi, a potem wyszedł na brzeg. Potupał w miejscu, aby woda szybciej wyciekła z mokrych butów. Stopy wydawały przy tupaniu ciche kląskające dźwięki. Szary, sunący po czarnym niebie obłok zakrył księżyc i zrobiło się jeszcze ciemniej. Mamcarz przeszedł na skos przez Warszawski Plac, minął rozmytą mrokiem bryłę wraku Warszawy 203, potknął się o jakąś kupkę gruzu i zaklął głośno. Na pobliskiej posesji zaszczekał czujny pies.
Kiedy doszedł do obramowanego starymi kasztanowcami wylotu ulicy Himilsbacha, obłok odsłonił księżyc i staremu wydało się przez chwilę, że wokół wypalonego baraku po Cyganach wisi wielki kłąb migocącego, złotego pyłu.
Mamcarz postanowił coś tej nocy ukraść; nie wziąć byle co z podwórka, czy nawet z sieni, na jakiejś uśpionej posesji, ale zabrać coś ważnego z ciepłego wnętrza domu, w którym śpi normalna kilkuosobowa rodzina, z domu, gdzie są stoły, krzesła, szafy, łóżka, a na ścianach wiszą święte, a czasem, nawet, nie święte obrazy.
Wiedział, że w taką upalną noc, okna domów będą otwarte, więc przy odrobinie szczęścia jego ręka wsunięta w ciepły mrok pokoju powinna na coś natrafić. Było mu wszystko jedno co to będzie, wcale nie chodziło o coś, co mógłby sprzedać, lub wymienić na wódkę. Tym razem chciał mieć coś dla siebie. Coś na własność, co pochodziłoby z normalnego domu, w którym mieszka normalna rodzina.
Skręcił z Himilsbacha w ulicę Krzywą, gdzie ubogie domki stały tuż przy wysypanym żużlem chodniku, milczące, z czarnymi, ślepymi oknami pootwieranymi wprost na ulicę. Z niektórych okien, bielejąc w mroku, zwisały na zewnątrz, poruszane przeciągami firanki, sięgając prawie do rosnącego pod ścianami zielska.
Zatrzymał się przy pierwszym oknie i przechylając się przez parapet w duszną ciemność wnętrza zaczął macać ręką, najdalej jak mógł. Gdzieś blisko ktoś chrapał, dalej w głębi pokoju, ktoś inny pojękiwał cicho przez sen. Ręka Mamcarza natrafiła najpierw na coś wąskiego, gładkiego, jakby z polakierowanego drewna, potem przewędrowała kilkanaście centymetrów w pustce, nie napotykając na nic, aż w końcu opuszczona niżej wylądowała na czyjejś wilgotnej od potu, chrapiącej twarzy. Mamcarz cofnął gwałtownie rękę, gotów do ucieczki, śpiący poruszył się, zamamrotał coś przez sen, ale się nie obudził.
Stary stał chwilę w bezruchu, a kiedy pochrapywanie śpiącego stało się znowu miarowe, ruszył dalej uliczką próbując szczęścia w kolejnych otwartych oknach, ale nie natrafił na nic co dałoby się ukraść. Szedł powoli i ostrożnie, ale i tak w nocnej ciszy, na całej ulicy słychać było jak żwir skrzypi mu pod butami.
W końcu, w oknie ostatniego domku, przy Krzywej, tuż przed Zgniłym Stawem, jego ręka natrafiła na coś przypominającego wąską, wysoką szklankę z grubego szkła, rozszerzającą się u góry. Kiedy wyjął ten przedmiot i zobaczył go w świetle księżyca, okazało się, że jest to wazon na kwiaty z głęboko ciętego kryształu. Na dnie wazonu leżało kilka landrynek.
Mamcarz obejrzał się z lękiem na ponuro lśniący w mroku staw, w którym podobno, ktoś, kiedyś, utopił się po pijanemu i ruszył szybko z powrotem. Kiedy skręcił już w Himilsbacha, zatrzymał się pod samotną, uliczną latarnią, wysypał landrynki na otwartą dłoń i łapczywie włożył wszystkie na raz do ust. Wracając szedł już powoli środkiem szczerbatej jezdni i smoktał je głośno, przymykając oczy z rozkoszy. Był bardzo zadowolony ze zdobytych łupów.
Latarnia pozostała daleko za nim, ale księżyc świecił teraz jasno, nie przysłonięty obłokami i w jego świetle Mamcarz zobaczył tuż za płotem mijanej posesji, krótkie, równe grządki tulipanów. Wszedł przez nie domkniętą furtkę i zerwał kilka z nich. Przymierzył je do wazonu. Były za długie. Skrócił łodygi i znowu włożył kwiaty do wazonu. Odsunął go na długość wyciągniętej ręki i przyglądał im się przez chwilę z zadowoleniem.
- Ale pięknie będzie – powiedział cicho sam do siebie.
- Człowiek to lubi kwiaty, bo ony ładne są – dodał.
- A ty dziadu to już zupełnie pogłupiałeś – odpowiedział sobie po chwili idąc znowu ulicą. – Ty stary idyjoto.
- Stare ludzie to zawsze trochy głupiejo. I po co się zaraz przezywać? – powiedział pojednawczo do swojego napastliwego, wewnętrznego rozmówcy. Od pewnego czasu bał się coraz bardziej jego gwałtownych przypływów złości.
Odpoczął przez chwilę, siedząc na kupce gruzu na Warszawskim Placu, słuchając jak nocny wiatr szumi w gałęziach dzikich jabłonek i szeleści na wpół przysypanymi gruzem papierami, a potem wstał i przeprawił się przez Kurzejkę na działki. Kiedy był jeszcze w wodzie napełnił nią wazon, upił trochę i włożył do niego tulipany. Tuż nad jego głową przeleciał bezszelestnie, polujący nietoperz. Na brzegu stary odwrócił się i wysikał się do rzeczki pełnej nocnego nieba. Znowu miał przykre wrażenie, że nie może pozbyć się całego moczu.
Dotarł do altanki, w której nocował i po omacku postawił wazon z kwiatami na nierównej powierzchni butwiejącego stołu.
- Ale pięknie będzie – powtórzył ziewając szeroko.
Potem położył się na swoim barłogu zrobionym z nazbieranych jeszcze wiosną i upranych w Kurzejce szmat, na których lśniło teraz bladym światłem kilka robaczków świętojańskich.
Leżąc zmówił wyuczony, w prawie całkiem zapomnianym dzieciństwie, pacierz i zasnął szybko głębokim snem niewinnego człowieka.
Śniły mu się jakieś pełne ludzi i samochodów, rozświetlone słońcem, ulice obcego, wielkiego miasta, w którym nigdy nie był.

.....................
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
PostWysłany: Pon Mar 26, 2007 11:01 am Odpowiedz z cytatem
Christine
administrator
Dołączył: 13 Wrz 2005
Posty: 2463
Skąd: Gdańsk




Wabi, ten brak komentarzy świadczy chyba o tym, że trudno wyrażać podziw i uznanie. Przeczytałam z dużą przyjemnością - bohaterów znam już z fragmentów publikowanych na innym portalu, przywiązałam się do nich i mam do nich sympatię. Potrafisz pisać na własny sposób o ludziach z marginesu, choć tyle już o nich pisano. Zresztą te przypowieści mówią wiele więcej niż tylko to, co oddają obrazki. Odnajduję tu klimat opowiadań Himilsbacha, Głowackiego, ale także coś z Hrabala. Ale to tylko echa, które zawsze gdzieś brzęczą - to proza dojrzała i bardzo indywidualna. Ciekawa jestem, czy już dogadałeś się z jakimś wydawnictwem w sprawie druku.

Pozdrawiam serdecznie i czekam na następne fragmenty Smile

_________________
Krystyna Bogusławska
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
PostWysłany: Czw Mar 29, 2007 9:22 am Odpowiedz z cytatem
Wabigon
Dołączył: 23 Mar 2007
Posty: 47




Nie pora jeszce na stukanie do wydawnictw, bo DZIELNICA jako całość, chociaż zamknięta juz koncepcyjnie, nie jest jeszcze wypełniona tekstem. Brakuje około 40% tego co zaplanowałem. Dopiero po ukonczeniu podejmę próby znalezienia wydawcy.
Pozdrawiam
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
PostWysłany: Czw Mar 29, 2007 10:20 am Odpowiedz z cytatem
ono
Gość




póki co wydrukowałem- czytanie zostawiam na później....znaczy , ze komentarz tez w innym dniu - może jutro.
PostWysłany: Czw Mar 29, 2007 4:44 pm Odpowiedz z cytatem
ono
Gość




Wabi przeczytałem zamieszczone fragmenty i mnie mocno zaciekawiły , mimo , że opisujesz w nich sprawy niby proste, niby znane każdemu z nas, a jednak...
Czytając natrafiłem na wiele błędów językowych /a moze bardziej stylistycznych/ dlatego uważam , że po zakończeniu tej książki wymagać będzie ona korekty. Zdaję sobie sprawę , ze teraz na "czyszczenie" nie masz czasu , bo pochłania Cię pisanie, ale zrób to po zakończeniu , lub najlepiej daj komuś , bo wiem z doswiadczenia iż autor jest najbardziej slepy jeżeli chodzi o własne dzieło.
Chętnie jednak jeszcze coś Twojego poczytam, o ile moje drogi z portalem nie rozejdą się z powodu zatargu prowokowanego przez nijakiego bojana.
PostWysłany: Sob Mar 31, 2007 8:42 pm Odpowiedz z cytatem
ella_hagar
Dołączył: 01 Mar 2006
Posty: 739
Skąd: Warszawa




Brzmi autentycznie. Nieźle literacko.
Z lekkim humorem, z domieszką nostalgii i ciepła - opowiastki o życiu i ludziach z dzielnicy w… Właśnie gdzie? Ciekawa jestem Smile Na faktach autentycznych?

Prawie , jak anegdotyczne opowiastki.
O ludziach bardzo różnych, raczej o "leserach", o kombinatorach, o drobnych złodziejaszkach, szemranych typkach, pijaczkach i miejscowych dziwakach - o ludziach kolorowych i ciekawych.
Przypomina mi to życie na warszawskiej Pradze, gdzie urodziłam się i mieszkałam 18 lat. Z sentymentem wspominam. Też mieliśmy tam swoją "wariatkę". Wędrowała po podwórkach z koszyczkiem pełnym wełny żebrząc o kolorowe gałganki i stare swetry do prucia, uwielbiała pruć wełnę i zwijać ją w kłębki.

Tekst prosiłby się, co najwyżej, o drobną redakcję, gdzieniegdzie przyszlifowanie stylu, wygładzenie drobnych kiksów w tekście np.
"Jest ona niską niechlujną kobietą w zbyt długim, brudnym płaszczu" - (jest ...kobietą ... w...płaszczu? )
"Szczurek nie lubił Bola od czasu, kiedy Bolo nim Panasonixa zepsuł, jak się pokłócili przy kartach" - (...Bolo nim... zepsuł ...?)


pozdrawiam i życze przychylnych wydawców Smile

PS. a co to jest pryta, prytka?

_________________
[eh]
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Numer GG
PostWysłany: Pon Kwi 02, 2007 11:20 am Odpowiedz z cytatem
ono
Gość




pryta , to wino marki wino- popularny sikacz
PostWysłany: Pon Kwi 02, 2007 11:53 am Odpowiedz z cytatem
Wabigon
Dołączył: 23 Mar 2007
Posty: 47




W odpowiedzi na pytanie Elli Hagar przesyłam wcześniejszy fragment Dzielnicy wyjaśniający jak i dlaczego Bolo Szczurkiem Panaxonixa zepsuł:
........
Więc w ostatnią sobotę, jak pianista za wcześnie się uchlał, to Szefo miał poważnego problema. Nie było innych muzyków, bo to była „solo orkiestra”. A na dodatek wieża Panasonix stała od paru tygodni zepsuta; a dokładniej, to była rozwalona od tego wieczora, kiedy gruby Bolo rzucił w nią Szczurkiem, za karę, za te dwie karty, co je Szczurek trzymał w rękawie jak grali w oko. Bo Bolo je zobaczył przez dziurę, co to ją Szczurek miał na łokciu.
No i Szefo załapał problema, przez tego uchlanego magika od fortepianu. Paru nawalonych gości koniecznie chciało tańczyć, jeden nawet starą kucharkę Felkę, tą bez zębów, wyciągnął z zaplecza żeby z nim tańczyła i kiedy Szefo próbował im wytłumaczyć, że pianista nie da rady zagrać, ani nawet zaśpiewać im do tańca, to oni zagrozili, że nie zapłacą rachunków.
- Bo jak to kurwa jest ? Miał być kurwa dancig, a całkiem go kurwa nie ma, tego danciga ! -
Lokal i tak był zadłużony, dlatego trzeba było koniecznie coś wymyślić.
..........
Pozdrawiam
Wabigon
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
PostWysłany: Pon Kwi 02, 2007 12:50 pm Odpowiedz z cytatem
ella_hagar
Dołączył: 01 Mar 2006
Posty: 739
Skąd: Warszawa




Dzięki Wabigon. Smile Tak, teraz rozumiem i wycofuję się z mojej uwagi dotyczącej kiksu w zdaniu.
Bolo faktycznie nim Panasonixa zepsuł.

Ono, dzięki za wyjaśnienie w sprawie pryty. Hm. Smile
U mnie na Pradze takie wino nazywano bełtem, alpagą lub po prostu winem marki wino, a żartobliwie J-23 (jak mawiali starsi, nazwa z czasów kiedy takie wino kosztowało 23 zł na stare pieniądze, a serial „Stawka większa niż życie” oglądano z większym napięciem niż teraz „M – jak miłość”.

serdeczności

_________________
[eh]
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Numer GG
PostWysłany: Pon Kwi 02, 2007 3:20 pm Odpowiedz z cytatem
Shibbi
Dołączył: 12 Kwi 2006
Posty: 1345
Skąd: spod Maciejowej




Wabi - ja troche czytałam DZielnicy na FL - nie jestem jego fanką Doubt wiesz i daruj mi i wybacz Doubt wiesz, że szukam czego innego ... choć jak wwszystko Twoje napisane z rozmachem i szalenstwem (TWOIM) - które lubię i wielbię ....ale TU nie każ mi tego znowu komenciż d'oh! d'oh! d'oh! i czytać Brick wall

_________________
... nie zapomniałam nie e e e e e
to wszystko we mnie jest,
jak ochota na grzech,
na smutek i śmiech ....
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
PostWysłany: Wto Kwi 03, 2007 6:52 am Odpowiedz z cytatem
ono
Gość




ella_hagar napisał:
Dzięki Wabigon.
Ono, dzięki za wyjaśnienie w sprawie pryty. Hm. Smile
U mnie na Pradze takie wino nazywano bełtem, alpagą lub po prostu winem marki wino, a żartobliwie J-23 (jak mawiali starsi, nazwa z czasów kiedy takie wino kosztowało 23 zł na stare pieniądze, a serial „Stawka większa niż życie” oglądano z większym napięciem niż teraz „M – jak miłość”.

serdeczności


te Twoje okreslenia znam, ale znam i inne określenia:

mleko /ci co lubią jask kot/
kompot
sikacz
trans
mózgojeb
jabłol
jabłcok
nafta
petrónek
berbelucha /podlasie/
buzon
berbela
barszcz /kongresówka/
paciara...
i wiele innych , których sobie aktualnie nie przypominam
WABI...
PostWysłany: Sob Cze 14, 2008 11:32 am Odpowiedz z cytatem
Marek Jastrząb
Gość




z opowieści o Syfnej E. zapamiętałem zdanie - podsumowanie: "bo każdy potrzebuje kogoś gorszego od siebie."

Też tak sądzę i uważam, że w pisaniu z wielką bystrością wychwytujesz takie właśnie międzyludzkie relacje. Co jest pisarską zaletą.

Reasumując: Kontynuuj!
Dzielnica /fragment/
Forum Strona Główna » PROZA
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  

 


This is a free forum service provided by power-forums.com



Powered by phpBB © 2001-2004 phpBB Group
phpBB Style by Vjacheslav Trushkin