| Bojan |
|
|
 |
| Dołączył: 15 Gru 2005 |
| Posty: 271 |
|
|
|
 |
 |
 |
|
- „To właściwie mogłaby być najciekawsza część całej tej historii. Tak właśnie, ta część, chociaż nie będzie w niej barwnych opisów potyczek, bitew, włóczęg po górach i tych wszystkich awantur, które tak krwawe i czasami wręcz makabryczne, były jednak na tyle ciekawe, że słuchało się ich z zajęciem. Inna rzecz, że należało wszystko to przyjmować z pewną poprawką na – nazwijmy to – skłonności koloryzatorskie opowiadającego.” – Profesor sięgnął po fajkę, starannie, powoli ją nabił, długo i uważnie rozpalał, wreszcie wypuścił kilka potężnych kłębów dymu i zamyślił się. Pogładził palcem klawisz dopiero co wyłączonego dyktafonu, po czym wstał, podszedł do okna i otworzył je. Do gabinetu wpłynął powiew rzeźwego wieczornego chłodu. Profesor stał przez dłuższą chwilę w oknie. Jego wysoka, masywna sylwetka rysowała się wyraźnie na tle zmierzchającego się nieba podświetlonego na widnokręgu ostatnimi blaskami zachodzącego słońca. Profesor miał sylwetkę przypominającą raczej jakiegoś globtrotera, myśliwego z afrykańskich sawann, żeglarza. Zresztą nosił się w takim stylu: zawsze gruby sweter golf, a w gorące dni koszulka typu golf, szpakowata przystrzyżona krótko broda bez wąsów typu „marynarska, opalone policzki i czoło, jakież zamszowe spodnie - styl a la Hemingway, którego wyglądem nawet przypominał. Trudno było odgadnąć w nim jednego z najwybitniejszych uczonych etnografów, profesora sławnego uniwersytetu europejskiego, autora wielu poważnych prac naukowych i podręczników, członka światowych akademii nauk. A w stroju takim profesor występował zawsze: podczas wykładów, na posiedzeniach naukowych, sympozjach międzynarodowych, a na uroczystych promocjach tylko dziekańska toga przykrywała strój profesora.
- „Czy zwróciliście uwagę na te fragmenty opowiadania człowieka imieniem Euros, w których jakby mimochodem kreśli on portret starego generała Sacrapedro?” – profesor znowu mówił do siedzących w jego gabinecie osób: swojej asystentki, młodej dziewczyny o oliwkowej skórze, jej męża, typowego skandynawskiego nordyka i swego japońskiego kolegi, profesora tokijskiego uniwersytetu . – „ I nie chodzi mi o opis jego fizjonomii czy sposobu bycia, choć te oddaje w sposób lapidarny z zrazem obrazowy. Ale wówczas, gdy Euros wspomina na przykład o przeszłości generała, jego stosunku do Rewolucji Latynoskiej. Albo gdy czyni uwagi o udziale chłopstwa w tej Rewolucji, jego w niej zaangażowania, tej – jak się to czasem nazywa: świadomości społecznej, czy wreszcie, gdy mowa jest o możnych tego świata. Jest w całej postawie Eurosa, tego zabijaki i awanturnika, typa spod niezbyt jasnej gwiazdy coś jeszcze, co czyni jego udział w całej tej „krwawej rozróbie” (jak sam nazywa działania rewolucjonistów), mimo wszystko jakimś świadomym wyborem, jakimś zaangażowaniem się w sens i cele tych działań. Dlaczegóż bowiem poświęcił jej kawałek swojego życia, niejednokrotnie przy tym ryzykując jego utratą? Czy w jego życiu była to tylko jeszcze jedna barwna i pełna przygód awantura, w której – bądź co bądź – odegrał był dość znaczną rolę. Że nie powiem, iż po niej nigdy już nie powrócił on do swego poprzedniego życia, bowiem jest to już zupełnie inna historia. Zastanawiałem się nad tym słuchając jego opowieści tam, w tej dzikiej, zapomnianej przez Boga i ludzi nędznej wiosce indiańskiej wysoko w górach, gdzie znaleźliśmy go podczas naszej ostatniej wyprawy naukowej – starego, schorowanego i na wpół ogłupiałego metysa (jak nam się z początku wydawało), którego z litości tylko żywili jeszcze ci biedni, prymitywni Indianie. W miarę słuchania go coraz częściej zauważaliśmy przebłyski jego dawnej inteligencji, jakieś nikłe już ślady wykształcenia, które chyba starał się ukrywać.
- Euros zresztą i sylwetki pozostałych swoich współtowarzyszy potrafił w ten właściwy sobie sposób, to jest lapidarnie, a zarazem trafnie zapewne nakreślić. Chico Pustelnik, Gruby Juan, mały Pepito, Zastrugaczka czy Cięciwa, no a przede wszystkim ksiądz-wykolejeniec, ksiądz-buntownik, ksiądz morderca, męczennik wreszcie, słowem: Dominik. Wszyscy oni, pomimo iż przedstawieni właściwie powierzchownie (Euros nie rozgaduje się na ich temat), potrafią wzbudzić naszą odrazę, czy sympatię, współczucie lub podziw, albo wszystkie te uczucia jednocześnie. Tym więc wyraźniej uderzała w jego opowieści jakaś niemożność nakreślenia postaci Inez Wyraźnie dało się to odczuć, że Euros usiłował możliwie dokładnie ją nam opisać, próbując przekazać coś z tego, co tak głęboko wryło mu się w duszę. Nic z tego jednak nie wychodziło. Inez rozmazywała mu się w pamięci, ulatniała się, wymykała. Dlatego też tę część, ostatnią jego opowieści postanowiłem nie nagrywać już na taśmę, bo ta taśma jak gdyby rwała się, zacinała, szumiała nieokreślonymi, żałosnymi dźwiękami.
- Spędzili z Inez przypuszczalnie nie więcej, niż sześć tygodni, gdyż Euros nie był w stanie uzmysłowić sobie bliżej tego okresu czasu.. Pozostał mu we wspomnieniach z tej wędrówki z Inez nie tylko brak poczucia czasu, ale zapewne i rzeczywistości, jak po długim chorobliwym śnie lub po amnezji. I coś, czego do ostatnich chwil swojego życia zapewne nie potrafi sobie sam wytłumaczyć. Tak, jak nie potrafił wyjaśnić skąd się wziął w tej indiańskiej wiosce o wiele mil od miejsca, w którym rozstał się z Inez”. – Profesor przerwał na chwilę, aby rozpalić zgasłą fajkę. Wypuścił kilka kłębów dymu, zrobił fajka jakiś nieokreślony ruch w powietrzu, wreszcie usiadł na powrót w fotelu i wpatrzył się przez chwilę w milczące pudlo dyktafonu. –
- „Cała ta wędrówka z Inez miała dla Eurosa coś ze snu, który zakończył się koszmarem, po którym przebudzenie i powrót do rzeczywistości były stokroć jeszcze gorsze. Jest w tym wszystkim coś jeszcze, coś co mnie, słuchającego opowieści tego człowieka uderzyło szczególnie, gdy opowiadał on ostatni rozdział swojej historii. To był ten element pokuty, to może zabrzmieć fałszywie, ale tak to właśnie odczułem. Pokuty za beztroska zabawę w wojnę, za niefrasobliwe mordowanie winnych czy niewinnych ludzi w czerwonych mundurach, i nie tylko, za traktowanie całej tej rewolucji jako takiej „fajnej” rozróby, tyle że śmierdzącej trupim odorem i swądem palonych domów. Tak: pokuty za to wszystko, bo to, co powiedziałem wam o człowieku, którego nazywano ongiś Euros, że w jakiś sposób widział, czy też chciał widzieć cel działań rebeliantów, nie przesądza jeszcze o całej jego postawie . Postawie moralnej. Oczywiście. W końcu przecież Rewolucja Latynoska miała swój głęboki również i moralnie sens dla innych, choćby dla generała Sacrapedro, a z pewnością dla wielu nie podobnych do Grubego Juana czy Zastrugaczki, których Euros określał wspólnym mianem bandy włóczęgów i opryszków. I dlatego właśnie takie zakończenie jego historii, to co z niego po tym wszystkim zostało ma – wydaje mi się – swój osobliwy sens, żeby już nie używać określenia: morał.
- Ostatnie utrwalone przeze mnie na taśmie słowa Eurosa, jak pamiętacie, brzmią: „Dobrze więc… - Po tych słowach Euros chciał rozpocząć opowiadanie o wędrówce z Inez. Ale – jak już wspomniałem – opowieść się rwała, więc taśma została wymazana. Był jeszcze na niej zapis następnych jego słów, tak jednak nie pasujących do jego opowieści, do tego wszystkiego, co składało się dla słuchacza na obraz narratora, słów, które by mogły zabrzmieć jakoś nieprawdziwie w ustach tego człowieka, że i te jego słowa wymazałem.” – Profesor uśmiechnął się nieznacznie do swoich myśli – „To było tylko kilka słów, ale Wypowiedzianych zupełnie innym, niepodobnym do jego głosem, szeptem właściwie, coś jakby skarga, pytanie, prośba o wyjaśnienie jakiegoś głębszego sensu… Euros nigdy nie zastanawiał się nad przyczynami zdarzeń, swoim postępowaniem, ich skutkami. Nie analizował – rozumiecie? Nigdy niczego nie analizował; ot, Zycie dla niego akurat w ten sposób się potoczyło i to wszystko. Ale może i nie warto było zastanawiać się nad tym życiem, jakie prowadził do momentu poznania Inez…? Może to wszystko, co wydarzyło się przedtem nie miało żadnego znaczenia, skoro znaczenie nabrało to Zycie dopiero od tego właśnie momentu?
- Wyruszyli więc z Inez o świcie zabrawszy ze sobą resztki zapasów jedzenia, stara flintę z setką nabojów i wielkiego kolta z trzema pasami nabojów. Początkowo jechali na dwóch wynędzniałych koniach, które na krótko przed swoją śmiercią dał im opiekun Inez i przyjaciel jej ojca, hrabia Gomez. Ale po kilku dniach jeden z koni padł, ten na których jechała Inez – zaraza panująca w Stolicy zabijała także zwierzęta.. Euros czekał więc z przerażeniem kiedy pokażą się pierwsze objawy choroby u Inez. To oczekiwanie niemal zupełnie zbiło go z nóg. Prawie w ogóle nie sypiał, nie jadł, oszczędzając zapasy jedzenia dla niej. Nie chciał jeszcze zaczynac polowania z tymi szczupłymi zapasami nabojów; czekała ich być może, jeszcze bardzo długa wędrówka i naboje mogły być potrzebne do obrony życia. W wyobraźni widział już Inez z pierwszymi objawami choroby, osuwającą się bezwładnie w jego ramiona, gdy jechał na koniu trzymając ją przed sobą, dotykał stale jej dłoni sprawdzając czy już płoną gorączką. Był pół przytomny ze strachu, że Inez zachoruje, że po trzech dniach będzie musiała umrzeć w straszliwych męczarniach, a on nic, ale to zupełnie nic nie będzie w stanie dla niej uczynić, nawet by ulżyć jej cierpieniom. Kiedyś, podczas tego okrutnego wyczekiwania przyszła mu do głowy myśl, że gdy Inez zachoruje, zastrzeli ją, a potem sam sobie palnie w łeb, ale zaraz odrzucił tę myśl od siebie wiedząc, że nigdy na coś podobnego nie mógłby się zdobyć.
Ale Inez nie zachorowała. Dni mijały, a oni wlekli się przed siebie trzymając się podnóża gór, rozbijając nocą obóz, wyruszając wczesnym świtem i zatrzymując się w południe na odpoczynek na skraju lasu lub pod rozłożystym drzewem. Rozmawiali ze sobą niewiele – Inez była stale zatopiona w myślach, strata ojca bardzo ją dotknęła, no i te wszystkie przeżycia związane z trzęsieniem ziemi i ucieczką z miasta. Kiedyś tylko odbyli dłuższą rozmowę: Inez zapytała go czy kochał jej ojca, ale zanim zdążył odpowiedzieć cokolwiek, ona sama za niego odpowiedziała: oczywiście, że musiał go kochać, skoro tyle dla niego zrobił, tak się poświęcał, narażał, aby dotrzeć do niej i spełnić obietnicę daną umierającemu. Nie pytała o szczegóły śmierci ojca tak, jakby były jej one dobrze znane, chociaż Euros nigdy jej o tym nie opowiadał. Wówczas jednak, gdy zapytała go czy kochał jej ojca, zaczęła sama mówić. Opowiadała o swoim dzieciństwie, o matce, której nie mogła pamiętać gdyż zmarła w połogu, o swoim niewidomym szczęściu w rodzinnym domu, gdzie wszyscy byli dla niej tacy dobrzy, a najlepszy oczywiście był jej ojciec. Nie cierpiała chyba z powodu swojego kalectwa – urodziła się już niewidoma i nawet nie potrafiła sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej. Ślepcy, którzy nigdy nie widzieli są podobno szczęśliwi, a bywały przypadki, że gdy przywrócono im wzrok, ich życie stawało się wkrótce jednym wielkim pasmem rozczarowań. Euros słuchał tego wszystkiego i dziwił się samemu sobie, że tak doskonale potrafi ją zrozumieć. Jego życie było przecież zawsze tak zupełnie inne, nieporównywalne do życia tej dziewczyny.. Ale Inez już więcej nie powracała do swoich wspomnień, a Euros, chociaż chciałby ich słuchać jak najdłużej, nie śmiał jej o nic pytać.
Pewnego razu o świcie, gdy spali nad małym strumykiem spływającym z pobliskiej góry, Euros przebudził się nagle poczuwszy, że dzieje się z nim coś niedobrego. Trzęsły nim dreszcze, odczuwał mdłości, miał rozpaloną głowę. Pomyślał, że dopadła go zaraza i na tę myśl zesłabł zupełnie, nie mogąc nawet podnieść się z posłani. Przeleżał tak długą chwilę, wreszcie podźwignął się jakoś i zaczął oddalać od obozowiska. Chciał odejść niespostrzeżenie i umrzeć gdzieś z dala – może Inez nie zdążyła jeszcze złapać tej choroby?. Nie chciał myśleć o tym, co się z nią stanie, gdy jego zabraknie. Nie miał jednak siły iść dalej. Usiadł nad brzegiem strumyka chłodząc wodą rozpalone czoło. Siedział tak dość długo, aż raptem od strony ich obozu, od którego nie zdążył się tak bardzo oddalić, dobiegł go głos Inez. Wołała za nim pytając dlaczego ją zostawił, czy już jej nie kocha? To go zupełnie otrzeźwiło: Inez pyta czy on już jej nie kocha! Ależ tak; ona przecież miała coś innego na myśli; pytała czy nie kocha jej tak, jak kocha przyjaciel, za którego go uważała, przyjaciel, który we wspólnej niedoli ratuje drugiego przyjaciela. To, na pewno tylko to miała Inez na myśli wzywając go, chociaż wyraźnie tego nie powiedziała. Zerwał się więc ostatkiem sił i przybiegł do niej. Wołał coś nieskładnie, zapewniał ją o swoim przywiązaniu, o swej miłości wreszcie, tłumaczył ze poczuł się źle, że musiał odejść, bo myślał, że będzie umierał na tę straszliwą chorobę, wreszcie sam już nie wiedział co mówi. Inez zrozumiała go i zapłakała, por raz pierwszy od czasu, gdy ją ujrzał. Euros poczuł się dziwnie szczęśliwy, zdrowszy – jego zasłabnięcie było na szczęście tylko wynikiem głodu; nie jadł już od dwu dni. Zrozumiał, że aby ratować Inez, on musi być zdrowy i silny. Jeszcze tej samej nocy upolował jakiegoś ptaka, potem jeszcze dwa, które zjadł z wielkim apetytem. Martwiło go tylko, że na te trzy ptaki zużył aż pięć naboi – widocznie głód osłabił jego wzrok i pewność ręki.
Euros nie znał zupełnie tych okolic, przez które teraz wypadło im się posuwać. Wiedział tylko, że maja to robić w kierunku południowo-zachodnim, aby dotrzeć do wybrzeży Oceanu i że pasmo gór, wzdłuż którego posuwali się teraz powinno ich tam zaprowadzić. Czasami wytyczał dalszą marszrutę kierując się położeniem gwiazd na wieczornym niebie, we dnie obserwował drogę, jaka przebywa słońce. Ale po kilkunastu dniach marszu (marszu, bo najczęściej prowadził konia, na którym jechała Inez mając przytroczoną do siodła strzelbę i niewielki węzełek z zapasem jedzenia) zauważył, że łańcuch górski skręca lekko na północ, a w kierunku południowym rozciąga się równina przechodząca dalej być może w pustynię. Nie mieli większych szans przejścia przez nią bez zapasów jedzenie, a zwłaszcza wody. Nie wiedział jeszcze co ma dalej czynić. Postanowił na razie rozbić obóz i zatrzymać się to na dłużej dla odpoczynku i zastanowienia się nad dalszą drogą, chciał także upolować trochę jedzenia na dalszą drogę. Mieli ze sobą, na szczęście pewien zapas soli, można więc było mięso zabezpieczyć przed zepsuciem.
Pozostali w tym miejscu przez trzy dni. Euros polował na ptactwo, potem solił mięso. Miejsce było wyjątkowo piękne; pełne zieleni, otoczone skałami, które wyżej przechodziły w ostre granie i strome szczyty. Wydawało mu się, że Inez czuje się tu szczęśliwa, ona także chciał, żeby ten postój trwał jak najdłużej. Ale trzeba było wreszcie coś postanowić. Powiedział Inez, że musi ją zostawić na jakieś dwie lub trzy godziny, gdyż zamierza rozglądnąć się po okolicy. Zamierzał wejść na szczyt niezbyt stromej, ale dość wysokiej skały, aby zobaczyć okolice rozciągającą się w kierunku południowym. Gdy stanął już na szczycie, istotnie mógł objąć wzrokiem znaczna przestrzeń; to nie była pustynia. Na równinie pokrytej żółto-zieloną trawą wystawały tu i ówdzie kępy jakichś krzewów i wysepki raczej płaskich niewielkich skał – typowy obraz prerii. Mieli szansę przejść tamtędy; na prerii spotyka się wodę, a także i zwierzęta, na które można polować.
Gdy po trzech godzinach powrócił do obozu zastał Inez stojącą nieruchomo ze strzelbą – naprzeciw niej zastygła sprężona do skoku puma. Euros zdrętwiał, nie mógł uczynić żadnego ruchu – bywa tak, wiecie, w momentach nagłego zagrożenia. Mijały sekundy, a może tylko ułamki sekund. Puma nieznacznie prostowała się, była bardzo blisko Inez. Ona zaś stała nieruchomo wsparta o pień szerokiego drzewa, jej nieruchome oczy wpiły się w zwężone ślepia kota. Nagle gdy zwierzę uczyniło ten nieznaczny ruch poprzedzający skok, Inez uniosła nieznacznie lufę strzelby wyżej, omal nie dotykając nią napastnika i buchnął strzał, aż echo wstrząsnęło skałami. Bestia poderwała się w górę i opadła w trawę wyciągając sztywniejące łapy. Euros rzucił się do Inez nie mogąc wydobyć z siebie głosu. I wtedy ją pocałował – raz jeden jedyny dotknął wargami jej ust, co trwało nie więcej, niż jeden oddech. Ona wiedziała, że już od pewnego momentu był tutaj, wiedziała że nie potrafił nic uczynić, aby jej pomóc, że nie zdążyłby nawet wyjąć kolta z pochwy i nie miała do niego żalu. Wystarczyło jej, ze jej wyostrzony słuch ślepca ocalił jej życie.. Słyszała skradanie się pumy i dlatego ostrożnie cofnęła się pod drzewo, gdzie stała oparta strzelba, o czym Euros jej powiedział przed opuszczeniem obozu, słyszała jego nadejście i każdy ruch pumy – nacisnęła spust w ostatniej i najbardziej właściwej chwili. Od tej pory Euros postanowił sobie, że nigdy, nawet na najkrótszą chwilę nie pozostawi Inez samej.
Znaleźli się na prerii. Początkowo droga przebiegała łatwo i bez przeszkód, robili dziennie po kilkanaście mil. Ale słońce zaczynało im się dawać coraz bardziej we znaki, a coraz trudniej było znaleźć jakiś skrawek cienia. Skały i krzewy stawały się coraz rzadsze, coraz też rzadziej udawało się coś upolować. Naboi także pozostało już niewiele. Strumyki, które jeszcze od czasu do czasu napotykali bywały coraz mizerniejsze, a woda w nich coraz bardziej mętna i cuchnąca, tworząc małe bajora z zanikającą w ziemi strużką. Po kilki dniach tej drogi Eurosa zaczęły ogarniać wątpliwości czy kiedykolwiek się stąd wydostaną.
Któregoś popołudnia na horyzoncie przed nimi pośród czerniejącej grupy skał, przez które powinna im wypaść droga, Euros dojrzał smugę dymu. To mogli być tylko ludzie, a więc na tym pustkowiu należało się wystrzegać spotkania z nimi. Za dnia jednakże trudno byłoby ich obejść nie będąc zauważonym. Należało więc wyminąć ich nocą, ale noce bywały chłodne i Euros rozpalał zawsze ognisko, aby Inez mogła się ogrzać, gdyż zauważył, że jest bardzo wrażliwa na każdą zmianę temperatury. Do skał mogło być jakieś trzy kwadranse drogi. Euros zamyślał zakraść się tam niespostrzeżenie i zorientować co to są za ludzie, ilu ich jest, może zresztą można by było się do nich przyłączyć? Ale nie mógł tego zrobić razem z Inez, a zostawiać jej samej, nawet na krótko, już nie chciał. Ona wyczuła, że zaszło coś nowego i prosiła, żeby Euros jej wszystko powiedział. Nie chcąc jej niepokoić powiedział jej tylko, że na ich drodze obozują jacyś ludzie i że należy najpierw sprawdzić co to za jedni. Sama zaproponowała, żeby nocą starali się ominąć ich niespostrzeżenie, Euros zadecydował jednak, że z zapadnięciem mroku zbliżą się do skał na tyle, żeby mógł on podejść i sprawdzić kto tam przebywa, a następnie w razie konieczności szybki i po cichu oddalą się z tego miejsca. Łudził się jeszcze bowiem, że mogą to być jacyś ludzie, z którymi warto by było, choćby dla bezpieczeństwa, odbyć dalszą podróż wspólnie. Tak też uczynili. Gdy już się ściemniło, podjechali do skał, Inez wraz z koniem została w pobliżu, a Euros zakradł się pomiędzy blokami skalnymi i z krawędzi niewielkiego wąwozu spojrzał w dół – wokół dogasającego ogniska oparte o skały leżały postacie czterech mężczyzn, trzech z nich wyglądało na pogrążonych we śnie, jeden był zajęty czyszczeniem karabinu trzymanego na kolanach. W pobliżu stały cztery uwiązane przy kamieniu konie. Nie mogło być wątpliwości co to za ludzie: ich nieogolone, ponure gęby, zniszczone skórzane kurtki i spodnie wyszywane metalowymi cekinami, wysokie buty, jakich używają przeważnie gaucho, albo ci, którzy niegdyś nimi byli, zanim postanowili w łatwiejszy sposób zdobywać pieniądze i to w większych ilościach, niż z uczciwej pracy pasterzy. To byli cangaceiros, zbiegli z więzienia przestępcy lub tacy, na których od dawna już czekały sądy, albo i szubienice.
Euros zamierzał właśnie wycofać się, gdy raptem jeden z koni niespokojnie zarżał i natychmiast odpowiedział mu ukryty w pobliżu wraz z Inez ich koń. Czyszczący broń mężczyzna znieruchomiał, po czym zerwał się na nogi trzymając broń gotową do strzału. Trącił nogą leżącego obok towarzysza i zawołał do niego: „Hej, Ramon, tu ktoś jest!”, po czym ruszył w stronę gdzie ukrywał się Euros. Nie było czasu do stracenia: Euros wystrzelił z kolta prosto w idącego na niego bandytę, który ciężko zwalił się na ziemię, po czym kilkoma skokami znalazł się przy Inez. Nieomal rzucił ją na konia i kłując go ostrogami puścili się przed siebie, byle dalej od skał. Za nimi huknęły strzały, ale ich kryła ciemność. Po chwili usłyszeli tętent końskich kopyt – to była pogoń za nimi. Noc chroniła ich przed pogonią, ale też i uniemożliwiała w znacznym stopniu orientowanie się w kierunku tej szybkiej przecież jazdy. Nie mieli jednak wyboru; musieli uciekać, i to jak najprędzej – każda minuta, każdy skok nazbyt obciążonego konia powinien ich oddalać od ścigających. Jechali tak przez czas dłuższy, słysząc wciąż odgłosy pogoni, ale wreszcie ich koń zaczął ustawać – musieli się zatrzymać. Inez była już bardzo zmęczona i natychmiast zasnęła, Euros czuwał do rana. Gdy nastał dzień przekonał się, że bandyci nie zrezygnowali z pogodni; daleko na horyzoncie wielkiej stepowej równiny od strony, skąd nocą uciekali widać było trzy maleńkie punkciki, nad którymi unosił się ledwie niewidoczny stąd obłoczek kurzu świadczący, że punkciki się poruszają i to dosyć szybko. Znowu więc rozpoczęli swoją ucieczkę, ale nie mieli większych szans jadąc we dwójkę na jednym koniu. Pod wieczór tego dnia jednak zdawało się, że zdołali zgubić ścigających. Jechali jeszcze czas jakiś po zapadnięciu zmroku, aby nocą móc bezpiecznie rozpalić ognisko, na szczęście kryły ich w tym miejscu nierówności terenu.
Następnego dnia nie było już widać pogoni, ale trzeciego dnia około południa znowu na horyzoncie pojawiły się trzy złowrogie punkciki. Pod wieczór zbliżyły się już dość znacznie do uciekających.
Jechali więc teraz nocą, zmęczenie konia i ciemności nie pozwalały na szybką jazdę – przed świtem musieli się zatrzymać na postój. Rankiem wyruszyli znowu. Po jakimś czasie Euros zauważył, że mijają ich z kierunku, z którego jechali, najpierw pojedynczo, a potem niewielkimi grupami różne stepowe zwierzęta, których nigdy nie spotykali tu w takich ilościach: tapiry, które mimo bliskiej odległości nie zwracały na nich uwagi, małe lisy stepowe, nawet iguany starały się ich prześcignąć, nad ich głowami zaś przelatywały coraz liczniejsze grupy ptactwa. Preria jakby ożyła biorąc wraz z tymi dwojgiem udział w tej ucieczce. Ale preria uciekała przed czymś innym; przed wiejącym w ich plecy lekkim wiatrem, który zaczął przynosić ze sobą swąd palonej trawy…
Pierwsza odezwała się Inez pytając, a raczej stwierdzając tylko, że to oni, ci bandyci podpalili step, aby ich doprowadzić do zguby. Euros próbował ją uspokoić, mówił że wiatr w każdej chwili może się zmienić i pożar odetnie drogę goniącym. Ale wiatr nie zmieniał kierunku, jak gdyby wszystko: i goniący i uciekający i zwierzęta razem pędzili ku jakiemuś z góry wytyczonemu celowi. Około południa wiatr dmuchał już na nich coraz to gorętszymi powiewami, spowijając ich od czasu do czasu nikłymi jeszcze obłoczkami dymu. Wreszcie Euros musiał zrobić to, co w takich razach jest konieczne, ale i ryzykowne: podpalił trawę na przestrzeni kilkuset metrów przede nimi, aby przerwać pochód ścigającej ich ściany ognia. Stracili przez to dużo czasu, zanim znowu mogli posuwać się naprzód – teraz mieli ogień za sobą i przed sobą, to drugie oczywiście hamowało tempo ich jazdy. Tymczasem ścigający znacznie się do nich zbliżyli; po kilku godzinach wjechali już na trawę wypaloną pożarem wznieconym przez Eurosa, stawali się już widoczni coraz bardziej, widać już było jak się rozdzielają, by okrążyć uciekających. Euros musiał się przygotować do obrony. Zatrzymali się więc przy leżącej tu grupie płaskich głazów. Euro właśnie zeskoczył z konia i podszedł do głazów, gdy wtem wiatr przybrał na sile i niespodziewanie zmienił kierunek: od strony, gdzie szalał pożar (ten wzniecony przez bandytów dogasł po dotarciu do popiołów trawy podpalonej przez Eurosa), otóż od tej strony właśnie powiał teraz dym i gorący podmuch powietrza. Koń, na którym siedziała jeszcze Inez spłoszony i przerażony nowym niebezpieczeństwem przychodzącym z kierunku, którego dotąd nie wyczuwał, zarżał przeraźliwie, wspiął się na tylne nogi i pognał ile sił w kopytach zgodnie z kierunkiem wiejącego teraz wraz z dymem i gorącem wiatru. Na jego grzbiecie uczepiona końskiej grzywy pędziła Inez wprost na nadjeżdżających bandytów.
Euros nie stracił głowy; zrozumiał, że musi zastrzelić konia, że musi strzelać bardzo celnie i pewnie, jak jeszcze nigdy dotąd. Złożył się do strzału, przez moment mierzył poprzez zasłaniające mu oczy smugi dymu, wreszcie nacisnął spust – ani przez ułamek sekundy strzelba nie zadrżała mu w rękach. Uciekający rumak po strzale szarpnął się w bok, ale nie upadł – pędził dalej przed siebie w dzikim przerażonym galopie. Tylko Inez jakby mocniej przywarła do jego grzbietu, jej głowa leżała na karku konia.
Tymczasem bandyci, którzy zatrzymali się na widok pędzącej ku nim Inez , zobaczyli teraz co się święci, gdyż pożar huczał już blisko. Zawrócili więc i pognali z powrotem – za nimi pędził coraz bardziej się do nich zbliżając wierzchowiec z prawie niewidoczną już sylwetką jeźdźca. Euros zaczął biec za nimi, ale wkrótce dym przesłonił mu uciekających. Biegł jeszcze bardzo, bardzo długo i to go uratowało. Pożar, podobnie jak i poprzednio, zatrzymał się na popiołach wypalonej trawy. Po jakimś czasie Euros padł odurzony dymem i okrutnym morderczym biegiem.
O dalszych swych losach Euros nie umiał nic bliższego powiedzieć. Przypuszczalnie zaczął iść znowu w kierunku, w którym uciekali z Inez, ale zupełnie nie zdawał sobie z tego sprawy. Szedł zresztą nie po to, by się uratować – szukał Inez. Trwało to może dobę lub dwie. Wreszcie preria się skończyła, a po kolejnym dniu marszu znalazł się na skraju dżungli. Nie wiedział jak znalazł się w tej wiosce indiańskiej, w której spotkaliśmy go, ani od jak dawna tu przebywa. Pamiętał tylko, że od czasu, gdy się tu znalazł jego codzienna strawą był kubek pędzonej przez tutejszych Indian wódki przegryzanej miską papki z mango lub kukurydzianym plackiem.
- Profesor zamilkł, nikt nie przerywał tego milczenia. Wreszcie po chili wstał z fotela, oparł dłoń na jego poręczy i powiedział z zadumą: - „Czy należy go żałować? Czy współczuć mu, czy go potępiać? Myślę, że ten człowiek otrzymał od losu ciężką pokutę. Jego życie w pewnym sensie można by było porównać z beethovenowską sonatą, którą tak lubił wygrywać na oboju stary generał Sacrapedro, a którą Euros mylnie nazwał Symfonia quasi una Fantasia. Właśnie: quasi una fantasia. Tak właśnie brzmiały ostatnie słowa umierającego generała”. – Profesor odstawił dyktafon na półkę – „No, cóż, moi kochani – zwrócił się z uśmiechem do swoich gości – bywają opowieści prawdziwe i nieprawdziwe, ciekawe i nieciekawe albo jedne i drugie jednocześnie. Myślę jednak, że ta, której wysłuchaliście na pewno należy do ciekawych!”. –
************* |
|