| Bojan |
|
|
 |
| Dołączył: 15 Gru 2005 |
| Posty: 269 |
|
|
|
 |
 |
 |
|
KAPITAN NA WIELKIM LŚNIĄCYM ŻAGLOWCU
Stał na swoim mostku przez binokular wypatrując nie odkrytych lądów - czyżby zapomniał o Kolumbie i całej tej bandzie portugalsko-hiszpańsko-brytyjskich awanturników, dawno przed nim opływających te morza? Właśnie zamajaczyła na widnokręgu wyspa jakaś, a może tylko chmura.
Kapitan wydał rozkaz do zmiany kursu, więc dziób okrętu pruł teraz w tamtą stronę, nie zważając, że może się rozbić o przybrzeżne rafy. Załoga znów patrzy na niego jak na wariata, który już nieraz naraził ich na kłopoty. On nieporuszony wpatruje się przed siebie.
Tymczasem zupełnie niespodziewanie nadciągnął szkwał, rozpętała się ulewa, którą przecinały oślepiające błyskawice, wezbrały fale i okręt niebezpiecznie przechylił się na burtę zanim zdążono ściągnąć żagle. W tym przechyle nadal pruł wzburzone już morze, ale majak na widnokręgu nie przybliżał się do nich – jak gdyby zastygł w miejscu. Majtkowie uwijają się na rejach mocując się z mokrymi skrzydłami żagli. Gwałtowne porywy wichury strąciły już kilku w kipiel morską. Kapitan stoi nadal na mostku, jakby niczego nie zauważył, tylko rękami uchwycił się mocniej jego poręczy.
Szkwał jak niespodziewanie uderzył, tak teraz nagle ustał i wyjrzało słońce. Okręt odzyskał swoją równowagę i lśnił teraz mokry w promieniach słonecznych. Miało się ku zachodowi.
Marynarze patrzyli w zdumieniu na swego kapitana: stał nadal na mostku w swoim białym uniformie, przy oczach miał binokular, jak gdyby nic się nie stało i ręką wskazywał przed siebie. Spojrzeli w tamtym kierunku: na horyzoncie widzieli tylko czerwono-złotą kulę chowającego się w morzu słońca.
Kapitan był przystojnym brunetem, niewiele po czterdziestce, o czarnych, pałających oczach i krótkiej, lekko szpakowatej brodzie okalającej mu szczękę. Nosił się zawsze schludnie i dystyngowanie, najchętniej przywdziewał, bez specjalnej okazji, swój galowy biały uniform z pirogiem przyozdobionym czarnym pióropuszem, u boku przypasana szpada. Dłonie miał wysmukłe, delikatne, niczym dłonie kobiety – jakby go to trochę krępowało, ukrywał je zawsze w rękawiczkach Nie był zbyt wysoko ceniony wśród kapitanów innych żaglowców, którzy widzieli w nim lekkomyślnego dowódcę, nie dbającego o bezpieczeństwo swojej załogi, aczkolwiek cenili jego umiejętności żeglarskie. Przez załogi, którymi dowodził nie był lubiany; wyczuwano w nim chłodny dystans, niemal pogardę do marynarzy. A jednak było w nim coś wzbudzającego respekt, bez czego nie mógłby przecież dowodzić żadnym statkiem.
Pływał już od bardzo wielu lat, zarówno po morzach Dalekiego Wschodu, jak i na Karaibach czy Południowym Pacyfiku. Każdy ze swych rejsów zdawał się uważać za ten najważniejszy, w którym przydarzy się coś, co uwieczni jego imię na zawsze. Znał z detalami historię wszystkich odkryć geograficznych począwszy od Starożytności, aż po czasy mu współczesne. Mógł bez końca recytować szczegóły każdej z odkrywczych wypraw, ba! nawet znał doskonale życiorysy takich podróżników, jak Vasco da Gama czy Cook, nie mówiąc już o Kolumbie. W swojej kajucie kapitańskiej miał pełne półki ich książek lub książek o nich.
W mieście, z którego pochodził pozostawił kobietę; piękną jasnowłosą, wysmukłą, zielonooką. Znali się od kilku lat, powracał do niej zawsze po każdym rejsie, czy trwał on tylko kilka czy kilkanaście miesięcy. Kobieta nie zmieniała się ani fizycznie, ani w stosunku do niego: zawsze piękna i czuła, zawsze wierna i czekająca. Była wdową, która przybyła do tego miasta wkrótce po nagłej śmierci swego męża, który zginął w niejasnych okolicznościach gdzieś w innym kraju. Nabyła tu skromną rezydencję i prowadziła cichy, pozbawiony towarzystwa żywot. Gdy kapitan powracał z swych dalekich podróży zawsze czekał go kojący wypoczynek w jej ramionach. Była cudowną kochanką, namiętną i czułą, pełną oddania w chwilach największych uniesień. Początkowo nie angażował się mocniej w ten związek, z czasem jednak coraz bardziej podczas swoich rejsów tęsknił do tej kobiety. Po kilku latach takiego związku czuł, że bez niej jego życie nie miałoby sensu, nawet gdyby udało mu się odkryć jakieś nieznane nowe lądy. Kobieta z jednakową mocą okazywała mu swoje przywiązanie i to ona pierwsza wyznała mu kiedyś miłość. On jednak nie umiał się zdobyć na odwzajemnienie jej tego wyznania; coś go przed tym powstrzymywało, może jego nawykła do wolności marynarska dusza?
Mijały lata, a ich związek trwał, pomimo iż często pozostawali na długo z dala od siebie. Kiedyś wszakże ta rozłąka trwała nazbyt długo; kapitan pływał nieprzerwanie po morzach i oceanach przez kilka lat. Tęsknił do niej coraz mocniej, śnił o niej po nocach, stawał się dla załogi coraz bardziej niesprawiedliwy, a dla swoich oficerów wręcz opryskliwy. Ale nie potrafił się zmusić do napisania do niej listu, aby go nadać w którymś z portów – podświadomie bał się, że pisząc list (nie bardzo nawet wiedział jak się to robi, nigdy nie pisywał do swoich kochanek), jego tęsknota za nią stanie się nie do wytrzymania. A tyle miał jeszcze drogi przed sobą… Pierwszym objawem jego obecnego nastroju było zlekceważenie śmiertelnego wypadku na jego żaglowcu, jakiemu uległ jeden z marynarzy, któremu urwana z rei lina przecięła aortę szyjną. Innym znów razem wysłał dziurawą szalupę na jakąś mijaną wyspę, na której zresztą roiło się od ludożerców, o czym wiedział z opowieści swojego pierwszego oficera. I tym razem nie obyło się bez ofiar, bo szalupa zatonęła, a dwu z marynarzy dostało się w szczęki żerującego w tym miejscu stada rekinów. Marynarze szemrali wieszcząc, że kapitana spotka kiedyś kara od Ducha Głębin Morskich, w którego moc święcie wierzyli.
Gdy po kilku latach kapitan powrócił wreszcie ze swego najdłuższego rejsu, nie zastał już swojej kochanki. Ludzie w mieście powiedzieli mu, że wkrótce po jego wypłynięciu w ów najdłuższy rejs kobieta zniknęła. Jedni twierdzili, że chyba umarła, inni, że nagle dokądś wyjechała. Nie mógł w to uwierzyć: to niemożliwe, żeby umarła, była wciąż jeszcze taka młoda! A dlaczego miałaby nagle opuścić swój dom, nie pozostawiając dla niego żadnej wiadomości? Chodził zrozpaczony po mieście wypytując o nią ludzi, ale nikt nie umiał mu nic konkretnego powiedzieć.
Mijało właśnie pięć lat od czasu, gdy kapitan opuścił miasto po bezowocnych poszukiwaniach jakiegokolwiek śladu po ukochanej kobiecie. Podczas wszystkich następnych rejsów gnany jakąś obsesją szukał w każdym z portowych miast, dokąd zawijał jego żaglowiec, jakiegoś znaku, który pozwoliłby mu zrozumieć to, co się stało. Kiedyś w jednym z takich miast na krótką chwilę mignęła mu na ulicy postać kobieca poruszająca się szybkim krokiem; jej sylwetka, część profilu widoczna spod okrywającego jej głowę szala, wszystko było nią. Pobiegł za nią, ale ona zniknęła w jakimś zaułku. Gotów byłby przysiąc, że kobieta zauważyła go i dlatego przyśpieszyła kroku i nagle zniknęła mu z oczu. Gryzł się tym przez długi czas, tym bardziej, że następnego dnia musiał wypłynąć w morze w bardzo długi rejs i stracił nadzieję na wyjaśnienie tego zdarzenia.
Teraz stał znowu na mostku kapitańskim patrząc niewidzącymi oczami na morze unoszące jego wspaniały, lśniący żaglowiec. Było już po burzy, załoga w ponurych nastrojach krzątała się po pokładzie śląc mu od czasu do czasu nienawistne spojrzenia – nie mogli mu darować śmierci swoich trzech kolegów, którzy spadli z rei i tego, że kapitan zdawał się w ogóle nie przejmować tym faktem. Zmierzchało się, a statek płynął tym samym kursem ku wciąż odległemu cieniowi ni to wyspy, ni to obłoku. Widoczność stawała się coraz gorsza, więc tym bardziej rosło niebezpieczeństwo rozbicia się o rafy lub osiadnięcie na mieliźnie, pomimo iż penetrująca dno morskie sonda wciąż wykazywała w tym miejscu znaczną głębię. Kapitan zszedł do swojej kajuty, usiadł przy biurku i zaczął przeglądać rozłożone na nim mapy. W pewnym momencie kadłub statku zatrząsł się jakby od jakiegoś silnego uderzenia, a po chwili wstrząsy ponowiły się jeszcze kilkakrotnie i cały statek przechylił się lekko na prawy bok. Do kajuty wpadł pierwszy oficer meldując, że statek osiadł na mieliźnie. Kapitan wybiegł na pokład i pierwszą rzeczą, którą zobaczył był zarys jakiegoś lądu w odległości niecałej mili od statku.
Przez noc nie opuszczali statku, pomimo że kadłub zaczął przeciekać i załoga szemrała już, że kapitan chce ich żywcem zatopić. Dopiero o świcie, gdy nastąpił odpływ i przechylony statek jeszcze bardziej wystawał ponad powierzchnię wody, a jego dno nabierało coraz więcej wody spuszczono szalupy i dopłynięto do brzegu nieznanego lądu czy też wyspy. Ani kapitan, ani nikt z załogi nie mógł wówczas przypuszczać, że jest to wyspa bezludna, nieoznaczona na mapach, na której przyjdzie im spędzić siedem długich lat w surowych warunkach, choć na szczęście w sprzyjającym klimacie. Statku bowiem, pomimo wielkich wysiłków nie udało im się ściągnąć z mielizny ani naprawić bo, jak się okazało jego kadłub został znacznie uszkodzony podczas uderzenia w skalistą mieliznę czy raczej podwodną rafę, i po kilku dniach zaczął się rozpadać, a fale odpływu uniosły w głąb morza jego resztki. Zdążyli tylko przenieść ze statku na ląd większość swoich rzeczy, jak ubrania, broń i amunicję i innego wyposażenia niezbędnego do przeżycia w nowych warunkach.
Gdy wreszcie jakiś przepływający w pobliżu statek, który zresztą zgubił drogę i dlatego znalazł się w tym rejonie, ocalił ich, byli już niemłodymi,wyniszczonymi prymitywnym bytowaniem mężczyznami o mocno posiwiałych skroniach i brodach.
Kapitan nie chciał już wracać na żaden, choćby i najpiękniejszy żaglowiec, znienawidził morze, które zabrało mu najlepsze lata życia, pozbawiając szczęścia, jakie dawała mu ta kobieta, wystąpił więc z marynarskiej służby. Nie bardzo wiedział co ma teraz ze sobą począć, ani gdzie osiąść na stałe. W głębi duszy pragnął powrócić do miasta, w którym ongiś przeżył tyle cudownych chwil ze swoją ukochaną. Długo nosił się z tą myślą czy powinien czy też nie powrócić do miasta swojej młodości. Ale to pragnienie było silniejsze od niego; któregoś dnia wylądował w porcie, z którego ostatni raz wypłynął przed wieloma laty, nie wiedząc, że już nigdy nie zobaczy swojej miłości. Instynktownie udał się na przedmieście, gdzie stała skromna rezydencja, która kiedyś była jego szczęśliwą przystanią. Dom prezentował się bardzo dobrze, nie był wcale zniszczony upływem czasu – wręcz przeciwnie: sprawiał wesołe wrażenie odnowionego, lśniącego nowymi czerwonymi dachówkami i nieskazitelną bielą murów odbijających słoneczne światło. Wokół domu rozpościerał się zadbany, pełen kwiatów ogród, w którym teraz krzątała się jakaś młoda kobieta, zwrócona bokiem do nadchodzącego mężczyzny. Serce kapitana podbiegło do gardła i zatrzymało się, poczuł duszności i miękkość w nogach – przystanął: to była ona! Po chwili kobieta odwróciła się w stronę drogi, zauważyła go i pogodnie pomachała mu ręką, jak gdyby na powitanie. Kapitan stał w miejscu, nie mogąc zrobić kroku. Widział jej jasne rozpuszczone włosy, wspaniałą figurę, promienny uśmiech i te wielkie zielone oczy, które teraz lekko mrużyły się przed światłem popołudniowego słońca. Wreszcie powoli ruszył w stronę bramy wejściowej, a nogi ciążyły mu jak ołów. Szedł nieskończenie długo i powoli, na twarzy kobiety, która właśnie zwróciła się w jego stronę zaczęło malować się lekkie zdumienie, potem coś na kształt litości dla niedołężnego starca. Wreszcie przekroczył bramę i zaczął się zbliżać do niej, ona stała w miejscu przyglądając mu się uważnie. Gdy stanął przy niej spojrzał w te zielony oczy i wyszeptawszy jej imię zapytał łamiącym się głosem: „Dlaczego…?” – nic więcej nie mógł ze siebie wykrztusić. Chciał jeszcze coś dodać, ale właśnie z domu wybiegł mały chłopczyk, bardzo do niej podobny wołając: „Mamusiu, nie mogę znaleźć papy, a miał się ze mną pobawić!”. Kapitan poczuł, jak od nadmiaru wzruszeń robi mu się słabo i po chwili ogarnęła go ciemność. W tym półśnie czy letargu znowu stał na swoim kapitańskim mostku – teraz był to wspaniały biały galeon płynący na czele dowodzonej przezeń floty wielu innych białych żaglowców. Przed nim na horyzoncie majaczył zarys nie odkrytego jeszcze nowego lądu. Na mostku u jego boku stała ona…
Gdy się ocknął leżał na szezlongu w salonie, który znał tak dobrze. Przy nim na fotelu siedziała ona nacierając mu skronie zwilżoną chusteczką i podsuwając do ust kieliszek z koniakiem. – „Już dobrze, musi pan być ogromnie zmęczony, a może ten upał…Służba wniosła tu pana z ogrodu, gdzie pan przed chwilą zemdlał.” – usłyszał ten dobrze mu znany głos. Znów zamknął oczy, w głowie jeszcze mu szumiało, nie mógł zebrać myśli. Wreszcie po chwili wyszeptał:
- „To ty? Jak to się stało, że…” -
– „To pan mnie zna?” – w głosie jej wyczuł ogromne zdumienie. - „Pan wybaczy, ale ja widzę pana po raz pierwszy w życiu!” – Znowu poczuł, że dzieje się z nim coś niedobrego. – „Ja chyba oszalałem, tak, na pewno oszalałem z tej tęsknoty za nią” – pomyślał. Zapadł znowu w lekkie omdlenie tak, iż kobieta przestraszona jego stanem mocnej zaczęła nacierać mu skronie i podsunęła pod nos flakonik z solami trzeźwiącymi. Po chwili kapitan ocknął się i patrzył na nią z bezgranicznym osłupieniem. Wreszcie głośno i wyraźnie wymówił jej imię, powtarzając je kilkakrotnie. Kobieta wydawała się zaskoczona mówiąc, iż to nie jest jej imię lecz imię jej matki. – „Pan ją znał?” - zapytała zdumiona. –
Czy ją znał…? – Młoda kobieta zaczęła mu teraz opowiadać o swojej matce, jej ukochanym, kapitanie pływającym na wielkich żaglowcach, a który był jedyną miłością jej życia, o tym jak kiedyś jej ukochany opuścił ją i przez kilka lat nie dawał znaku życia, a ona…ona była w stanie odmiennym. Wyjechała więc z tego miasta i zamieszkała daleko stąd, gdzie urodziła córkę – ona właśnie jest tą córką. Matka umarła przed kilku laty pozostawiając jej w spadku ten dom. Nigdy nie chciała córce opowiadać o jej ojcu, choć ta nieraz ją o to prosiła, czując instynktownie, że jej matka nadal na niego czeka. Teraz sama jest szczęśliwą mężatką i matką czteroletniego synka.
- „Czy ty…czy pani kiedykolwiek widziała podobiznę swojego ojca?” – wyszeptał.
- „Proszę teraz nic nie mówić, jest pan jeszcze bardzo osłabiony i musi pan wypocząć. Już posłałam po doktora.” – powiedziała łagodnie, a on znowu przymknął oczy.
Gdy wreszcie przyszedł lekarz i zbadał kapitana, stwierdził u niego znacznie osłabioną pracę serca i wyczerpanie, jakby jakimś traumatycznym przeżyciem. Biorąc nadto pod uwagę wiek pacjenta nie dawał mu większych szans na przeżycie jeszcze choćby kilku dni.
Kapitan pozostawał znowu w letargu. W tym stanie przeżywał od nowa wszystkie swoje chwile z ukochaną, wszystkie rozłąki i powroty, całą radość, jaką dawało mu przebywanie z nią i cały smutek tęsknoty do niej. Po jakimś czasie na chwilę odzyskał przytomność i spojrzał na młodą piękną kobietę siedzącą u wezgłowia jego posłania. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nią, dopóki łzy nie zmąciły mu wzroku, poczym znów zapadł w stan odrętwienia.
Wielka fala przed dziobem statku rosła i rosła, jej spieniona krawędź zlewała się z bielą rozwiniętych żagli łopoczących na wietrze. Kapitan objął jedną ręką kibić stojącej przy nim na mostku i wpatrzonej w niego kobiety, drugą wskazywał przed siebie zbliżający się brzeg lądu. Kobieta przytuliła się do niego szepcąc mu coś czule do ucha. Nie mógł zrozumieć jej słów, przeszkadzał mu niepokój czy tym razem dopływają wreszcie do nie odkrytego jeszcze lądu. Niepokój zmienił się w udrękę gdy ląd zaczął nagle oddalać się od statku, aż wreszcie rozpłynął się gdzieś w dali. Ale zanim to nastąpiło zarys lądu przybrał jakąś dziwną postać – czy był to Duch Głębin Morskich…? Kobieta delikatnie odsunęła się od niego, a jej oczy patrzyły teraz na niego z ogromnym smutkiem. Kapitan chciał coś powiedzieć, przerwać tę scenę która napełniała go niezmiernym bólem, ale poczuł, że brakuje mu tchu, gardło się zaciska i wszystko nagle staje się wszechogarniającą go ciszą. Zdawało mu się tylko, że nadal czuje lekkie kołysanie statku i czyjąś obecność u swego boku. |
|