| Plezantrop |
|
 |
 |
| Dołączył: 13 Wrz 2005 |
| Posty: 531 |
| Skąd: A któż to wie... |
|
|
 |
 |
 |
|
MISTRZ
(Fragmenty "Dziennika znalezionego pod Murem")
Mietkowi Czychowskiemu
„Słuchał napisu wyrytego na czerwono-czarnym pumeksie gotyckiej cegły bazyliki w Gdańsku: „En kamocha wa’elohim Adonai.” Obok piękna, z mozołem wyryta swastyka, na której jak na szubienicy wisi gwiazda Dawida. Twórca był artysta, psia jego mać!”
- Uważasz, Olo, właśnie idziemy z Mietkiem Czychowskim do Buniego Tuska; zarezerwowaliśmy sobie u niego onegdaj świece w słoikach, szklanki do wódki, chrzan, nastrojową muzykę i świt zaokienny. Prowadzimy dwie giętkie, sprężyste, łaszące się suczo dziewczyny. Gawędzimy o tajnikach; Mietek uważa, że sztuka musi oddawać wewnętrzne pasje i namiętności twórcy; obojętne czy dotyczy pisania poezji czy malarstwa.
- Sztuka jest światłem wewnętrznym, jak wewnętrzne lustro odbijające niczym księżyc, wszystkie normalne stany duszy artysty mówi Mietek - Brzmi to banalnie, wiem; jak natchnione bredzenie romantyków, ale tak właśnie jest, nie inaczej. Co to znaczy: normalny stan duszy? Normalnym stanem duszy twórcy, jest jego przyrodzona zdolność postrzegania i emitowania w dowolnej formie i materii siebie samego.
Mam wrażenie, że znowu jest obok mnie, zamyślony, zasłuchany w to, co napisał, a ja czytam. Widzę go w tej słynnej, wyświechtanej marynarce i niemniej sławetnej koszuli w kwiatki, jak z pochyloną głową wpatruje się w siebie i opisane pejzaże swojej duszy. I zawsze jest kiepskie, żółtawe światełko żarówki niemocnej; zawsze jest jakiś mrok poza czytającym, realnym mną i ezoterycznym Nim; mrok pełen światów nienazwanych, a pulsujących jakimś lękiem i bólem. Jakąś przeszłością, co lepiej, żeby nigdy się nie wydarzyła...
STAWIA MU PYTANIE
- Jak pisać dobrze? Stawiam mu pytanie.
- Dobrze pisać. A, dobrze pisać, to pisać myślą. Najpierw myślą niemą; smakować obrazy i nakładać na siebie wieloznaczność słów, które te obrazy oddają. Aż się wypełnią tobą i tym, co powiedzieć chciałeś: pełne bólu, bo wszystko jest cierpieniem, nawet miłość: kiedyś przeminie, dlatego - kochaj z bólem, pisz z bólem i cierp, że mogłeś jeszcze boleśniej, a starczyło ci tylko na parę lichych słów.
- Uważasz, Mieciu, że nie ma skończonego wiersza, obrazu, powieści?
- Ty na prawdę myślisz, że ktokolwiek napisał cokolwiek, co byłoby ostateczne, skończone, doskonałe do tego stopnia, że już lepiej nie można? Przecież nawet świat, choć sporządzony ręką Boga, można udoskonalić. I nie jest to żadna herezja: mamy prawo i zadanie poprawiać w nieskończoność nasz świat dookolny, a co dopiero - naszą twórczość, która najczęściej nie tylko nie jest doskonała, ale nawet dobra w stopniu zadowalającym. Ile ja, synku, napisałem w życiu bzdetów, chłamu, zwyczajnej makulatury, której teraz wstydzę się i do końca życia będę wstydzić! Piszesz ledwie parę lat, poczytaj, coś napisał w pierwszym wierszu i zobacz, jak napisałbyś to dziś. A jak popatrzysz na to za dziesięć, dwadzieścia lat...
- No, więc prowadzimy te dwie giętkie sprężyste, łaszące się suczo dziewczyny, zadając szpanu kultury; w końcu jesteśmy artyści, nie?
- A którzy to niby są, ci artyści? - pyta Olek - Pokojowi malarze naścienni, jak Adolf? Klozetowe poetki, linoskoczkowie, dziergaczki brabanckich koronek na klockach? Muzycy weselni, emeryci-świątkorzeźbiarze? Finezyjne w swym rzemiośle kurwy? Twoim zdaniem, Sindbadzie, każdy jest artysta?
- Nie każdy. I nie dlatego, że ktoś coś maluje, pisze czy rzeźbi. Tylko ten, kto czując wszystko inaczej, wyraża swoje odmienne uczucia właśnie za pomocą sztuki.
- A dlaczego pan artysta raczy czuć inaczej?
- Pan artysta czuje inaczej, bo cierpi. Zazwyczaj na jakąś odmianę choroby duszy, która utrudnia mu zwyczajne siermiężne odbieranie rzeczywistości, jej widzenie i akceptowanie w postaciach i formach w jakich ją zastaje. Nierzadko przyczyną jest choroba umysłowa.
- Schizofrenia?
- Mąż światły, profesor Dąbrowski powiedział o niej, iż jest pozytywną dezintegracją osobowości dodając jeszcze, że bez niej, nie byłoby artystów. Nadwrażliwa bolesność codzienności, odmienne stany postrzegania hierarchii wartości to cechy wspólne wszystkim wybitnym artystom obdarzonym tym czymś, talentem. Albo, jak wolisz, darem i przekleństwem bogów.
- A spotyka się jakichś normalnych, nieporażonych szaleństwem dzieci Apollina?
- Nie, się nie spotyka. Apologeci nie notują wypadków, w których życie prywatne artysty porażonego byłoby bezbarwne: żona, dzieci, kapcie; rutyna. Którzy porażeni nie są, artystami nie są. Tako rzecze Zaratustra. Jeśli pracowity stoczniowiec, hutnik, zamiatacz ulic, roznosiciel mleka czy wojskowy są zwyczajnymi ludźmi w rozumieniu zwyczajności, to artysta jest herezjarchą łamiącym reguły tej normalności i dlatego skazany na męki piekielne już za żywota swego.
- Takich akurat znam
- Nie wątpię. Po ekscesach ich poznacie ich, powiada Pan. Wloką za sobą jak kometa ogon, okresy kosmicznych ciągów alkoholowych, przeplatanych doświadczeniami z narkotykami i nieuniknione szaleństwa w towarzystwie dam upadłych.
- Rozumiem aż nadto, Sire!
- A, w konsekwencji, co mamy? Mamy haniebne procesy rozwodowe, karczemne łamanie prawa, rąk i krzeseł; podbijanie oczu, zakłócanie snu sprawiedliwym obywatelom wymagające interwencji i tłumienia manu militari. Pojawiają się jakieś nagłe pędy do włóczęgostwa i gier hazardowych aż tu raptem, patrzaj no tylko, wraca taka jedna z drugą łajza do domu i od razu mordercze zmagania z samym sobą i sztuką! Praca po nocach, udręczenie umysłu i ciała w krwawej wojnie z gliną, farbami czy piórem. Niedojadanie, niedosypianie: sztuka czeka! Passio vitae! Udręka i ekstaza cierpienia. Eh, set fugit interea... Na rafach marzeń rozbijali jak zbłąkane statki swoje życie, topiąc przy okazji wszystko. Zostawiali finansowe i psychiczne długi wystarczające ich bliskim na długie lata bajecznej nędzy.
Z chmur prześwieca neonowo Buni, załamując ręce.
- Wielem tego pozostawił wdowie mojej i moim dziatkom! Rachunki za prąd, wodę, gaz i ogrzewanie przekraczały apanaże moje. Włóczył mnie po sądach sąsiad zza ściany! Wilkołak! Zrozumcież nareszcie! Znika w pyle łez.
SKURWYSYNY SHYLOCKI
Pozostawiali strzępy siebie; ot, parę łachów, których nie weźmie bradziaga, jakieś kapelusze, koszule w kwiaty z brudnymi mankietami i przetartymi kołnierzykami, dziurawe skarpety, spłowiałe fotografie, jakieś szemrane listy pełne uniesień; jakieś zetlałe wonie perfum, strusie piórka, koraliki, bilety, muszelki, szarotki, koniki morskie, dziewięćsiły, hotelowe rachunki. Ale pozostawiali też siebie w obrazach, szkicach, rękopisach splamionych wódą albo piwem...
- Widywałem ja takie, Efendi.
- Cudze domy skryją ich prace, będą post mortem z dumą prezentowane gościom: to Mistrza... Za życia Mistrza podlewali Mistrzowi zgubnych napojów, żeby wyłudzić cokolwiek: obrazek, rysuneczek, portrecik, figurkę. Jakieś to, śmo, owo bo kiedyś to będzie ho, ho! Motto takich? Przecież to pijak!
- A, skurwysyny!
- Nie, cny Aleksandrze. To świątobliwi Jagoni podejrzeń niewzbudzający! Gdybyś pisał wiersz zmagając się z takim bólem, jakby cię rwał ząb ropiejący wiedziałbyś, czym one są, te rafy marzeń, Amigo, jak wie każdy, kto stanął przed wszechświatem pustego płótna albo nieskończonością kartki. Rozpoznałbyś niechybnie owych Shylocków po cynowym kubku z niekoszerną wódką, krzyczących Ave, Messer! Za plecami w bezlitosnych ptasich łapkach, dzierżą noże do rżnięcia żywcem mięsa duszy i cęgi do łamania szpikowych kości myśli. Cudzych, naturalnie! Poili złudzeniami.
Znowu objawia się, niczym Deus ex Machina, wystawiający siwą brodę z chmur on, Buni Tusk. Ten rodowity Danziger alias Polakoniemiec, jest w istocie czystej krwi niemcopolakodanzigerem, rasowym ogierem wymarłego gatunku Homo gedanensis. Gruźlik, wspaniały jak Koh-i-Noor, ozdoba korony polskich ceramików, a figurynki jego w Chińskim Pałacu Cesarskim się znajdują między Mingi, Tangi i Wangi. Mandaryn. Buni z chmury:
- Poili mnie! Poili i brali jak swoje, co moje! Bez pytania, łajdaki!
Znika potrząsając paletą, do której ma przymocowane tłuste, wyśmienicie przysmażone karbinadle obłożone bakłażanami z gipsu.
- Ilu z żeglarzów po oceanach sztuki spokojnie dobiło do portu, z którego wyruszyli jak Porwany za Młodu porwani przez jakąś muzę?
- Żaden ze znanych. Dlatego, jak Maciek Chełmicki zapalam czasem płomień w literatkach z wódką wyliczając: Łukasz, Basia, Jurek, Andrzej, Sted, Rysiek, Mietek, Buni, Wojtek, Halinka, Basia. Przechodniu powiedz Polsce...
...Tak, Doktorze, życie tętni rozkładem martwych ciał artystów. A byli tacy piękni i namacalni, jak cycki Wenus z Milo stojącej w Luwrze. I każdy rokował znakomicie, jak rokuje zazwyczaj każda pierwsza kancerogenna komórka. Bohema, Doktorze! Bohema...
- Kto zacz w tym przypadku, Sahib?
BOHEMA
Wchodzą gromadnie, gromadnie witając gromadę innych.
- Witajcie!
Siada, podwija rękawy koszuli, zakłada nogę na nogę, łokcie zarzuca na oparcie ławy, wielkopańsko.
- Kasieńko luba! Połóweczkę na stół, tylko du-chem!
Kasieńka w panterkę-mini odziana podbiega, podstawia, polewa, powiada:
- Na zdrowie, chłopcy źli!
Chłopcy źli, bohema; malarze, poeci, rzeźbiarze, ceramicy, pisarze i różni duchowi pomagierzy są mniej więcej w panajezusowym wieku. Mietek, Leszek, Wicia, Buni, Błażej, Paparuch, Selim, Genio, Sławek, Siemasz, Rysiek, kilkoro przyjezdnych jak Himilsbach, Stachura, Piętak-junior oraz czary Podbeskidzia: Maryna i Agata zwane żartobliwie Cyce-pice-parzenice. Są i nieznani wędrowcy spragnieni alkoholi oraz szczerych i wesołych rozmów: pastelowe lesbijki i efebowie w atłasowych, obcisłych spodenkach.
- Spartanie?
- Zaiste. Więc - bohema... Szczerbaci wesoło, niektórzy mający nóżkę niesprawną, inni niesprawne serduszka, wątroby, trzustki, oczy i nerki, zatem - chwaty!
Zaczynaliśmy pić mniej więcej od południa w barze Gdańskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuki, czyli Gipsie alias Punkcie na Piwnej, niedaleko pracowni Buniego i słynnego posterunku Milicji Obywatelskiej a kończyliśmy, jak się forsa kończyła. Jak dali na krechę, piło się do zamknięcia, a jak nie dali, szło się na żebry Pod Holendra, do Literackiej, do Wirginii u Iwony Gościłło, czy do Chochlika w bramie przy Kowalskiej.
Nad wieżycami miasta wznosiły się szlagiery Moja droga, ja cię kocham Wintona i My Friend of Wind Roussosa. Nie było dyskotek tylko dancingi, a Rudy Kot i Żak serwowały kulturę obok piwa i pożywnych flaczków à la polonaise.
- Bywałem tam na Stroblu i Alberze, bywałem i na innych, Sahib.
- Zatem klimaty znasz: kończyło się picie i raptem, ni stąd ni zowąd budził się człowiek w jakimś domku nad jakimś jeziorem goły, zmarznięty, skacowany, a tu na udręczenie leży obok jakaś nieznana, bezimienna panna obnażona, kudłata, zapita. I chrapie. Malarka czy poetka? Wygląda, jak poetka. A, to lepiej niech chrapie! Jeszcze się zbudzi i nas zabije recytacjami o rusałkach i innych duperelach. I będzie płakać i smarkać nad rumiankiem, rutą, nad swoim życiem srodze zmarnowanym, potem wspomni jakiegoś drania, albo wielu drani i zacznie rzucać kurwami i chujami, że strach, wiec niech lepiej śpi i śni o jakimś księciu czy jak tam sobie chce, niebożę. Gramolisz się z trzeszczącego wyra i pełzniesz na chwiejnych nogach na ganek, na cykanie świerszczy i szum nocnego wiatru.
- Kac?
- Jak cholera! Ale jest butelek kilkoro w on czas straszliwej posuchy w gardle, więc - żywcem nas nie wezmą! Masada Now! Herr doctor, jedźmy dalej.
- Jedźmy! Nikt nie woła.
- I chuj z niktem! Więc jest noc, jezioro, sosny, kilka osób płci i upodobań najrozmaitszych; półnagich i całkiem gołych, pijących wódkę z butelek, słoików a nawet puszek po lakierze do malowania jachtów. Ożywieni klną, płaczą, smarkają.
Pana Tadeusza pamiętasz? Nie, nie tego z Mickiewicza! Tego bosmana od kajaków i łódek w jacht-klubie"? No! Siedzi sobie na schodkach, ma flaszkę przy nodze; pali i popija. Patrzy na jezioro i popija. I pali skubany i nuci: „Gdzie ta keja…”.
- Co robią ci ludzie po nocy, na ganku drewnianego domku nad jeziorem gdzie ta keja...?
- A nic sobie nie robią ot, wódeczkę piją i wspominają kogoś, kto toczył się koleinami życia i raptem bums! Nie masz człowieka. Nie umiał żyć... Została żałobna wdowa z przychówkiem, bukiet dziatek z kilkorga nałożnic, nieutulone kochanki, oszalały z niepokoju mały, niewinny chomik. W pralce brudne gacie, w lodówce niedogryziony plaster mortadeli, na stole notes z telefonami do nikogo. Nie zadzwoniliby i tak, kolego; mieli cię w dupie, bajronie dla ubogich. Umarł Maxim i chuj z nim! Nieprawdaż, mon prince?
Pusty dom, puste pracownie, pusto nad jeziorem...
- Zawsze nad jeziorami akcja się rozgrywała?
- Nie kontrolujesz! Akcja toczyła się najczęściej w Złotym kwadracie Starego Miasta; jak nie w pracowni Michałowskiego na Podwalu albo u Lutka Chmury na Grobli number three, to u Stasia Kempskiego na Mariackiej, pomiędzy granitami, marmurami, salcesonem i ćwiartkami okowity. Ale pięciogwiazdkowo intelektualnie było tylko u Buniego, na Kaletniczej. Ceramik, legenda gdańskiej bohemy. Zawsze obficie: chleb, wódka, kapusta kiszona. Jak były, a jak nie, no to nie. I gitary, skrzypce, harmonijka. Dym kłębiasty z podłych sportów, na ścianach szkice ołówkiem, obrazki jakieś. Artystycznie. Pachnie wilgotną gliną, gipsem, wypalonym biskwitem i mokrym krzemieniem.
- Posągi wykuwaliście dobywając iskier?
- Piec ceramiczny taką woń wydawał, Aleksandrze.
DUCH BUNIEGO, JAK ŻYWY
Dżungla szumi jak niewidoczny piec. Materializuje się doskonale odlany z materii rzeczywistości chudy, łykowaty artysta w kraciastej koszuli i spranych dunkrach, z siwą, skołtunioną brodą prawosławnego eremity. To Duch, a Buni jest imię jego! Dłonie powalał gliną i zrosił krzepkim gdańskim piwem. Siada ciężko między nimi na i zarazem w lotosie chwilowo milcząc; ich osobisty Genius Loci w utytłanych alabastrowym gipsem sandałach Polakoniemcożyda-Tułacza.
- Spotykaliśmy się u ciebie, Buni i piliśmy wódki i tanie wina z Dagomy przy ulicy Czopowej. W ów czas, pracownia Twoja woniała mokrym gipsem, skarpetą co nieświeża była i pulchnym, nabrzmiałym krwią jelitem kiszki gryczanej.
Duch Buniego brzdąkający na wiolonczeli:
- Słucham! Słucham! O, słucham!
- Buni! A cóż to za szekspirowski blekot? Wszak pomnisz - pogwarkom nie było końca. Owego wieczora śpiewaliśmy wraz z Mieczysławem, rozbierając ze szmatek dwie nadobne dziewuszki: jedną o wątłych cycuszkach, gdy druga prezentowała tak bajecznie krowie wymiona, że niech ją sam Pan Bóg przerżnie! Chichotały idiotycznie, chichocząc idiotycznie; smakowicie pijane lukrowane dziurki, udatnie udawały dziewiczość nierozdziewiczoną. Jebliwe boginki!
Duch Buniego, z zachwytem i Bożą skrą w źrenicy:
- Pamiętam! Pamiętam! O, pamiętam! Przyniosłeś w on czas kiszkę warzoną ze krwi wieprza (nie koszernego, jak sądzę) i z palonych nasion gryki białostockiej, a nadto wódkę i ogórek, co był ukiszony! To królewskie jadło pachniało Głosem Wybrzeża, na którym te znakomite dobra spoczywały obok posypanego suto makiem okrągłego jak talar, chleba zakopiańskiego z Zakopiańskiej ulicy, nie z miasta młodości mej, Zakopanego. Echeu!
- Tak było, mój Mistrzu!
- Pamiętam... Czyniłem owego październikowego słotnego wieczora dla ciebie piec, młodzianku, byś nie zdechł z głodu ty, żona i córka twoje, a tyś sprowadził z Mieczysławem, druhem moim serdecznym, wprost z ulicy koleżanki twoje o jędrnych półdupkach i lekuchno złotoopierzonych piczkach! Pamiętam! Miałeś gitarę...
- Miałem, acz grywaliśmy na wielu instrumentach, jako to: skrzypce, harmonijki ustne, bandża, trąbki, pianina, harmonie i akordeony, viny, ragi, bongosy, sitary, drumle, ukulele, kobzy, dudy i waltornie, bajany, kastaniety, bębny i arfy. Pojawił się teorban w towarzystwie liry korbowej. Było bosko! Mieszaliśmy gliny i kaoliny, wody i wódy, tlenki i pigmenty. Recytowaliśmy z zapałem lub szyderstwem tych i owych, siebie nie recytując. Dla siebie rezerwowaliśmy świece w słoikach...
...Duch Buniego, roniąc łzy, pociąga piwo i zatacza dłonią krąg.
- Świece w słoikach! Ty jeszcze pamiętasz? I ja pamiętam! Aczkolwiek prawda jest taka, że owa nastrojowość, Monsieur, była wynikiem mego niezawinionego ubóstwa: rachunki za prąd przekraczały wszelkie wyobrażenie i moje apanaże. Targał mnie wściekle sąsiad zza ściany. Nikt nie kupował mych pitosów biskwitowych, kobaltowych ni tych błękitem egipskim powlekanych. Srano na mego Wiolonczelistę! BeWuA - zapytasz? Ha! Moich ptaszyn kilkoro, dziewczątek słodkich i niewinnych nie nakarmiłbym ich nieskąpymi pochwałami! A małżonka, moja nadobna Anna, sarkała sprawiedliwie: mieli uczynić dla ciebie, mężu tak wiele, a nie czynili nic, sarkała. Nic, poza struganiem katalogów, sarkała, aż parował jej okular. Prawda to! Dorabiali do swoich emerytur moimi wystawami, wystawczyki, gdym cierpiał potępieńcze męki od głodu, gruźliczego kaszlu właściwego suchotnikom, bajońskich długów i taniej acz krzepkiej gorzały! Żydy! Gdzie obiecywane zamówienia Koryntian? Gdzie zlecenia Efezjan, Rzymian czy Tessaloniczan? A od Tymoteusza? Ni jednego! Nic, tylko listy słali jak jakie głupie, a i to wyłącznie z wezwaniami do zapłaty, grożąc zodsetkowaniem promili od procentów od moich zaległych zaległości wstecz i na wieki wieków, psia ich w mordę mać! Sopocianie! Bewuanie!
Wzruszony, trzęsąc głową jak Sir Parkinson odchodzi między pnie palmowe, ciągnąc za sobą jakiegoś tęgiego, szczurzookiego kotlarza na sznurze, walącego w zasmolony kocioł.
- Sam sobie gom wyklepał, panocku Buni! Sam sobie jadać z niego będę!
Spada gwiazda i na odległym oceanie gaśnie czyjeś życie. ***
[---]
-----------
***
Fragment poprawiony i uzupełniony. |
|