Forum Amarylis

login.php profile.php?mode=register faq.php memberlist.php search.php ./.


Forum Amarylis Strona Główna » Darren » NAD NAMI PAŻDZIERNIK
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
NAD NAMI PAŻDZIERNIK
PostWysłany: Sob Kwi 29, 2006 8:49 am Odpowiedz z cytatem
Darren
Dołączył: 29 Kwi 2006
Posty: 345




imprimatur herbaciane


bezkresem wzroku schodzić niżej głębiej w jar oczny
to była by sztuka zagryzając przy tym płatki śniegu z mlekiem
całym tym węglem tlącym się jaskrawie jak jaskier żeby poczuć
lekkość opisu zwiewność powietrza lekkość zstąpienia
w całą jej pomroczność z której widać w alabastrze piasku odciśnięte kroki
bo mi chryste trzeba tym atramentem amarantem języka szeptać
mówić wolno z lękiem że jednak się spełni stanie coś tak żywego
pachnącego codziennością jak tuwimowe tuberozy na łące polskich kwiatów
kiedy wzmierzchem chciałbym odszukać kształt w mżawce skroplonej codzienności

powiedzieć co myślę kiedy wymyślam obłoki w futrynie obejmujące się
w których po pas siedzi rozłożyste słońce i wszystkimi konarami dotyka ziemi
czy ty sobie to wyobrażasz cały geniusz tej chwili z której cienkowarstwowości
pełną ręką jak wodę chce brać która w soplu się skrada niżej i niżej
w głąb się tym malachitem niebiańskiej łąki
zupełnie jak w tych wierszach powstańczych którymi się delektujesz
ciasteczkiem kawą nóżkami nad blatem stołu
z kapiącym w ciebie imprimatur herbacianym


kochanie


jak mnie jakaś cholera jakieś wódkomyśli roztargnienia wiosenne nachodzą
to ja siadam na kawałku drewna i grzebię w ziemi grzebię świat staram się
jej wymyślić atlantydy utopie arkadie żeby była w nich na moment
jak muszla w której schowam dźwięki życia chwile długie krótkie smutki
jakieś upadki powroty wzloty życie moje niewielkie dwudziestoletnie
które w orzechu ciała płynie z diabłem anielskim co po ziemi
jak po murawie niebieskiej ze słonecznikami ziarnem słońca
czernią oka chodzi z ogonem w nieboskłonach
atramentem znaczy gwiazdy jakby zrywał z nich cały ugier
który zostawiły odlatujące bociany albo gawrony co ostrzyły pazurkami
każdy ich kant leżę liczę żebra obłokom niewiele
mnie obchodzi nawet odwagi nie mam żeby spytać ją
jak ona świat czyta jakim okiem wewnętrznym przedmiotem
bez kształtu smaku puzderkiem wzroku pachnącym makiem
niewiele mnie to powtarzam interesuje bo ja chcę ją zrozumieć
nie świat każdą konstelację którą chowa pod tą bluzką bawełnianą
włosem rozwianym z wplecionym wiatrem kwiatem uśmiechem tę konstelację
którą dłonią albo chustką krochmaloną nocą dniem świtem zasłania bynajmniej
chcę zrozumieć tak samo jak strąk powieki w którym dojrzewa
zielony groszek oka mówię ci kiedy otwieram gazetę
kiedy ślinię się nad szpaltą gdzie mizia więzi w gardle te deum laudamus
to ja mam w głowie świat nieznany te atlantydy utopie arkadie
piasek pustynny wtłoczony w litery włożony
w zmarszczki na korze drzewa niewiele mnie obchodzi
jak kurczowo trzeba trzymać się niebios żeby nie upaść
na łeb na szyję na pęk szklanych tulipanów nie upaść
nic a nic mnie to nie obchodzi tylko jak tutaj teraz zakotwiczyć się
w mierzei włosów jak po ciele płynąć przemoczonym palcem
żaglem paznokcia ciąć spokój pleców

wrócę
z wędrówek wojaży
stanę w koszuli spodniach butach na progu i co ja powiem
miałem mówić miłość kochanie pisać jej słowa milczeć czekać
ale jak mówić rzeczy proste
oczywiste jak to kochanie


mrok krakowski

czemu po ziemi chodzisz na palcach
kiedy wymyśliłem ci skrzydła
powiedz do jasnej cholery czemu
przestrzeni ci brakuje

zastukam palcem tę wyuczoną melodię taktak nienie
i zaprawdę powiadam stanie się przestrzeń
taka że oddechu braknie i każdy haust powietrza
będzie próbą wyjścia przecież kiedyś trzeba
wytłumaczyć człowieka mowę jego pełną jaskółek
które na wiosnę meandry kreślą
jego trzeba tłumaczyć jak rzeźbę burzy

i kiedy dmuchnę ci w twarz jakimś meandrem
to ty jeszcze zobaczysz jeszcze zobaczysz
lampę która świeci podróżą na brzeg światła
rozwiązany sznurek horyzontu nić igłę busolę taką że
może nawet czarne rzeki kawy wytłumaczę
prostym rzeczownikiem obcą mową palców
którymi schodzę niżej szukam człowieka
jak najpiękniejszego porządku świata
w róg tego dmucham napływ drakaarów sekwoję tacyta
tak żebym zawsze ale to zawsze znał smak kory
smak okręgu po którym wodzę palcem jak po piersi dojrzewającej
rankiem na jej ciele kiedy rozsuwa te kartki białe patrzy
jak między pniem zęba a gałązka języka stuka coś
stuka powtarzam jakąś letnią melodię deszczową
ciepłą i jeśli stoi w progu to pewnie dlatego żeby zostać
na moment na dwie chwile które płyną eonami
po kredzie egzystencji białym wapniem
a może na nagich ustach
może

i proszę do jasnej cholery wbij mnie do głowy
gwóźdź teologii która wierzy bo ma zamknięte oczy
wierzy w prawdę w koszyku malin pomiędzy jednym
a drugim źdźbłem trawy jakąś ciemnością zieleniejącą
takiej wiary mnie naucz żebym w powietrzu czuł smak
papierosów i szary kolor swojego być

.


pandemonium wiosenne

wiosna to czas wątpiących
mówiłaś jakby dym tego miał się zapętlić nad głową
nie zawsze iść znaczy dojść na palcach po blacie powietrza
całą niespokojność splatać na sobie jak kłosy węzłem gordyjskim
nad szklanką wódki albo wody czystej przezroczystej letniej w lecie
kiedy te krople wody malowałem na skroniach

a przecież można było bosym ciałem pod gwiazdozbiorami
albo przy tych wszystkich kurwach ladacznicach pod ścianą koloseum
porozmawiać o życiu bo przecież się dzieje bo przecież trwa
powoli delikatnie z całym wyczuciem czasu z wrzaskiem powietrza rozpiąć
stanik pooddychać poczuć że nawet tutaj w tym środku są niespokojne struny
jakiejś starej lutni jakby jaki wajdelota naciągał te struny skostniałym palcem
i grał takie melodie że aż się na usta cisną słowa ciasne jak cis jesienią
nad zmroczem strumyka w sztilu napowietrznym

a teraz to nawet nie myślę
rzęsami tylko wątpiącymi dotykam piersi zaróżowione blaskiem
kiedy niżej i niżej schodzę w cały jej zapadający się zmrok
wdychając aromaty wiosenne powiedz co by się stało
gdybym nagle w tej chwili z powietrza ulepił
najmniejszy zachwyt najmniejsze zwątpienie
nad drżeniem serca


poranek

a kiedy ręką uchyla zasłony to jakby drzwi na świat
otwieranie kołysanie się promieni na młodych brwiach
bo szronem się przyoblecze w tę zimę takie ciało
które potrafi szukać jasnych odpowiedzi jasnych pytań
jeśli więc wracać to tylko w łupinę orzecha
jak w statek papierowy na którym niewidzialna
załoga rozkłada wiatru żagle bo piękna jest cisza
w której chociaż raz się milczało więc kiedy tę ręką
te zasłony to jakby się orzech na stole połówkami
na dwie części rozkładał w którym schowani płyną
powietrze gdzieś pod koszulą wyznacza im kierunek

a ona nadal tylko pół świata odsłania za tym materiałem
żeby nie budzić rosy śpiącej na kwiecie tamaryszku
i na dywan zrzuca całe srebro promienistych kropel
jak pamiątki z nie odbytych podróży na drugą stronę
która za zasłoną w spokojność swą brodzi po pas
i tylko obłokom i tylko gwiazdom wieczne odpoczywanie
które nad głową odchodzą na południe
w liściu niebiesko oliwkowym jaki wplata
we włosy nad ranem kiedy tę ręką te zasłony
piersią zasłaniając wschodzące słońce


prometeusz

I

uwierzysz mi że widziałem prometeusza siedzącego na skrawku cegły
z wzrokiem wbitym w dal siną grecką zoraną krajobrazem
z tym wzrokiem jakby się wbijał nożem w pajdę chleba
tak tak patrzył w rzęsy po których grzbiecie chodzi robak świętojański światło zapala
tą zapałką siarką sprzęgnięta z drewnem gdzieś w tyle na plecach a może w
nie raczej nie bo smród był jak z siarki pitej rano ze szklanej butelki pod budką
pod parasolem rozłożystym letniego nadchodzącego dnia
tak samo jak ta dżdżownica ta stonoga po ludzkim łez padole chodzi
krokiem wolnym stunogim jak palcem po plecach ktoś się nocą skrada to wyżej to niżej
schodzi bynajmniej nie głębiej w głębię tautologii po prostu schodzi w środek
tkany pajęczyną nadwiślańskich kropli co siadają na ręcę
jak bociany nadlatujące w tę wiosnę w te strony

II

łzy te same kapią mu z oczu kiedy krokiem odchodzi w inne strony
jakby mu ktoś świat podzielony na czworo włosem ktoś dzielił raz jeszcze
rozumiesz jakby dwojgiem rąk scalać to wszystko w kształcie ciała
albo normalnie cyrklem odmierzać szerokości jakie dzielą szukać takich samych planet
a przecież gwiazdozbiory to tylko pod powieką są najciekawsze jak zamykasz
patrzysz a tam świecą gwiazdy jasne jak tunika którą się nocą otulał pod grotą
albo szedł z kagankiem wątpliwości po stalaktytach tej groty
a może klął pod nosem rozmyślał myślą codzienność

III

może kroił chleb smarował dociekaniami z brody kapało mu pite z puchara rąk wino
może ta cegła zmurszała jednak zaczęła się sypać tym cynobrem ziemi
po którym wolno idzie w najodleglejsze strony sandałem rozwiązanym
rzemykiem szemrząc o własne wątpliwości

ja ciebie kiedyś napiszę
krwią krwią czerwoną nie bladą kroplą wody
skroplonej gdzieś tam za horyzontem palca
za horyzontem dotyku


ja ciebie kiedyś napiszę

.

oddech

Joannie

słuchaj
genialny to był tuwim gałczyński paganini ewentualnie miód gryczany z migdałami
ja jestem zwyczajny człowiek z papierosem i szalikiem szarym owiniętym wokół szyji
flaszką z dżinem alladynem szeherazadą tańczącą na białej posadzce kartki
zwyczajnie pukającym dzięciołem palca w drzwi żeby wejść usiąść powdychać
zapach malinowej herbaty albo owoce agrestu gryźć z cukrem
pogłaskać kota pod wąsem żeby się zdenerwował uciekł
ponarzekać czasem że droga mleczna jest zbyt biała
że chyba się tej bogini naprawdę mleko z piersi wylało
jak wlewam w siebie tę herbatę

bo widzisz ja siedzę
i rozbrajam swoją nieznaną rzeczywistość z niepojętych granic
w której dzieje się wszystko
wszystko aby nie płoszyć banalnego spojrzenia ciekawskich oczu na alfabet
obrazów na dnie przemoczonej szklanki
kręgów na wodzie w środku lata
bo mi dalej myślą w głowie siedzi styczniowy poniedziałek
parter oświetlony bielą ścian lampa pod sufitem

bo to wszystko tylko po to żeby uchwycić w palce moment
moment kiedy w powietrzu dyrygujesz oddechem


na brackiej padał deszcz

Joannie


wierz mi
na brackiej dnia dwudziestego szóstego marca padały krople dżdżu
po chodniku szedł z parasolem długosz gwiżdżąc bogurodzicę
wystukiwał zębem tętent kopyt końskich spod grunwaldu
jak utwór na gitarę solo
dym wypuszczał z drewnianej fifki dziadka kręcąc w powietrzu kółka
uwierz że chodził często na bracką do kwiaciarki w zielonej chustce
po kwiatki alfabetu bukiety słów
z których wyrastały kroniki biało czerwonej krwi na szarym zaroście
później na gładkim kobiecym udzie

co mam ci powiedzieć kiedy się musisz nauczyć
piętnasty lipiec godzina nieznana jagiełło odkłada od ust białe winogrono
krzyczy
- dajcie im kurwa dwie nagie kobyły zamiast mieczy
będziemy nareszcie zmieniać bieg dziejów
dla własnych potrzeb

nie
ty się naucz dziergania na drutach
parzenia kawy z cynamonem pachnącej drewnianymi deskami domu
liczenia kropel deszczu spadających na parapet
to jest literatura warta nauki

a długosz
idzie
dnia dwudziestego szóstego marca stawia bagnet kołnierza
przeciwko kroplom dżdżu
stukając zębem tętent kopyt końskich
które dudniły mu pod ostrzem pióra o literę historii


tryptyk zimowy


chciałbym sprzedać
dwa czarne kamyki z odcieniem błękitu
które nazywają kolorem a tę czerń oczami
sprzedam także węch
który wskazywał czasem na ludzką przypadłość znaczenia zapachu
letnich sennych nocy lampki wina butelki carslberga szeptów
że można żyć inaczej prosto
usta które mówiły zawsze za dużo niż za mało te same
na których znalazłem słowa smak tlącego się nad poranną gazetą LM`a
zapach jej ciała fragment obcych warg trochę czerwieni
na której osiadł kurz siedmiu nieszczęść
ciało które nie znalazło jeszcze właściciela
i chodzi samotne po kilku tych samych ulicach w tych samych miastach
dzielących od siebie kilkadziesiąt kilometrów
ciało które otula się drelichem na zimę na lato na jutro
sprzedam dziesięć muszkietonów jakimi celuje w powietrze
a nie mogę trafić na jasny grunt ziemi koloru cynober
te same zakończone tęczą paznokci
te same po których snuje się dusza
jasny cień w pochmurne dni który za mną chodzi
przysiadając czasem na ramieniu
smutnie oddając się kontemplacji o codzienności
w której zakotwiczonym statkiem ciała poruszana wiatrem
patrzy na świat ze skajlajtu tych dwóch czarnych kamieni

zmęczony sobą
strugam na noc gwiazdy
którymi przyozdobię własne niebo
pod strzechą włosów w której skulony z zimna
siedzi mały człowiek

sprzedam go
za małe pandemonium wiosny w czasie tej zimy
łyk ryżowej wódki dźwięk kieliszków cztery pory roku
za śnieg tak biały że aż przezroczysty
to znaczy przyodziany jedwabnym szalem
w szyję tak przypominającą ziemię po której chodzi

sprzedam małego człowieka
za pamięć jego istnienia z którą łączy mnie
to wszystko co pozostaje


na kolejne dobranoc


jak ja tobie napalę tym papierosem
z którego dym wejdzie w szpary kamieni
kiedy tak leżysz ja po prawej ty po lewej
pod nami tylko trawa i kłosy obok kwitną jasnosłonecznie
więc jak ja napalę ci tych chwil srebrzystych srebrem
który na paznokciu skropliłem
spomiędzy dwóch niezrośniętych blizn
to ty wiesz co się stanie?
nic
po prostu nic
będzie się srebrzył mój paznokieć i będziesz ty
leżąca na ziemi w trawie w aureoli kłosów
i będzie jeszcze rzeczka taka mała w dolince
z której patrzy na nas sum wąsisty
i kręci wolno jednym wąsikiem myśli czemu on
a nie złota rybka na ten przykład do diabła!
nie może tych dwoje zaczarować w jakieś kamienie
albo muł rzeczny żebym ja zawsze mógł patrzeć na nich

a ty widziałaś kiedyś żeby sum patrzący złota rybka
magia i czary były
nie ma czarów są chwile zaklęte jak ta pod kamykiem białą kartką
tyle magii nie ma nigdzie indziej jak w dymie papierosa
którym napaliłem ci nad ranem jak wstałaś
tylko oczy pamiętam srebrzyły ci się snem
jakbym ja mógł być zaklinaczem chwil zegarmistrzem momentu
to ja bym nawet nie potrzebował papierosa dymu trawy i kłosów
wystarczyłby trybik czasczarujący żeby wszystko zatrzymać
byłby wtedy pokój z dwururką na ścianie
oknem na dolinkę i rzeczkę
i małych ludzi którzy siedzą na trawie
ona
młoda jasnosrebrzysta blond włosy
zielone oczy
on
stary jak liszaj w kącie domu
ale z papierosem w wargach wąskich
i kartką białą

to jak ja napalę ci tym papierosem
w tę noc to ci napalę opowieści
na kolejne dobranoc
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
NAD NAMI PAŻDZIERNIK
Forum Amarylis Strona Główna » Darren
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  

 


This is a free forum service provided by power-forums.com



Powered by phpBB © 2001-2004 phpBB Group
phpBB Style by Vjacheslav Trushkin