Wysłany: Czw Lip 24, 2008 7:32 am |
|
|
| Plezantrop |
|
 |
 |
| Dołączył: 13 Wrz 2005 |
| Posty: 531 |
| Skąd: A któż to wie... |
|
|
 |
 |
 |
|
Powieści Fragmenty Nieliczne
To nie jest pamiętnik. Pamiętnik pisze się dla potomnych, żeby wiedzieli w czym rzecz. Albo dlatego, że się coś zdarzyło i już dłużej nie można tego „coś” dusić w sobie. A najważniejsze jest w pamiętnikach to, że mają daty a niektóre nawet godziny.
Nie zapisywałem niczego chronologicznie. W ogóle nie pisałem według jakiegokolwiek klucza, starając się nie pogubić wątku jak to się często przydarza na wpół zidiociałym dziadom. I niech mnie nikt nie posądzi o krygującą się płochość, wszak mężczyzna po pięćdziesiątce i w dodatku z licznymi dolegliwościami nie zasłużył sobie na takie pomówienia. W mojej pamięci, rozdętej potwornie od wspomnień i zasłyszeń wszystko splata się ze sobą, jak jakaś brabancka koronka więc wcale się nie zdziwię, jeśli w trakcie lektury Czytelnikowi namiesza się jak cholera.
Czasami pamiętnikarze piszą szyfrem, jak ten Anglik, Samuel Pepys, który zapisywał swoje życie dzień po dniu od 1660 do 1969 roku, w tym swoje cudzołóstwa, łapówkarstwo a nawet zwyczajne złodziejstwo ale pisał tak, że uczeni dopiero w dziewiętnastym wieku znaleźli klucz do jego szyfrowanek, kiedy dobry król Karol II nie mógł Panu Pepysowi obciąć głowy i zatknąć na kiju, bo sam już dawno nie żył.
Ja tam niczego nie szyfruję, a jeśli tu albo ówdzie rypnę się z jakimś imieniem, nazwiskiem albo ulicą, to nie dla zmyłki, tylko z powodu sklerozy. Więc to nie jest żaden pamiętnik, tylko nienaukowe opisanie czasów minionych, taki rodzaj niedziennika adokładnego, żeby było wiadomo, co i jak. No i, ma się rozumieć, kto z kim ale przede wszystkim - dlaczegóż.
Jak wcześniej napisałem, mnie w sposób oczywisty bełta we łbie skleroza, doktór Alzhejmer i wypierające wszystko - autowypieranie jakichś kombinacji damsko-męskich, jakichś zwiniętych z Hali Targowej w 1960 roku (przy współudziale Krzysia Trafalskiego, syna i bratanka znamienitych gdańskich czapników z Podwala) maciupkich, marcepanowych świnek, jakieś nieskromne zabawy na zakurzonych, mrocznych strychach z Renatą, Gabrysią czy Pauliną, kiedyśmy sobie pokazywali to i owo, ale...
Ale, Kochani, szkoda czasu na pierdoły; trzeba zacząć! [---]
[---]
str. 3 - 10
Jak się rodziłem, to za oknem Klinki Położniczej przy ulicy Klinicznej w Gdańsku rozpościerała się przepiękna czerwcowa północ, ta właśnie północ w której znak Bliźniąt przechodził pod władanie znaku Raka. Był dokładnie 20 czerwca 1955 roku, więc było prawie dokładnie dziesięć lat po II Wojnie Światowej i pojawiłem się tuż, tuż przed tą północą, rozejrzałem dokoła, wrzasnąłem i usnąłem. W ten oto sposób zostałem rodowitym gdańszczaninem z Gdańska.
Jak napomknąłem „znak Bliźniąt przechodził pod władanie Raka”, więc jestem bardziej raczy niż bliźnięcy i co zacznę, to dokończę a nie - rzucę jak na przykład ten mój Przyjaciel Jasio z Przeróbki, typowy Bliźniak o rozszalałej od pomysłów głowie, który co weźmie, to zaraz rzuci, zaraz chwyta się za nowe i niczego nie może dokończyć, tak mu doskwiera ten nasz znak pod którym się urodził w niewłaściwej godzinie, bo urodził się rano, jak prawie wszystkie roztrzepane Bliźniaki a ja tuż, tuż przed północą. No.
DOM PRZY PODWALU STAROMIEJSKIM 108
Ulica Podwale Staromiejskie; widok od Hali Targowej w kier. pomnika Jana III Sobieskiego.
Na prawo - ul. Rajska; w tle "Zieleniak"
Fot. Kamil Macniak
Moi Rodzice nie byli rodowitymi gdańszczanami z Gdańska, czyli Dancigerami, bo Ojciec przybył z Warszawy a Matka z takiej wsi, Ostrowi Mazowieckiej nieopodal Bugu i poznali się na balu, a noc była sylwestrowa roku 1945 i jak opowiadała Mama „to była miłość od pierwszego wejrzenia”, więc natychmiast wzięli ślub i zamieszkali podobno najpierw na ulicy Ojcowskiej, potem na Skarpowej, potem Na Stępce na Dolnym Mieście, później na Długiej a w 1957 - przy Podwalu Staromiejskim 108.
Brama przy Podwalu Staromiejskim prowadziła na nasze podwórko.
Zegar wciąż wisi nad zakładem zegarmistrzowskim Pana Fabiańskiego.
Fot. "Ela" z
http://picasaweb.google.com/finetka/GdaSkStaryINowy
Napisałem "i zamieszkali podobno”, bo moja pamięć do lokali w których zamieszkiwałem rozpoczyna się dopiero od tego mieszkania na Podwalu, nad samoobsługą „Zośka”, obok budynku RSW Prasa-Książka-Ruch gdzie mieściły się redakcje „Dziennika Bałtyckiego”, „Głosu Wybrzeża” i „Wieczoru Wybrzeża” oraz Drukarnia i Klub Dziennikarzy, a na samej górze tego domu nazywanego przez wszystkich "Redakcja" zamieszkał Maciek Stankiewicz z siostrą Ewą i rodzicami: mamą Zosią i tatą Czesławem.
W tym "Wieczorze Wybrzeża" były zabawne rysunki o Kajtku i Koko rysowane przez Pana Janusza Christę w okularach, który bardzo często bywał u nas w domu, no ale mi nie narysował żadnego Kajtka tylko musiałem codziennie chodzić do kiosku RUCH-u pod Redakcją i kupować sobie gazetę za złotówkę.
Moja pamięć jest tak dobra, że zapamiętałem jak wtedy, w tym 1957 roku ojciec mówił do mamy:
- Tutaj, Lileczko będziemy mieszkać.
Powiedział do Mamy „Lileczko” choć miała na imię Alicja ale wszyscy Ją tak nazywali. A jak powiedział, to pokazał na ruiny teatru Wybrzeże za oknem, a właściwie za dziurą pod okno, bo to był rok 1957, ja miałem niecałe dwa lata a budynek nie miał jeszcze futryn, drzwi i podłóg tylko same ceglane ściany i na to pierwsze piętro weszliśmy po betonowych schodach a potem, dalej, po desce brudnej od cementu. Więc ja miałem niecałe dwa lata ale zapamiętałem tamte słowa Ojca i widok na ruiny Teatru. Fajnie jest mieć taką pamięć, nie?
Widok na Podwale Staromiejskie od strony pomnika Jana III Sobieskiego. Fot. Ewa
Zamieszkaliśmy na pierwszym piętrze pod numerem pierwszym, w sąsiedztwie zażywnej Madame Błoniarczyk, Francuzki z pochodzenia, żony pana Błoniarczyka, który nie dość, że był Polakiem, to jeszcze był fajnie łysy, zupełnie jak salceson i miał drewnianą nogę jak pirat, więc kiedy chodził, to podskakiwał jakby chciał wskoczyć z nabrzeża na podkład pirackiego okrętu. A tę prawdziwą nogę, tę z mięsa i kości to urwał Panu Błoniarczykowi hiszpański faszysta niemieckim hand-granatem podczas wojny domowej w Hiszpanii, bo Pan Błoniarczyk był komunistą i strzelał do chłopców Generalissimusa Franko w imieniu ojczyzny proletariuszy świata - Związku Radzieckiego i matki robotników i chłopów - towarzysza Stalina.
Pan Błoniarczyk nie tylko był fajnie łysy ale opowiadał nam, że osobiście poznał Hemingwaya, Picassa, Salvadora Dali i generała Świerczewskiego, bo był repatriantem z Francji do której uciekł po przegranej przez komunistów wojnie w Hiszpanii gdzie poznał swoją żonę, Panią Błoniarczykową i tych wielkich ludzi o których napisałem wyżej.
Błoniarczykowie mieli syna i córkę, i ten syn pracował w Żegludze Przybrzeżnej i był bardzo wesołym facetem, który czasami lubił wypić kielicha i pośmiać się z ludźmi a jego siostra miała bardzo chore serce, fioletowe usta i była krawcową, która nigdy nie wypiła nawet jednego kieliszeczka, bo by ją to zabiło na śmierć.
Na tym samym piętrze, obok nas i Błoniarczyków mieszkali jeszcze jacyś lokatorzy, których nie pamiętam a obok tych niezapamiętanych - bardzo dobrze zapamiętany Pan Serafinowicz, Żyd o ujmującym uśmiechu i sercu jagnięcia. Więc skoro ten Pan Serafinowicz mieszkał pod czwórką, Błoniarczykowie pod dwójką, to kto mieszkał pod trójką? Myślę i myślę no i ani rusz nie mogę sobie przypomnieć nazwiska, ale ona miała na imię Lola a on nie wiem i mieli psa Puszka, szpica, którego kochali najbardziej na świecie i ten Puszek był biały jak puszek i miał codziennie szczotkowane futerko a na szyi czerwoną kokardeczkę i całowali go i mówili:
- Ach, ty nasz Puszku najsłodszy!
A ona była nauczycielką i kiedy urodziła dzidziusia, to Puszek zrobił się im niepotrzebny i już nie spał na łóżku państwa i nie mówili do niego Ach, ty nasz Puszku najsłodszy! tylko zamieszkał pod ławką na podwórku, zrobił się cały brudno-żółty i osowiały z rozpaczy i piszczał z głodu zupełnie jak ten piesek z filmu Disneya Zakochany Kundel. No.
A jeszcze wyżej to mieszkało jeszcze bardzo wielu wspaniałych ludzi, jak na przykład Mizery, Mankiewicze, pani Mądra, Trelowie, Koko, Rubikowie i jeszcze inni, którzy się wprowadzali albo wyprowadzali więc ich nie zapamiętałem.
Aha! A temu Panu Serafinowiczowi w niczym nie pomogło serce jagnięcia i ujmujący uśmiech, bo w 1968 roku wygnano go do Izraela, jak i tylu innych miłych ludzi z mojej ulicy, mojego podwórka i mojego Gdańska a kiedy zapytałem Mamę: dlaczego? Odpowiedziała ze smutkiem:
- Ciii...
Z okien naszego mieszkania rozciągał się widok na miejsce, gdzie teraz stoi pomnik Jana III Sobieskiego a wtedy był okrutnie zachwaszczony kurwidołek pod znamienną nazwą Małpi Gaj, w którym pod osłoną ciemności gromadzili się pijacy, złodzieje, bandyci, marynarze i „Mewki” czyli dziwki. Pośrodku Małpiego Gaju, w plątaninie dziko rosnących berberysów i śnieguliczek stał niewysoki obelisk Bismarcka albo Hindenburga wyciosany z szarego kamienia; dobrze nie pamiętam którego z tych dwu pruskich junkrów, ale na pewno któregoś z nich, nie innego.
Z niżej pokazanych elementów pomnika, do "moich czasów" dotrwał tylko metrowej wysokości szary blok kamienny z nazwiskiem "Hindenburg". Tak, przypomniałem sobie!
Fot. A
Fot.B
Fot. A i B za www.rzygacz.webd.pl/
Czytaj o tym obelisku na:
http://www.rzygacz.webd.pl/index.php?id=73,409,0,0,1,0
Pomnik Króla Jana III Sobieskiego w dawnym Małpim Gaju. Fot. Ewa
Z naszych okien mogłem sobie patrzyć na kamieniczkę przy ulicy Węglarskiej w której wtedy mieszkali Jurek Szkolnicki, jedna Paulinka, Sławek Mazur i Marek Chudzik; na gardziel ulicy Szerokiej z barem mlecznym „Turysta” po jednej stronie i konkurencyjnym barem „Rzemieślnik” po stronie drugiej albo na wypalone ruiny Teatru Wybrzeże i wieżę kościoła Mariackiego; na brukowaną ulicę pod domem, którą przez okrągły rok furmanki i platformy konne oraz bardzo nieliczne samochody woziły od świtu towary na pobliską Halę Targową przy Placu Dominikańskim.
Ruiny Teatru z osmalonym i pogiętym rusztowaniem kopuły przez lata otaczał ohydny, drewniany parkan umalowany seledynową farbą, upstrzony na całej powierzchni socrealistycznymi plakatami. Przy parkanie stała okrągła budka, owinięta jak szalikiem ciałami obywateli robotników, wiecznie spragnionych piwa, wódki i papierosów „Żeglarz” o radzieckim, wyśmienitym smaku machorki. Obok budki z piwem stały wesołe baraczki z kaszanką i parówkami na gorąco, można w nich też było kupić wódkę na kieliszki albo i szklanki - Jak pan sobie życzy, proszę pana!
MLECZARNIA
W tamtych czasach mnie, odzianego w paputki i krótkie porteczki oraz pończoszki-patentki trzymające się na pasie z podwiązkami posyłano na pobliską ulicę Kowalską pod numer 2, do mleczarni o nazwie „Mleczarnia” w której kupowałem bułki, chleb i - ma się rozumieć - mleko. Bardzo zażywna pani Halina nalewała mleko aluminiową miarką do baniek albo butelek, albo w jakieś inne naczynia, bo czasy były trudne, wróg sypał piach w tryby i nie było tyle butelek, ile powinno przypadać na każdego obywatela, spragnionego mleka w butelkach których przecież nie było, więc każdy musiał przynieść swoje naczynie.
Mleko kupowałem dlatego, że było zdrowe dla dzieci a w tamtych czasach nie było witamin i wapna w tabletkach jak teraz, były za to mleko w bańkach i tran w wielkiej, ciemnobrązowej butli, który Mama podawała na łyżce stołowej mnie i moim braciom (a do tego kostkę czarnego chleba posypaną solą) każdego zimowego wieczora w kuchni, kiedy za oknami było ciemno i mroźno. Stawaliśmy szeregiem, według wzrostu i rozdziawialiśmy usta, jednocześnie wyciągając ręce po kwadraciki chleba. To były najwspanialsze chwile w moim życiu! Pomyśl tylko, Kolego - byłem mały, najmłodszy z braci a więc - nietykalny, a przy tym niczego nie rozumiałem i niczego nie umiałem, tylko chodziłem po to mleko, piłem tran i jadłem posolony chleb i całymi godzinami bawiłem się w Robinsona Crusoe, Wilhelma Tella, Zorro albo Robin Hooda, albo udawałem Gary Coopera z „W samo południe”, tarmosiłem Mikiego, naszego pekińczyka super-championa, wielokrotnego złotego medalistę i nie miałem innych obowiązków, poza chodzeniem po mleko i bułki i byciem cicho, kiedy rodzice spali w niedzielne poranki. Bosko!
Dzisiaj w pomieszczeniach po tej mleczarni pod nazwą „Mleczarnia” mieści się elegancki zakład okulistyczny, który nie dość, że nie sprzedaje ludziom mleka w ani bańkach, ani w butelkach, to jeszcze zmienił nazwę i już nie nazywa się „Mleczarnia”. Strasznie szkoda!
Tu mieściła się dawniej mleczarnia pn. „Mleczarnia”. Fot. Ewa
PAN HULAJNOGA
Przy zbiegu ulic Kowalskiej numer 2 i Podwale Staromiejskie 108 był sklepik z cukierkami, oranżadą i ciastkami a prowadził go czarniawy, wesoły i kulawy Pan Berowski, od przypadłości fizycznej nazywany Hulajnogą. Pan Berowski miał jednego syna płci męskiej i bardzo dużo, bardzo ładnych córek płci żeńskiej; dokładnej liczby córek nie znam, ale na pewno więcej niż dwie ale chyba mniej, niż pięć a Berowski-junior miał na imię Wojtek i fioletową plamę na policzku, więc oczywiście, nazywaliśmy go „Plama”. A ponieważ jego siostry nie miały żadnych plam, tylko fajne cycki i śliczne buzie, to wcale ich nie nazywaliśmy. No, może jakoś je nazywaliśmy ale nie pamiętam jak, bo za stary jestem, żeby tak wszystko pamiętać albo nie chcę pamiętać, bo gówniarze czasami bardzo nieładnie nazywają dziewczynki. Na pe.
Sklepik Pana Berowskiego u zbiegu ulic Kowalskiej i Podwala Staromiejskiego. Fot. Ewa
JEDEN RYBAK
Więc ten Pan Berowski czyli Hulajnoga niczego nie nalewał żadną aluminiową czy inną miarką, bo oranżada była w ciemnozielonych i brązowych butelkach z porcelitowym kapslem, tylko sprzedawał polepione, twarde jak kamienie landrynki albo krówki-ciągutki w ilości, jaką mogłem nabyć za „rybaka”. „Rybakiem” nazywało się wtedy aluminiową pięciozłotówkę z podobizną rybaka łowiącego w sieć łososia. Albo śledzia. Ale raczej - łososia. Nie znam się na rybach.
Czasami na zaplecze sklepiku Hulajnogi przychodzili dziennikarze, jak Pan Stankiewicz, Sławiński albo Czajkowski, którzy urzędowali w stojącym vis a vis Domu Prasy. Przychodzili ukradkiem, żeby się po kryjomu napić wódki z Panem Berowskim, bo nie wypadało im tak ot, ostentacyjnie wejść sobie do Klubu Dziennikarza, który mieli na parterze i na oczach swoich naczelnych chlać jak te świnie w biały dzień, gdy na biurkach leżały ich niedokończone artykuły. Ja wódki z Panem Hulajnogą nie piłem, bo byłem za mały i wolałem tych landrynek za Rybaka a kilogram kosztował właśnie jednego Rybaka łowiącego dorsza czy śledzia.
BABCIA BRONKA I DWA LUDWIKI
Na rybach znał się doskonale mój Dziadek o dźwięcznym imieniu Ludwik, którego moja Babcia-Bronisława wołała: Luuuteeeek! Babcia wołała Luuuteeeek! także na swojego syna a mojego wujka czyli brata mojej Mamy dlatego, że po ojcu, czyli moim Dziadku Ludwiku miał na imię Ludwik jak Dziadek. O, Matko Jezusowa!
Więc Dziadek Ludwik kiedy szedł na ryby, to zawsze chciał się napić; a jak Dziadek chciał się napić, to szedł po wódkę do sklepu z wódką na winklu Podwala Staromiejskiego 82 i Igielnickiej, gdzie aluminiową miarką nalewano wódkę wszystkim obywatelom do przyniesionych przez nich butelek albo innych pojemników bo czasy były trudne, wróg sypał piach w tryby, rozrzucał stonkę i czuwać musiał żołnierz by ten wróg nie przeszkodził, więc nie było tylu butelek, ile powinno przypadać na każdego obywatela spragnionego wódki w butelce, bo butelek było dużo, dużo mniej, i bardzo nieczęsto platformy zaprzężone w potężne pociągowe konie przywoziły do sklepu wielkie drewniane skrzynie w których tkwiły flaszki z wódką zatkane korkami i zalane brązowym lakiem.
A w tym sklepie monopolowym sprzedawali też papierosy i zapałki a mieścił się on w kamienicy Pellowskich przy Podwalu Staromiejskim 82, tam gdzie teraz jest sklep i cukierenka Grzesia Pellowskiego, piekarza z dziada pradziada a kto wie, czy nie prapradziada. Ja tego nie wiem, ale to wiem, że jakby tak ten Grzesiek się podrapał w łysawą dzisiaj głowę, poprawił okulary i pogrzebał w pamięci, to pewnie by ustalił, ilu jego praprzodków robiło chleb i bułki i co z tego wynikło. Powinienem napisać „i co z tego wyniknęło”, ale mi się nie chce, to po raz, a po dwa, to „wynikło” brzmi fajniej, podobnie, jak „szczewik” brzmi fajniej niż „trzewik”.
Piekarnia-cukiernia „G.Pellowski” przy ul. Podwale Staromiejskie.
Wejście narożne prowadziło do dawnego "Monopolowego" Fot. Ewa
Więc jak Dziadek Ludwik kupił sobie ćwiartkę wódeczki, to zaraz na miejscu wypijał jedną jej połowę, a drugą jej połowę na rybach, które łowił na bambusowe albo leszczynowe wędki w takim stawku-jeziorku na Ołowiance czyli wysepce po drugiej stronie rzeki Motławy. Kiedyś od tego łowienia Dziadek dostał udaru słonecznego i wylewu krwi do mózgu ale nie umarł, tylko leżał w szpitalu gdzie mu przeszło; za to łowienie ryb i kupowanie ćwiartek nie przeszło Dziadkowi do końca życia, którego koniec nastąpił w bardzo lodowatym miesiącu lutym roku 1968 ale przedtem Dziadek i Babcia Bronisława dostali od Rady Państwa medale za długoletnie pożycie czyli za pół wieku bycia ze sobą. I to była bardzo fajna impreza, bo nigdy przedtem nie widziałem, jak się dostaje medale a wtedy zobaczyłem.
Niedługo po tej imprezie na początku lutego 1968 roku Dziadek umarł ale nim umarł, powiedział do swojej córki a mojej Mamy brzydkie słowo: „Cholera!” i dopiero potem wziął i wyzionął ducha. A umarł, cholera, psiamać, do diabła z mojej winy, bo przyszedł i pocałował mnie akurat wtedy, kiedy obsmarkany leżałem w łóżku, chory na grypę o imieniu Hongkong. Więc Dziadek mnie pocałował a cztery dni później już nie żył w przeciwieństwie do mnie, który żyję do dziś, choć nie wiem po jaką cholerę i co Panu Bogu po mnie?
Jak mówiłem, Dziadek powiedział „Cholera” na chwilę przed śmiercią i były to słowa o wiele bardziej sensowne, niż słynne a głupie „Więcej światła” Pana Goethego, bo jak kto umiera, to mu światło niepotrzebne, a jak się widzi Kostuchę, to słowo „cholera” samo się ciśnie na usta, nie? A ten papież, Klemens VIII? Kiedy umierał, to powiedział „O santa birra di Warka!”* a nie - Ojcze wybacz mnie, grzesznemu!
Kiedy chowaliśmy Dziadka, to przez dwa dni trzeba było koksownikami roztapiać ziemię na cmentarzu, taka okropna była wtedy zima 68 roku, prawie syberyjska, aż orkiestrze dętej zamarzły ustniki i usta trębaczy przymarzały do tych ustników, więc stali z instrumentami w milczeniu i tupali butami, a my, żałobnicy, nie mogliśmy płakać po Dziadku, bo nam zamarzły wszystkie łzy.
__________________________________________________________
* O santa birra di Warka! Jego Świątobliwość Klemens VIII uwielbiał polskie piwo, z Warki i pokochał ten napój gdy był w Polsce jako legat w 1588. Jak mówi znana legenda, gdy leżał na łożu śmierci wzdychał podobno: "O santa piva di Polonia! O santa birra di Warka" a czuwający przy nim duchowni sądząc, że papieżowi chodzi o jakąś nieznaną im polską świętą, zaintonowali modły: " O Santa Piva, ora pro eo".
[---]
. |
|
|
|
|
Wysłany: Pią Lip 25, 2008 6:39 am |
|
|
| Plezantrop |
|
 |
 |
| Dołączył: 13 Wrz 2005 |
| Posty: 531 |
| Skąd: A któż to wie... |
|
|
 |
 |
 |
|
W RUINACH
Nr 5. My, Dzieci Zrujnowanego Gdańska;
Fot. Zbigniew Kosycarz ©KFP
Nr 1. Ruiny Teatru Wybrzeże, 1945.
Fot. Zbigniew Kosycarz ©KFP
Nr 2. Widok na Targ Węglowy i ruiny Teatru Wybrzeże
z osławionym seledynowym parkanem;
Fot. Zbigniew Kosycarz ©KFP
Nr 3. Ruiny Gdańska; 1945
Fot. Zbigniew Kosycarz ©KFP
Nr 4. Ruiny Gdańska; 1945
Fot. Zbigniew Kosycarz©KFP |
|
|
|
|
Wysłany: Wto Sie 05, 2008 11:50 am |
|
|
| Plezantrop |
|
 |
 |
| Dołączył: 13 Wrz 2005 |
| Posty: 531 |
| Skąd: A któż to wie... |
|
|
 |
 |
 |
|
STARY GDAŃSK
Ul.Kaletnicza w 1938 r., ta sama, gdzie od lat 70-tych
mieściła się Pracownia Buniego i gdzie w 2005 r.
umieszczono tablicę pamiątkową.
Kto pamięta tramwaje na ul. Długiej i Długim Targu?
Ja pamiętam, hałasowały jeszcze w końcówce lat
60-tych. 9 i 11na plażę Stogi, 5 do Zajezdni Łąkowa...
Furmanki na pod Złotą Bramą? Jasne!
1.Kościół św. Katarzyny; na pierwszym planie - Wysepka Wielkiego Młyna
nad Radunią (zbieg ul. Piaski i Korzennej);
2. Widok na ul.Piwną od strony Zbrojowni (w tle - Bazylika Mariacka).
1. Bazylika Mariacka; 2. Długie Pobrzeże z widokiem na Żuraw.
Wyspa Wielkiego Młyna; zachowała swój urok i choć wygląda
bardziej nowoczesnie, nadal tchnie swoistym urokiem...
Tak wyglądał ongiś Teatr Miejski, obecnie - "Wybrzeże"...
Z lotu ptaka; 1925 r.
. |
|
|
|
|
 | |  |
| Forum Amarylis Strona Główna » PROZA |
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach
|
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1
|
|
|
|
|