Forum Amarylis

login.php profile.php?mode=register faq.php memberlist.php search.php ./.


Forum Amarylis Strona Główna » BOJAN » OPOWIEŚĆ NIEROMANTYCZNA
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
OPOWIEŚĆ NIEROMANTYCZNA
PostWysłany: Sob Cze 24, 2006 9:48 am Odpowiedz z cytatem
Bojan
Dołączył: 15 Gru 2005
Posty: 271




OPOWIEŚĆ NIEROMANTYCZNA

„W pani drogie ręce składam swój los” - napisał gęsim piórem, zapewne oczekując odpowiedzi przez cały długi tydzień, po czym strzelił sobie w pierś z pistoletu o bardzo długiej lufie, z którego przed rokiem zabił w pojedynku jej męża.
Strzał w pierś był śmiertelny, ale agonia nastąpiła dopiero po trzech dniach. – Przeczytała ten list wyobrażając sobie jak to wszystko się odbyło.
Przerwała więc pisanie odpowiedzi na jego list, wytarła oczy batystową chusteczką i przez pałacowy taras wyszła pospacerować po parku.
Miało się ku zachodowi i nadciągał deszcz.
- Dlaczego tak się pośpieszył? - pomyślała z niesmakiem. Była teraz bogatą wdową na rozległych włościach i mogła sobie pozwolić na utrzymywanie kochanka. Ale on wybrał sobie inną kochankę… „Imbecile!” – warknęła w duchu i otwarła parasolkę na pierwsze krople deszczu. Dalekie błyski na niebie nie odstraszyły jej na tyle, żeby szybko zawrócić do domu. Skręciła jeszcze w boczną alejkę parku zatopiona w swoich rozmyślaniach, gdy wtem tuż nad jej głową huknął piorun. Podbiegła schronić się pod rozłożystym dębem, gdy ulewa rozpętała się na dobre, a wraz z nią i burza pełna oślepiających błyskawic i ogłuszających grzmotów. Spoza strug deszczu nie mogła nawet dojrzeć nieodległych, choć oświetlonych okien pałacu. Straciła poczucie czasu i kierunku, w którym będzie musiała wreszcie zawrócić, by dojść do domu. Pomimo gęstego listowia dębu krople coraz gęściej spadały na jej parasolkę, pod nogami tworzyła się już spora kałuża. Nagle przypomniała sobie jak niebezpieczne może być przebywanie pod drzewem podczas burzy. Wysunęła się spod drzewa wprost pod kaskady ulewnego deszczu i zaczęła biec przed siebie, ale nogi zaczęły jej ciążyć, co nieraz się już zdażało. Ciemność wokół niej rozświetlały co chwilę błyskawice, dzięki którym nie wpadała na rosnące tu gęsto drzewa. Nie miała jednak pojęcia w jakim kierunku biegnie. I wówczas zdarzyło się coś, co niemal rzuciło ją na ziemię…

- „ Znaleziono panią leżącą bez przytomności na skraju pałacowego parku, już pod samym ogrodzeniowym murem.” – powiedział doktór, gdy otwarła oczy i zaczęła się rozglądać po pokoju. Nie pamiętała nic z tego co się wydarzyło przed jej ocknięciem się, nie wiedziała nawet, że podczas burzy przebywała w parku, a tym bardziej kiedy to wszystko miało miejsce. Doktór zaczął jej teraz wyjaśniać, że szukano jej przez całą noc i jeszcze pół następnego dnia, gdy przez cały czas szalała ulewa i resztki oddalającej się burzy.
Usiłowała teraz przypomnieć sobie cokolwiek z tego, co się z nią działo po opuszczeniu pałacu, chociaż i tego momentu nie pamiętała Znów poczuła ten znajomy tępy ból głowy. Zupełnie zapomniała, że przed wyjściem otrzymała ów fatalny list wraz z wiadomością o jego śmierci, a nikt z domowników nie ośmielił się o tym wspomnieć. Zresztą mogli o liście nie wiedzieć, przecież schowała go w sekretarzyku, nie dzieląc się z nikim – bo niby z kim? – otrzymaną wiadomością. Nie licząc służby i domowego lekarza (od dawna pamiętała go jako pieczeniarza, podstarzałego już i przygłuchawego, który od lat zamieszkiwał w pałacu), od śmierci męża była właściwie sama. Schadzki z kochankiem wyznaczała zawsze poza domem tak, jak za życia męża, który – jak to zwykle mężowie – o wszystkim dowiedział się ostatni.
Gdy lekarz wspomniał o szalejącej w nocy burzy, w świadomości jej, poprzez przygłuszony ból głowy zaczęło się coś budzić, jakieś niewyraźne wspomnienie niedawnych wydarzeń: list, wyjście do pałacowego parku, ulewa. Ale wspomnienie to zamiast rozjaśnić jej umysł, wywoływało dziwny jakiś zamęt, poczucie jakby zagrożenia, zresztą trudno byłoby jej określić jakie to uczucia obudziły się w niej. Pragnęła to wszystko oddalić od siebie, zapomnieć o tym, ale coraz mocniej ogarniający ją niepokój zakazywał jej tego. Czuła jednak, że powinna była sama odkryć co się właściwie wydarzyło tej nocy, skoro nikt nie był w stanie jej w tym odkryciu pomóc.
A więc list, ten feralny list-wyrzut zawiadamiający ją o samobójczych zamiarach kochanka, który przeczytała – jak się okazało – już po jego śmierci. Czy były jakieś powody aby miała siebie winić za to, co się stało? Nigdy niczego mu nie obiecywała, a zresztą i tak nie mogłaby zapobiec temu nieszczęściu. Tak to przynajmniej tłumaczyła sobie teraz.

Minął już jakiś czas od tamtych wydarzeń, życie powoli wracało do normy, na horyzoncie pojawił się nowy kochanek poznany niedawno na balu oficer kirasjerów – ognisty brunet z wąsikiem o pałających oczach i niezwykle delikatnych, niemal kobiecych dłoniach. Świetnie się prezentował w swoim skrojonym na miarę mundurze uwypuklającym jego szczupłą sylwetkę, a zarazem szerokie ramiona, no i te srebrne akselbanty były takie twarzowe. Wkrótce po ich poznaniu się spędzili ze sobą swoją pierwszą upojną noc, no może nie była ona aż tak upojna, ale pozostawiła po sobie miłe wspomnienia.
Po jakimś czasie oficer ów stawał się oraz bardziej natarczywy, zaczęło ją to drażnić.
Oznajmiła mu, że powinni się rozstać. Zamierzała właśnie wyjechać do wód, może do Karlsbadu, albo Marienbadu . Oficer próbował robić jej sceny zazdrości, co z kolei skończyło się niegroźnym pojedynkiem pomiędzy nim, a świeżo przybyłym do kurortu młodym uczonym, bodajże entomologiem, wyraźnie zafascynowanym jej urodą, który stanął w jej obronie. Okazało się, że entomolog znał kiedyś jej pierwszego kochanka, dając jej do zrozumienia, że wiedział, co ich łączyło. W pojedynku z oficerem entomolog został lekko draśnięty szpadą w ramię, z czym ostentacyjnie obnosił się po deptaku kurortu z ręką na temblaku i zaprzeczając dwuznacznie pytającym go o powody zranienia znajomym jakoby rana powstała w wyniku pojedynku. To ostatecznie zniechęciło ją do nowego adoratora, postanowiła więc wyjechać z kurortu.
Podróżowała teraz po całej zachodnio-południowej Europie, nie zatrzymując się wszakże nigdzie na dłużej. Do dłuższych postojów zniechęcali ją wciąż na nowo pojawiający się adoratorzy, no i te faktycznie odbyte lub tylko wiszące w powietrzu pojedynki w obronie jej czci.
Ale wiedziała, że wszyscy ci kochankowie, którzy przewinęli się przez jej życie nie mogli dać jej nawet namiastki szczęścia. Gdzieś w głębi jej duszy tkwił zawsze zacierający się z biegiem lat obraz tego jednego mężczyzny, którego kiedyś, dawno temu, jeszcze przed swoim zamążpójściem poznała przelotnie na jakimś dobroczynnym balu. Jego rysy zacierały się jej, tylko imię zawsze wywoływało skurcz w sercu: Armand? A może Geraldo albo Ramon? Nie mogła już sobie przypomnieć - ta powracająca migrena… Została więc tylko w pamięci mglista postać pięknego mężczyzny o nieznanym imieniu. Poza krótkotrwałym uściskiem dłoni przy przywitaniu, nigdy nic ich nie połączyło. A jednak tak bardzo tęskniła do niego, nie mając żadnych możliwości odnalezienia go lub bodaj dowiedzenia się czegoś o nim.
Mijały lata. Wciąż jeszcze była piękną i wciąż jeszcze bogatą kobietą, która wybrała samotność. Ale nieubłagany bieg czasu robił swoje; jej sylwetka robiła się coraz bardziej ociężała, wokół ust i policzków zaczęły pojawiać się zmarszczki, na skroniach pierwsza siwizna. Któregoś wieczoru siedząc w oknie swego pokoju w jednym z luksusowych, chyba włoskich pensjonatów, spostrzegła na niebie nadciągające burzowe chmury. Niebo rozjaśniały ciche błyskawice, którym z czasem zaczęły towarzyszyć wpierw odległe, a potem coraz bliższe grzmoty. Po chwili lunął deszcz, strugi wody smagały szyby okien. Jakieś nieodparte wspomnienie nakazywało jej wyjść na dwór. Początkowo broniła się przed nim, ale uczucie to niczym jakiś nakaz, coraz gwałtowniej w niej narastało. Już właśnie miała wstać z fotela, w którym siedziała obserwując przez okno rozwijającą się burzę, gdy wtem silny podmuch wichury otwarł widocznie niedokładnie zamknięte okno. Do pokoju wpadły wraz z wiatrem strugi deszczu. Wstała by zamknąć okiennice, ale widocznie zanadto się wychyliła, może pomógł w tym także silny podmuch wiatru, dość na tym, że straciła równowagę i wypadła na zewnątrz. Krzewy róż rosnące pod oknem złagodziły upadek z niezbyt wysokiego parteru, mimo to na chwilę straciła przytomność.
Gdy się ocknęła wydało się jej, iż leży w łóżku w swoim pałacowym pokoju tak, jak wówczas, gdy znaleziono ją po utracie przytomności podczas owej pierwszej burzy w jej pałacowym parku. Stary doktór patrzył na nią z troską, ale nic nie powiedział. Zauważyła teraz, że doktór był właściwie zakonnikiem – miał na sobie dość zniszczony brązowy habit, obok niego stała przy jej łóżku zakonnica w jakimś dziwacznym, szerokoskrzydłym kornecie. Łukowate sklepienia pokoju, a właściwie przestronnej sali były także zniszczone, odrapane, o popękanym tynku, zamiast ozdobnego żyrandola wisiała u sufitu żelazna obręcz z zapalonymi świecami. To z pewnością nie był jej pałac. Usłyszała teraz jak ksiądz-lekarz zwraca się do zakonnicy: „Już nastał jej czas, dzisiaj po raz pierwszy obudziła się dwukrotnie. Biedna staruszka, tyle lat przeleżała na tym łóżku.!” Zakonnica otarła oczy, przeżegnała się i szepnęła do zakonnika: „Na szczęście nie wiedziała, że przywieziono ją do nas z połamanymi nogami i silnym urazem głowy gdy była jeszcze młodą dziewczyną. I nigdy się nie dowiemy dlaczego wówczas rzuciła się z mostu do rzeki…”
Następnego dnia odbył się cichy pogrzeb na cmentarzu przytułku w Charenton. Skromną trumnę odprowadzali tylko lekarz zakonnik i kilka sióstr. Na horyzoncie zbierało się na burzę.
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
OPOWIEŚĆ NIEROMANTYCZNA
Forum Amarylis Strona Główna » BOJAN
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  

 


This is a free forum service provided by power-forums.com



Powered by phpBB © 2001-2004 phpBB Group
phpBB Style by Vjacheslav Trushkin