Forum

login.php profile.php?mode=register faq.php memberlist.php search.php ./.


Forum Strona Główna » PROZA » Plezantrop - LESZEK, MIETEK, PANNA G. czyli...
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
Plezantrop - LESZEK, MIETEK, PANNA G. czyli...
PostWysłany: Sob Kwi 22, 2006 4:32 pm Odpowiedz z cytatem
Christine
administrator
Dołączył: 13 Wrz 2005
Posty: 2496
Skąd: Gdańsk




Autor: Plezantrop

LESZEK, MIETEK, PANNA G.
czyli
DWAJ PRAWI LEWORĘCZNI


Można powiedzieć, że wspomnienia obowiązkowo winny zawierać w sobie elementy, niezbędne do zaciekawienia współczesnego, znudzonego wszystkim Czytelnika.
Zatem - coś pikantnego, jakieś gołe baby, popierdółki; dalej - monstrualne ochlaje w towarzystwie bab, najlepiej - gołych i, co oczywiste – aspekty degeneracji, jak np. - pobyty w izbach wytrzeźwień, stawanie przed Kolegiami d/s. Wykroczeń za szczanie
na peronach lub sianie zgorszenia, przez demonstrowanie zawartości rozporków albo - używanie "wyrazów, powszechnie uważanych za obelżywe" czy też spółkowanie z natchnionymi poetkami, malarkami, rzeźbiarkami itp. na parkowych ławkach lub/i klatkach schodowych, plażach, molo, kinach, teatrach, piwnicach i/lub strychach* (*odpowiednie podkreśl).
Wspomnienia, które mam, wprawdzie zazwyczaj przebijają się przez opary alkoholu i papierosową mgłę, to jednak nie zawęża moich powrotów do przeszłości wyłącznie do tych ekscytujących, ale wszak - nie najważniejszych elementów.

Pojechaliśmy z Mietkiem Czychowskim i Leszkiem Sławińskim (oraz moją ówczesną dziewczyną, śliczną Panienką o azjatyckich rysach, niejaką G.) do Stężycy. Byliśmy - co oczywiste - "pod silnym wpływem", bo kto „nie pod wpływem" pakuje się w pociąg wąskotorowy tzw."kowbojkę" i tłucze - ot, tak sobie - blisko 50 km, żeby popatrzyć na "fajne jezioro Raduńskie"? Jezioro fajne, bo fajne, ale w końcu - tylko jezioro, a w dodatku odległe od najbliższej knajpy na Mariackiej o wspomniane już - 50 kilometrów!
Ale nic to! Pojechaliśmy, bo jak nie jechać, kiedy szumi wóda, łza się w oku kręci od natchnienia na wszystko, co nie-miejskie, nie - kamienne, ceglaste, asfaltowe?!
A w "siatkach" mamy wódę i bułki, i salceson czarny, oraz - śledzia z beczki, co pod Halą Targową przy Placu Dominikańskim z beczki zakupiony został. Poszliśmy na Dworzec, kupiliśmy bilety i - jaaaaazdaaaa! - jakoś tak przez Gdynię, Kościerzynę, a do jeziora - jeszcze pieszo z 5 km. Po drodze opróżniliśmy jedną flaszę, pijąc za zdrowie dam, zdrowie pana konduktora, pana maszynisty; współpasażerów, mojej Panienki, "Żaby" Leszkowej, rodziny Mietkowej; słońca, ptaków, drzew i PKP jako takich oraz – sine ira et studio wszelkiej omnipotencji.

Zlądowaliśmy na późne południe pod parasolami drzew, opodal Mewiej Wyspy (były to rybitwy, ofkors, ale - mniejsza z zawiłościami ornitologicznymi) i rozłożyliśmy ekwipunek artystyczny : tu - bułki, wódka w wodę pod cień gnijącej łodzi - niech chłodnieje; a salceson, śledzie i jabłka - tam. Marynarki zrzuciliśmy, Panienka śliczna rozzuła sukienki i brodzi jak czapelka po wodzie w samych majtkach i staniczku.

Polaliśmy sobie w cudaczne, plastikowe, "teleskopowe" szklaneczki, zapiliśmy wodą z jeziora, zakąsili śledzikiem i bułką. Na wodę sobie patrzymy, na Panienkę, na dwie ciężkie szalupy rybackie sieci wlokące. A Leszek opowiada, jak go koledzy dziennikarze, na spółkę z UB i PZPR, pozbawili pracy; jaką nędzę cierpi - moralną i finansową; jak upokorzony jest duch jego wolny, bo za słowa prawdy - na bruk. I zaparli się jego, i Człowieka w sobie, przyjacioły jego, co we wrogi się zamieniły najpierwsze, a szpetne.
Szło o artykuł w "Dzienniku Bałtyckim" czy "Wieczorze Wybrzeża" pt. "Utopione Sumienie",
w którym opisał na podstawie weryfikowalnych dokumentów, jak to ówczesna dyrekcja spichrza zbożowego nad Motławą, nakazała wysypać setki ton pszenicy do tej Motławy właśnie, co potwierdzili nurkowie z Klubu Płetwonurków, i na co on, Sławiński Leszek kwity żelazne miał, niepodważalne i świadków w osobach dramatu. Osobami dramatu byli właśnie owi koledzy-dziennikarze (w tym niejaki Czajkowski - co potwierdził onż Leszek w artykule dalece późniejszym, na łamach Dwutygodnika "KWADRAT" w 1981r.).

Ad rem: Leszek kwity wprawdzie miał, ale - ufny jak pierwsza naiwna, okazał je panu prokuratorowi i paru innym panom (z UB), którzy oprotestującą wizję lokalną w mętnych wodach rzeki naszej, ukochanej Mateczki-Motławy, przeprowadzić ponownie uradzili z towarzyszami z KW w Gdańsku.
Dlaczego ponowna wizja? Kto nie rozumie owych czasów, temu wyjaśniam: PRL, ojczyzna ludzi ciężkiej pracy (i nędznej płacy) nie mogła sobie pozwolić na skandal z marnotrawieniem zboża, żniętego w pocie robotniczo-chłopskich czół, na chleby nasze, socjalistyczne. Zatem - nieprawdą jest, towarzyszu Sławiński, że towarzysz dyrektor ze śpichlerza, wydał zarządzenie, aby owo zboże nasze, socjalistyczne, w wodę mętną wypieprzyć!No - i po kwitach żelaznych : zniknęły raz na zawsze w skórzanych teczkach, jak w nich zniknęła przyszłość człowiecza "niejakiego Sławińskiego", tak odtąd opisywanego przez właściwe organa. Kopie? Jakie – kopie, nieszczęsny nowoczesny użytkowniku kserokopiarek, skanerów i drukarek laserowych? Jakie kopie?...

Słuchamy z Mietkiem, już chyba setny raz, tej historii; setny raz widzimy płaczącego, faceta, który tyle przeżył, że na pięć powieści in folio by się nadało. Kudy temu kłamcy i mitomanowi – Kosińskiemu, z jego surrealistycznymi bredniami w "Malowanym Ptaku", do „a way of life thrue-story” Leszka?!
To nie on, tylko Leszek właśnie patrzył, jak Niemcy rozstrzeliwują jego matkę i ojca; jak palą dom jego białorusko-polski.
To nie on, tylko Leszek codziennie oglądał palec swój, wbity kolbą mausera w spodnią część prawej dłoni; spał po krzakach, po rowach, jarach i żarł zgniłe kartofle, piekł psią padlinę w dymiących ruinach chałupy jakiejś spacyfikowanej wsi, łowił ryby gołymi rękami.
Obdarte, usmarkane, przerażone dziecko zagłady...
Kosiński Jerzyk, wojenny czas bezpiecznie i ciepło przepędzający na poddaszu domu polskiej rodziny, mógłby za Leszkiem co najwyżej walizki nosić!
Munnhausen nieszczęsny!

- Opowiedz o niej - mówi Mietek i mruga do mnie porozumiewawczo; uśmiecha się wiedząc, że "w tym temacie" i Leszek zaraz się uśmiechnie, i pojaśnieją mu oczy. Mietek się nie myli, bo znają sie jak dwa łyse konie!
- Ech - Zaciąga Leszek tęsknie, a śpiewnie i gęba mu pęcznieje - Ech, to była baba!
Oblizując wiecznie zaślinione usta, w których brakuje przednich zębów, polewa do pełna, więc wypijamy i "się zamieniamy w słuch".

...Była starsza o... No, wiele, wiele lat; wysoka jak topola, jasnowłosa, z cycami jak cebry, a tyłek miała - obszerny, jak białoruski piec do spania...
Piła, jak chłop i harowała, jak chłop - w polu, w oborze, chlewie, domu. Sama była,
mąż na wojnę poszedł - nie wrócił. A dzieci - pomarły...
Dopadła mnie, jak kradłem jaja z kurnika; lała mocno, pomyślałem - zabije!
Biła i płakała, płakała, i biła. Ale nie zabiła - przygarnęła sierotę.
Zamieszkałem z nią, pomagałem - w czym i jak mógł pomagać jej, haziajce, taki wtedy szczeniak, jak ja. No i, ma się rozumieć, stało się, że jednego razu zlądowaliśmy w jej łóżku, w którym odtąd z nią sypiałem.
Pojaśniała, wystrzeliła pod sufit, a i ja - jakbym dorósł od kochania tego dzikiego. Bimber pod kindziuka czy szupienię piliśmy codziennie, wieczorami po robocie, a w niedziele - od południa. Kłóciliśmy się zawzięcie o byle co, a że kobietą ognistą była - na koniec każdej awantury lała mnie i z pogardą pytała :
- Co z ciebie za chłop? Ech, ty...
Aż razu jednego, kiedy znowu się awantura zaczęła i czas obijania mojej gęby się zbliżył, poderwałem się i lać ją zacząłem - gdzie popadnie. Głowa - nie głowa! Plecy-nie plecy! Kopniakiem w dupę? A jakże! I jeszcze!
- Nie, kochanieńcy - ja jej wtedy nie biłem, ja ją katowałem jak dziki, ciemny białoruski mużik, dokładnie tak, jak katowali wtedy swoje kobiety dzicy, ciemni białoruscy mużicy. Ot, co! Wylazła ze mnie dusza chama. co nazwisko niechamskie nosił! Ot, co!
Skończyłem bić, wódkę dopiłem i - won, na pole. Zapaliłem, stoję i gapię się na topole, a wtem słyszę : woła mnie cichutko, pokornie, łagodnie - jak nie ona!
Teraz do chałupy mnie ciągnie, do łóżka wrzuca i powiada rozamorowana :
- Nu, teraz to ty chłop nastojaszczy!
Pytam :
- Dlaczego?
- A co to za chłop, co baby nie leje, kiedy mu pyskuje? Nalałeś, znaczy - mężczyzną już jesteś, a mnie pora nazad być kobietą. I... żoną...

No i fajnie! No i – jakże piękna to historia z morałem filozoficznym nader i wielce pouczającym, jak z opowiadania jakiegoś zdolnego, kresowego pana pisarza. Milczymy sobie i fajnie nam jest z tym milczeniem naszym. Panieneczka przysiadła cichuśko, siorbie sobie wódeczkę, pogryza jabłuszkiem. A dokoła skwir rybitw, cykanie namolne świerszczy, plusk fali o piasek i szum wiatru w koronach...
Mietek nieśmiertelny sztandar swój, koszulę w kwiateczki rozpina, do wody podchodzi, a ja za nim; moczymy stopy paląc sporty i popatrując na wodę.
- Jak to jest? - pyta Mietek sennie, ciężko, bezemocjonalnie, jak to on, z tym smutkiem swoim błądzącym na ustach - Że człowiekowi starczy odrobinka, ociupinka szczęścia, nawet, jak dokoła - apokalipsa, Armagedon i koniec świata niebywale się dzieją? I kobieta taka - z bylin wyjęta czy - jak? Piękna! Piękna... No, to powiedz mi, młodzieńcze, jak to jest?
I niby co takiego mądrego mam powiedzieć starszemu o 20 lat facetowi, który więcej zapomniał, niż ja zdołałem się nauczyć? Milczę zatem, a Mietek postukuje żywą dłonią lewą, w drewnianą dłoń nieżywą prawą... Mietek o historii nieżywej dłoni swojej nie mówi, a ja - nie pytam; ja nigdy nie zadaję pytania na koniec opowieści ludzkich, słynnego : i co dalej? Kto zechce - opowie, a jak nie zechce - widać lepiej rzecz zostawić, jak jest...

Miał Mietek ze sobą i kajet dla wierszy pisania, i blok techniczny A-4, więc kiedy Panienka, Leszek i ja gwarzyliśmy do wtóru szklaneczek, Mietek pogrążony stopami w wodzie, a głową w przestrzeniach siebie, szkicował coś tam, a chwilami "strofował" w kajecie elementa wierszy.
Ten kajet i ten blok A-4 mnie się ostał, bo je Mietek w mojej "siatce" zostawił, a potem już odebrać nie chciał, bo "inne mam teraz pomysły"; liczne zawieruchy dziejowe moje sprawiły, że nie mam ich dzisiaj; jak nie mam i figurki "Wiolonczelisty" "palca" Buniego czy błękitem egipskim powlekanych dwu dzbanków, co na wystawie w sopockim BWA wystawiane były. Nie mam Buniego "Traktatu o sztuce", który napisał przez fioletową kalkę "ołówkową" i mnie przypadła ta piękna, ozdobiona Jego rysunkami i rysunkami oraz paroma wierszami Mietka lepsza, fioletowa wersja! Sie poszło... - do ludzi... A co - "sie nie poszło..." - przez tych lat ponad trzydzieści?
Pamięć!
Pamięć o Dwóch Panach Nad Jeziorem i o tej, co "jak stodoła, jasnowłosej, z cycami jak cebry, a tyłek miała, jak białoruski piec do spania..." opowieści nadjeziornej w czas wspominania, picia wódki czystej pod śledzia i zapachu mojej Panny G., co buzię miała Azjatki i serduszko jeszcze nieskażone żadnym, wojennym katharsis...

Wróciliśmy po nocy samochodem "Warszawa" z uczynnym dyrektorem jakiegoś PGR-u, u którego Leszek bywał za czasów pracy w RSW "Prasa", a który pojęcia nie miał o polityczno-obywatelskiej śmierci "niejakiego Sławińskiego", zarządzonej odgórnie.
Rozstaliśmy się na Szerokiej nocą żarliwą , bo szło na burzę z piorunami i kurki na kamieniczkach kręciły się skrzypiąco.
Podając im na pożegnanie rękę zauważyłem nie pierwszy raz, że mają ze sobą coś więcej wspólnego, niż wojenne losy i wspomnienia – stygmaty okaleczonych prawych dłoni.

S.
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Plezantrop - LESZEK, MIETEK, PANNA G. czyli...
Forum Strona Główna » PROZA
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  

 
This is a free forum service provided by power-forums.com



Powered by phpBB © 2001-2004 phpBB Group
phpBB Style by Vjacheslav Trushkin