|
Wysłany: Czw Cze 28, 2007 9:33 am |
|
|
| Sława |
|
|
 |
| Dołączył: 13 Kwi 2006 |
| Posty: 47 |
| Skąd: Jawia |
|
|
 |
 |
 |
|
Podkarpacki Gladiator
Za górami, za lasami, wśród urokliwych wzgórz, na peryferiach województwa podkarpackiego są miejsca, gdzie czas płata sobie psikusy.... Takie tam niby niewinne żarciki dla zabawy, celem rozweselenia siebie... Głównie siebie, przecież nikogo innego nie bawi ten rodzaj swoistego poczucia humoru. Dla ludzi bywa zupełnie niezrozumiały a dla wybrańców, kosztem których rozgrywa się cały spektakl, wręcz niepojęty. Podobno odwieczna machina czasu ma tak skonstruowane tryby, że w żaden sposób nie może się zatrzymać a tym bardziej zawrócić. Może za to omijać pewne obszary, kpiąc sobie z wszelkich praw. Może...
Ta historia wydarzyła się naprawdę. Wcale nie sto lat temu, nie pięćdziesiąt nawet. Wydarzyła się właśnie teraz, właśnie dzisiaj....
Kasia urodziła się w bogobojnej rodzinie w ominiętym przez czas miejscu. Surową strażniczką przestrzegania dekalogu była babcia i to ona narzucała kanony moralności dla wszystkich.
–Czcij ojca swego i matkę swoją! Oni wiedzą, co dla ciebie dobre. Nigdy nie waż się im przeciwić! –grzmiała niczym z ambony, kiedy tylko zdarzyła się Kasi jakaś drobna niesubordynacja.
Naprawdę drobna, bo przecież od urodzenia zabijano w niej systematycznie beztroską szczęśliwość dzieciństwa. W jej świecie zbudowanym z samych zakazów i nakazów, z bolesnych kar cielesnych, możliwość buntu nie miała racji bytu. Każdy jej przejaw tłamszono w zarodku. Żeby zdrowo i dobrze przeżyć życie, a później prościutko iść do nieba, należało słuchać rodziców i babci, bo oni najlepiej wiedzieli, jak trzeba postępować, by dostąpić tego zaszczytu. A zło czyhało wszędzie! Najbardziej jednak tam, gdzie tliła się choćby najmniejsza iskierka przyjemności.
–Mamusiu, dlaczego inne dzieci mogą się kąpać w rzece a ja musze stać w gumowcach na brzegu? –nierozsądnie pytała czasem Kasia, kiedy słońce świeciło tak mocno, że cały świat wydawał się jakiś lepszy i bezpieczniejszy.
–Bo ty często chorujesz, Kasiu. Mogłabyś znowu się przeziębić. Wiesz, że to ci szkodzi! –odpowiadała mamusia i podgrzewała dla niej kompocik.
Tak, Kasia wiedziała, że jej akurat szkodzi wszystko. Do dwunastego roku życia nie znała smaku zimnego napoju. Nie grała w piłkę, nie ścigała się w berka, nie jeździła na sankach.... Czynności, których nigdy nie robiła, można by mnożyć i mnożyć, tylko po co? Przecież te wszystkie zakazy wynikały z wielkiej miłości rodziców i dbałości o jej zdrowie, gdyż Kasia, niestety, urodziła się bardzo chorowita.
Szkolne wycieczki również nie wchodziły w grę, przecież nauczyciele nie byli w stanie upilnować tak licznej gromady dzieci. Jeszcze Kasia zjadłaby, nie daj Boże, loda albo zapomniała odmówić porannego pacierza.
–Wszyscy w klasie widzieli Kraków, tylko ja jedna nie! –rozpłakała się pewnego wieczoru.
–Jeszcze zobaczysz! Masz czas, jeszcze zobaczysz! –obiecała mamusia.
I Kasia zobaczyła... Nie zwiedziła wprawdzie sławnego miasta ale doskonale poznała klinikę. Jej serduszko zaczynało wyprawiać przedziwne harce i rodzice zmuszeni byli szukać pomocy u specjalistów w odległym Krakowie.
Potem było jeszcze gorzej...Dostała status osoby chorej na serce i wszelkie zakazy mnożyły się w postępie geometrycznym.
–Dla każdego z nas Bóg wyznaczył los. Zapisał go.... Trza żyć tak, jak nam przeznaczono a wszystko będzie dobrze. I modlić się, dużo modlić! –mawiała czasem babcia w przypływie dobrego humoru i gładziła wnuczkę po pokornej główce.
–Ale masz tych włosisków! Aż nie przystoi!
Tylko ciocia Mela zauważyła, że Kasia ma piękne, wyjątkowo gęste włosy.
–Boże, całkiem jak aktorka filmowa! –zachwyciła się nieopatrznie.
Dziewczynka uśmiechnęła się wtedy promiennie. Wreszcie miała coś pięknego, coś lepszego od innych.
Próżność to grzech, jeden z najcięższych! Nigdy nie nosiła rozpuszczonych włosów, nie wiązała ich nawet w kucyk. Mamusia tak ściśle zaplatała jej warkocze, że czasem bolała ją skóra głowy. Nadaremne staranie skromności. Całkiem daremne. Tydzień później obcięto jej włosy zupełnie krótko i brzydko. Podobno było to zalecenie lekarza, który miał oznajmić:
–Dziewczynka dlatego jest taka szczupła, gdyż organizm wszystkie składniki odżywcze przeznacza na produkcję włosów. Na nic innego nie starcza.
Fatalnie obcięte włosy sterczały na wszystkie strony i Kasia czuła się bardzo źle. Rozumiała jednak, że to wszystko tylko dla jej dobra, jak zawsze.
Za największą przyjaciółkę uważała mamusię i ze wszystkiego jej się zwierzała. Ufała jej bardziej niż koleżankom, bo ludzie wokół byli źli i tylko czatowali na to, by komuś dokuczyć i zwieźć go na manowce zła.
–Mamusi, czy ja też kiedyś wywalczę sobie wolność i będę mogła mówić, to co myślę a nawet robić? –spytała pewnego dnia.
–Co ci chodzi po głowie? O czym ty mówisz? –zainteresowała się mama i nawet odłożyła na bok prasowanie tatusiowych koszul.
–Mówię o wolności. Czytałam taką lekturę o gladiatorach, o takich niewolnikach, co to na arenie mogli sobie czasem wywalczyć wolność.
Mama wzniosła oczy do nieba i jęknęła ze zgrozą.
–Jezu! Co ty czytasz? Aby na pewno to lektura?
–Tak!
–Czego to dzisiaj nie uczą w tych szkołach! –żachnęła się mama.
–No o tym uczą, że każdy powinien realizować swoje marzenia.
–Komunistyczne kłamstwa, rozumiesz? Komunistyczna szkoła, bez Boga, to i głupio uczą! Trzeba żyć tak jak pan Bóg przykazał i to da ci szczęście.
–A wolność?
–Jaka wolność? O czym ty gadasz, moje dziecko! Kiedyś Bóg da ci męża i dzieci. Będzie jak w bajce. Zobaczysz ....
–Wiem, wiem, mamusiu– Kasia rezygnowała z dalszej rozmowy i tak mama wcale nie rozumiała o co jej chodzi.
Kiedy poszła do szkoły średniej, oczywiście do zawodówki, chociaż dobrze się uczyła, ale rodzina uważała, że tak będzie lepiej, bo szybciej zdobędzie fach i swoje własne pieniądze, okazało się, że nigdy nie była w kinie, nie jechała windą... Nawet nie bardzo pojmowała, dlaczego koleżankom z klasy wydaje się to takie śmieszne i nieprawdopodobne. Była przecież zupełnie normalna...
Miała smykałkę do liczb –tak nazywali rodzice jej matematyczny dar logicznego myślenia, dlatego została ekspedientką. Przez życie szła prosto i bogobojnie, żadnych tam grzesznych ekscesów. Gdzie tam! W domu często słyszała pełne potępienia słowa o złym prowadzeniu się kuzynek –córek cioci Meli. Elka szalała po dyskotekach, obłapiała się z chłopakami przy zgaszonych światłach, słuchała szatańskiej muzyki. Podobno nawet alkoholem nie gardziła i nie chodziła do kościoła. Młodsza Anka jeździła pod namioty z harcerzami i pewnie też sypiała tam z chłopakami.
–Zgroza! Sodoma i Gomora! Że też Mela na to wszystko pozwala! –grzmiała niekiedy babcia.
Na domiar złego podczas rodzinnych spotkań kuzynki głośno wypowiadały swoje zdanie, zawsze w opozycji do dorosłych i nikt im jakoś nie miał odwagi przypomnieć, że młodzież nie ma prawa do swoich sądów. Obie nieskromnie nosiły długie rozpuszczone włosy, malowały się i wyglądały na zadowolone z życia.
W końcu i Kasi pozwolono iść na wiejską zabawę, gdzie do tańca przygrywała ludowa kapela. Nie migały kolorowe dyskotekowe światła, nie szalała w półmroku młodzież ale było wesoło i fajnie. Kasia podobała się chłopcom, przetańczyła więc cały wieczór. Kiedy Lucuś poprosił ją do tańca, kiedy zaczął prawić komplementy, udzielił jej się nastrój całkowitej beztroski. I popłynęła na jej żaglach nie tylko w upojnym tańcu, nie tylko....
Zawsze, gdy śniła jej się ciocia Mela, wiedziała, że czekają ją złe dni. Złe– to nawet mało powiedziane. Fatalne, tragiczne byłoby o wiele lepszym określeniem. W sumie te sny bywały całkiem miłe, za to rzeczywistość dawała się nieźle we znaki. Po przebudzeniu, jak zawsze od wielu, wielu lat migał przed oczyma kalejdoskop zdarzeń poprzedzających jej ślub.
–Czemu tak stoisz , Kasiu? –ciocia delikatnie dotknęła rękawa białej sukienki.
Co jak co, ale ślubna kreacja w niczym nie ustępowała sukienkom księżniczek z baśni. Wujek z Ameryki ja przysłał i nikt w całej wsi nie widział jeszcze takiego cudu. To jedno było pewne. Tylko to jedno, bo cała reszta....
Stała pośrodku kuchni i patrzyła w okno. Już wtedy, całkiem podświadomie czuła, że za tymi wzgórzami porośniętymi lasem, jest zupełnie inny świat. Świat, w którym nawet tak nieważni ludzie jak ona maja prawo do własnego zdania i kierowania swoim życiem. Poczuła nagle, że musi uciekać jak najdalej stad, by chociaż w maleńkim stopniu poczuć smak prawdziwej wolności. Odrzucić raz na zawsze wszelkie nakazy i zakazy.. Nigdy już nie słyszeć tych słów, powtarzanych w jej domu niczym modlitwa:
–Matko Boska, co ludzie powiedzą!
Aż się wzdrygnęła, gdy poczuła dłoń cioci. Była przecież już tak daleko, prawie wolna.... Spojrzała jej prosto w oczy.
–Nie chcę! –wyszeptała słabo.
Do kuchni weszły mama i kuzynka Ela. Przystanęły na jej widok w ślubnej sukience.
–Rany, Kaśka wyglądasz zjawiskowo! –Ela doskoczyła do niej radośnie i zaczęła poprawiać welon.
–Moja Kasiulka –westchnęła mama ukradkiem ocierając łzy wzruszenia.
Na moment Kasia straciła oddech. Wydało jej się nagle, że stoi na rozżarzonych węglach i lada chwila zacznie płonąć. Ostatnia szansa. Potem na wszystko będzie już za późno. Uważnie popatrzyła na odświętnie wystrojone kobiety. Na policzki wystąpiły jej pąsowe rumieńce. Musiała to powiedzieć, musiała spróbować wyplatać się z matni, choćby później miał się zawalić świat.
–Ja nie pójdę do tego ślubu! Nie pójdę!!!
Ziemia wcale nie ruszyła się z posad. Za to czas jakby stanął w miejscu. Policzki mamy spurpurowiały, oddychała szybko, płytko, wydymając przy tym wargi. Czas musiał zatrzymać swój bieg, bo z ust mamy nie wydobywały się na razie te okropne słowa, które i tak musiały paść. Błękitne oczy cioci zmętniały, spojrzeniem uciekła ponad głową Kasi, gdzieś za okno. Najszybciej otrząsnęła się Elka i ruszyła nieszczęsny czas.
–No, coś ty! Teraz to mówisz?
–Matko Boska! Zwariowała! Całkiem zwariowała! – mamie wreszcie wróciła zdolność mówienia.
–Ciągle to mówiłam, ciągle, tylko nikt nie chciał mnie słuchać.
–To nie trza było gmerać w cudzym rozporku! My najducha chowali nie będziemy! Trzysta osób, pół wsi zaproszone! –mama rozkręcała się na dobre.
–Umiałaś dawać dupy? Świerzbiała cię? To i ślub wziąć potrafisz! Nasza jedynaczka się skurwiła i jeszcze fochy mi tu stroić zaczyna! Zamknij mordę i do kościoła, niech ci Bóg grzech wybaczy!
Ciocia Mela złapała mamę za rękę.
–Krycha, przestań! Co ty gadasz!
–Ino prawdę! O Jezu, zróbcie coś, bo my z Tadkiem nie przeżyjemy takiej hańby! Ratuj, Mela brata swojego! Ratuj! Chryste przenajświętszy zmiłuj się.
W oczach cioci Meli i Elki pojawił się autentyczny strach. Popatrzyły na siebie zdumione. Na podwórku zagrała orkiestra. Pan młody przybył z orszakiem po oblubienicę. Potem wszystko potoczyło się jak w sennym koszmarze.
–Nie bój się, Kasiu, to tylko stres. Tylko stres, nic więcej –ciocia dotknęła lodowatej dłoni Kasi i mocno uścisnęła.
–Elu, daj jej pełną łyżkę stołową hydroksizinum, uspokoi się.
Zanim Elka wykonała plecenie matki, długą chwilę patrzyła w oczy Kasi.
–Szybciej!
–Mamo! Tak nie można, wiesz przecież! –Ela już trzymała buteleczkę z medykamentem.
–Rób, co każę! Nie ma innego wyjścia!
Kasia ledwo przełknęła gorzki płyn, patrząc przy tym w spłoszone oczy kuzynki. Zawsze poddawała się naciskowi, zawsze słuchała poleceń. Tak było i teraz. Rozkaz– wykonanie. Bezwolne, bezmyślne, bo tak trzeba. To przecież dla jej dobra!
–Chłop to chłop! Z chłopem trzeba umieć poradzać.... Ja z dziadkiem przeżyłam ponad pięćdziesiąt lat i nie zawsze było słodziutko, nie zawsze! –siwe oczy babci uciekały gdzieś w bok a siateczka zmarszczek na twarzy pogłębiała się, żłobiła ostrzejsze rysy.
–Babciu, ale dziadek nie pił! Był normalnym, ciężko pracującym człowiekiem! –oburzała się wtedy Kasia.
–Nie pił, nie pił! I co z tego? Myślisz, że zawsze było mi z nim lekko? Są chłopy, co czasem muszą wypić i nijak tego nie zmienisz! Trza przetrzymać, trza... Taki krzyż od Boga. Ślubowałaś przed ołtarzem na dobre i na złe!
–Ale dobrego nie było! Nigdy!
–O, widzieliście ją? Dobrego nie było! to skąd się wzięli twoi synowie? A te prezenty, którymi cię Lucuś obsypuje? Masz tylachno złota, co żadna baba w okolicy. On dla ciebie wszystko zrobi, wszystko. Gadał, co se łeb ukręci, jak go nie będziesz chciała. Tak, a co ty myślisz? Na winogronie się powiesi pod naszymi oknami, żeby cała wieś się dowiedziała, kto go do tego doprowadził.
Kasia tylko ciężko wzdychała. Idiotyczne pogróżki alkoholika nie robiły już na niej większego wrażenia.
–Niech się wiesza, gdzie chce.
–Boga nie masz w sercu, czy co? Toż to pohana! Ludzie by nas zechlali!
–Oj, babciu, babciu...
Dawno już przestała wierzyć, że „poradzanie z chłopem” może przynieść jakiekolwiek korzyści. Może nawet nie korzyści a po prostu zwyczajny, najzwyczajniejszy spokój. Całe życie pokory nie odpłacało żadnym dobrem. Coraz częściej rozmyślała o gladiatorach, o tym, że niektórym z nich przecież udawało się wyrwać poza zaklęty krąg niewolnictwa. Dostawali szansę na zmianę swojego życia. Ona jakoś nie potrafiła. Mimo porywów do desperackiej walki, w którymś momencie nie wytrzymywała presji rodziny i poddawała się. Nawet gdy sądownie przyznano jej separację i ograniczono prawa rodzicielskie Lucusia do synów, rodzice nadal nie przyjmowali tego faktu do świadomości, nadal zwabiali go do domu.
–Nic się nie martw, Lucuś! Jeszcze będzie dobrze, już my ją przekonamy, żeby się opamiętała.
To Kasia miała się opamiętać, Kasia nie Lucuś. I Lucuś miał poparcie ze strony swojej rodziny i rodziny Kasi, był więc niewinny. Kuratorzy i sędziowie byli tylko głupimi urzędnikami, którzy niczego nie rozumieli. Kompletnie niczego. Przede wszystkim zaś tego, że chłop ma prawo wypić i zniknąć z domu na dwa, trzy tygodnie. Zawsze przecież potem wracał i zawsze przynosił prezenty.
–Diabeł ją opętał, nic innego! A świętość i nierozerwalność sakramentu? A wstyd i publika na cała wieś? –babcia prawie zachłystywała się zgorszeniem.
Dręczyli ją, prześladowali, aż zmęczona Kasia nie widząc żadnego sensu w dalszym uporze, przyjmowała skruszonego alkoholika w domowe pielesza. Dla świętego spokoju i tylko dlatego, że miała dosyć uporczywych nagabywań. Nibyidylla małżeńska trwała czasem tylko dwa tygodnie a czasem przedłużała się nawet do dwóch miesięcy. Rodzice tak się cieszyli szczęściem jedynaczki, tak jej przychwalali, tak ukrywali przed nią promilowe wyskoki.... Nawet na drobne kradzieże Lucusia przymykali oko, tłumacząc samym sobie, że w okolicy grasuje jakiś nocny złodziej.
Problem tkwił jednak zupełnie gdzie indziej. Kasi tak naprawdę nigdy na mężu nie zależało....Może gdyby go kochała, choć na początku małżeństwa albo przynajmniej lubiła, może wszystko potoczyłoby się inaczej... Może wtedy....
–We dwójkę jakoś se poradzicie. Zawsze to łatwiej z chłopem... Jak ty synów bez chłopa wychowasz? Ojciec to ojciec! –ze złością przekonywała babcia.
–Łatwiej? Jeszcze jedna gęba do wyżywienia!
–No, już ty Boga nie obrażaj... Jak Lucuś ma pieniądze to i do chałupy czasem przyniesie... I tobie by wszystko kupił i chłopolom...
Dla babci mizerne grosze, które niekiedy udawało się Kasi od męża wysępić, urastały do gigantycznych sum. Dwadzieścia złotych dane raz starszemu synowi jawiło się wszystkim niczym zawrotna suma dwóch tysięcy.
Wszyscy byli przeciwko niej! Wszyscy! Teściowa nie dopuszczała myśli, że syn jest poważnie chory, że bez pomocy lekarskiej nie uda mu się wyrwać z nałogu, tylko całą winę zwalała na Kasię.
–On przez ciebie pije! Przez ciebie, ty go do tego doprowadziłaś, nikt inny!
Jakoś zapominała o swoim ciężkim życiu, o wzorcach, jakie syn mógł wynieść z domu rodzinnego. Nie pamiętała, jak to ojciec Lucusia przywiązywał ją do drzewa na podwórzu i bił do utraty sił, aż padał w pijackim zamroczeniu. Jakoś zapominała, że i starszy syn za kołnierz nie wylewa i tylko czekać, by stoczył się jak Lucuś. Zawsze w rocznicę ślubu Kasi i syna dawała na mszę i gorąco się modliła o opamiętanie dla synowej... By ta wstrętna dziewucha zrozumiała wreszcie, że złością nic z Lucusiem nie wskóra. Jemu potrzebna była uległa żona, miła i posłuszna... Taka co by rozbierała i układała do snu, kiedy sam nie mógł se z tym poradzic... Taka co by mu i przychwalić umiała i zlec pod nim, gdy tego zapragnął. Lucuś się skarżył, że żona nigdy nie jest chętna, tylko zimna jak lód.
Teściowa modliła się o cud.
Rodzina Kasi też o cud upraszała Boga.
Lucuś pił w najlepsze.
Kasia wyrzucała go z domu.
Wnosiła sprawy do sądu.
Później następowało pogodzenie.
I znów wszystko powtarzało się od początku.
Niezmienne.
Przewidywalne.
Toczące się od siedemnastu lat.
I wreszcie stał się cud! Najprawdziwszy cud, choć może nie taki, o jaki modlili się poplecznicy promilowego Lucusia. Pewnego jesiennego, pięknego dnia Kasia poznała Piotra i zakochała się po raz pierwszy w życiu... nawet nie bardzo zdawała sobie sprawę, że to miłość. Jakoś nie chciała dopuścić tej myśli do siebie. Tylko świat wokół stał się naraz lepszy, jaśniejszy... Ludzie wokół życzliwsi, nastawieni przyjaźnie. Trzydziestopięcioletnia nastolatka zobaczyła nagle gamę intensywnych barw. Nie mogła wprost uwierzyć, że do tej pory nie dostrzegała tylu uroków życia.
Bóg nie stworzył człowieka tylko po to, by pracował, cierpiał i modlił się. Bóg nie był taki okrutny, wbrew temu czego uczono ją w domu. Dał człowiekowi prawo do wolności, możliwość wyboru a przede wszystkim miłość. Gromadzenie dóbr materialnych też nie było wcale najważniejsze a miłości nie można wcale kupić nawet za najdroższe, najbardziej wyszukane prezenty. Tym samym oznaczało to, że duże datki ofiarowywane na kościół, nieustannie opłacane msze wyraźnie mijały się z celem. Bóg nie uznawał przekupstwa, bo sam był miłością.
Kiedy te myśli zakiełkowały w głowie Kasi, ruszyła lawina zdarzeń spowodowana uwolnionymi nagle marzeniami z dzieciństwa. Spacery po parku z Piotrem... Zapachy jesieni wdychane zachłannie.... Piękne, ciepłe słowa w sms–ach.... Długie rozmowy przy kawiarnianym stoliku... Wreszcie wizyty w jego mieszkaniu.... Czułość, ciepło... Poczucie bezgranicznego szczęścia....
Stan, którego Kasia nigdy wcześniej nie doświadczyła. Czuła się teraz taka silna, taka pewna swoich racji. Chciała o tym wyśpiewać całemu światu, by inni cieszyli się razem z nią. Nauczona, że największą, najprawdziwszą przyjaciółką jest mama, pewnego wieczoru w wielkiej tajemnicy zwierzyła się jej ze swojego szczęścia.
Znów śniła jej się ciocia Mela, znów po przebudzeniu te wspomnienia. Kasia ciężko wzdychała. Siedemnaście lat to szmat czasu, by albo pogodzić się z nieuniknionym albo raz na zawsze spalić za sobą wszystkie mosty. Elka wiele razy przepraszała ją za ten środek uspokajający podany w dniu ślubu, za to że nie potrafiła oprzeć się presji rodziny.
–Byłam zbyt młoda, zbyt głupia i przestraszona.
Niczego to jednak nie zmieniało. Kuzynki miały normalne domy, normalne życia, nie takie jak ona. Dobrotliwa ciocia Mela, która wszystkich rozumiała i próbowała pogodzić, umarła już tak dawno... Powracała jednak w snach, by przestrzec Kasię, że jej piekło zamieni się w jeszcze większy koszmar.
Tak było i tym razem. Mama nie sprawdziła się w roli powierniczki tajemnic, w roli przyjaciółki. Mama nie sprawdziła się nawet w roli matki!
Zabrali jej wszystkie pieniądze! Wszystko jej zabrali! Czerwona jak burak mama szarpała na niej kurtkę a mąż, z którym niby wywalczyła sobie separację, wyrywał jej torebkę.
–Ty dziwko! Ty kurwo!!! Nie będziesz nam przynosiła hańby! –ryczała spocona ze wściekłości mama i próbowała wepchnąć ją do samochodu.
Zdumieni przechodnie w centrum miasta odwracali głowy, przechodzili szybko i udawali, ze nie zauważają całej sytuacji.
–Patrz, mamo, patrz, jak ja wypierdolił! Aż się bledziutka zrobiła! Okurwieniec jeden! Dogodził ci szmato? Dogodził? –darł się trzeźwiutki tym razem Lucuś.
Nie pozwoliła się wciągnąć do auta. Uciekła szybko. Uciekła od steku wyzwisk, od wulgaryzmów, od których włosy stawały dębem na głowie... Uciekła od brukania miłości.
A to był dopiero początek horroru, dopiero początek. Akcja zdawała się rozwijać jak w brazylijskiej telenoweli, coraz bardziej nieprawdopodobnie i wbrew realiom normalnego życia. Mama narobiła jej wstydu w miejscu pracy a przecież ogromne centrum handlowe leżało zbyt daleko od ich zaklętej wsi, by mogła znaleźć tu poparcie. Nawet kierowniczka popatrzyła na Kasię z litością i nie robiła jej z tego powodu żadnych przykrości.
–Gdzie ty żyjesz, dziewczyno! Uciekaj stamtąd póki możesz!
W miasteczku ludzie żyli zupełnie inaczej. Rozwody, separacje były czymś naturalnym, tak jak za naturalne uchodziło, że każdy miał prawo do szczęścia tu– na ziemi, a nie dopiero po śmierci.
–Ty szmato! Wydziedziczę cię! Skończysz tam, gdzie twoje miejsce, na ulicy! –sierdził się tato.
–Chodźcie tu dzieci! Chodźcie! Musicie się dowiedzieć, kim jest wasza matka! –mam uporczywie nawoływała synów Kasi, by i oni wzięli udział w kiczowatym przedstawieniu.
Adam miał już 16 lat a bogobojnie wychowany ogromnie się wstydził wulgarnych słów, które padały. Młodszy, dwunastoletni Karolek od razu stanął po stronie dziadków i patrzył na matkę z nienawiścią.
–Ja was wychowam! Od dzisiaj ona nie ma prawa za nic was skarcić, wcale nie musicie jej słuchać, rozumiecie? –grzmiał wszechmocny tato.
Przez moment Kasi wydawało się, że to tylko zły sen. Jak to? Odważyli się wciągnąć w te brudy jej synów? Trzeba się obudzić, natychmiast! Nie potrafiła jednak, koszmar trwał. Lucuś siedział na honorowym miejscu, popijał parującą kawę, którą mu zaserwowała dobrotliwa teściowa i gniewnie marszczył czerwone, pijackie oczka. Na domiar złego był całkowicie trzeźwy.
–Inny chłop na moim miejscu tak by ci wpierdolił, że od razu przestałaby cię świerzbieć cipa! –oznajmił pewnie, czując poparcie ze wszystkich stron.
Jej synowie musieli tego słuchać! Kasia odzyskała głos.
–Odczep się! Nie masz prawa tak się do mnie odzywać! Jesteśmy w separacji, zapomniałeś? –warknęła cicho.
Na nic więcej nie było ją stać.
–Ma prawo, ma! To twój chłop! Przed Bogiem mu wierność przysięgałaś, grzesznico! –wtrąciła się babcia.
Kasia nie mogła wprost uwierzyć, ale rodzina przeprowadziła dokładne śledztwo dotyczące życia Piotra. Podobno wciąż wydzwaniali do nich dobrzy ludzie, którzy chcieli ich ostrzec przed konsekwencjami związku ich córki z bandytą, z mordercą prawie. Kto wiedział o ich związku? Skąd ci dobrzy ludzie mieli telefon do jej rodziców i czy w ogóle istnieli? I tak nie miało to znaczenia!
–On ma broń i w łeb ci strzeli!
–Handluje narkotykami!
–Zastrzelił policjanta, ale łapówkami wykupił się od więzienia!
–Kurwi się z ruskimi handlarami, stale do niego przychodzą, jak do meliny!
–I stary jest i taki szkaradny, że sama bym go nie chciała! – kiedy zabrakło argumentów podpatrzonych chyba w wenezuelskich telenowelach, mama wytoczyła całkiem prosty kaliber.
–Ja to nawet nie wiedziałam, że Lucuś to taki porządny chłop.... On ci wszystko wybaczy i będziecie żyć, jak pan Bóg przykazał –łagodniej dorzuciła mama.
–Pójdziesz do spowiedzi, dasz na mszę i Bóg daruje ci cudzołóstwo! –oznajmiła babcia, jako największy moralny autorytet.
Kasia pomyślała nagle o ciemnych oczach Piotra, o tym jak szczerze opowiadał jej o swoim nieudanym związku, o rozwodzie, o dorosłej już córce... Poczuła dotyk jego dłoni na swojej. Spojrzała na synów. To było najgorsze, że rodzina na siłę wciągała chłopców w bagno. Ogarnęła ją nienawiść do tych zakłamanych ludzi, do ich prawd i pokrętnej moralności.
–Boga nie można przekupić, rozumiecie? –krzyknęła głośno i niespodziewanie.
–Córciu... –spotulniała nagle mama i wróciła do roli najserdeczniejszej przyjaciółki.
–Bóg wszystko przebacza, tylko trzeba skruchy i obietnicy poprawy.
–Wam nigdy nie przebaczy tego, że zniszczyliście mi życie!
–Chryste! Widzieliście? On ją chyba nafaszerował narkotykami! Nigdy się tak nie zachowywała, nie jest sobą! –w podejrzenia mamy natychmiast uwierzyli wszyscy. Nawet synowie popatrywali na Kasie podejrzliwie.
–Musiał jej coś do picia dosypać! –zagrzmiał Lucuś.
Kasia spojrzała za okno w mrok. Atramentowej czerni nie rozświetlały gwiazdy. W niej również rozpanoszyła się ciemność. Absurdalne oskarżenia układały się ciężko na jej sercu, jak wielkie głazy nie do poruszenia. A jeśli wszystko co mówili ludzie, którzy ją kochali i życzyli jej przecież jak najlepiej, było słuszne? Co wtedy? Czyżby tak strasznie się pogubiła? Pobłądziła jak pijany we mgle?
Gladiator, który w niej chwilowo zamieszkał, odrzucił zbroje i tchórzliwie zmykał do swoich czasów, wprost na rzymską arenę.
Na powrót pokorna leżała pod ciężko dyszącym Lucusiem bez ruchu, bez woli życia. Potem długo w noc słuchała opowieści męża o tym, jak to będzie im razem wspaniale, ilu rzeczy się dorobią i jak on bardzo ja kocha i wszystko jej przebacza.
–Ale ja cię wcale nie kocham! –zdobyła się na gniewną szczerość.
–Ja kocham za nas oboje! Zobaczysz, z czasem nauczysz się mnie kochać! –szepnął zasypiając.
Nie zdążyła.... Tydzień później Lucuś poszedł w cug, kradnąc jej ostatnie sto złotych z portfela. Piotr wciąż przysyłał czułe sms–y, prosząc o spotkanie.
Kasia uśmiechnęła się sama do siebie, a może do tych literek w telefonie. Miłość nie mogła być grzechem, skoro dawała tyle szczęścia!
–Czekaj na mnie! Dziś u ciebie będę! Narkomanie i potencjalny morderco –wklepała w komórkę i poczuła, że jej prywatny gladiator znów przyodziewa zbrojny rynsztunek. Tym razem jednak miał ze sobą sieć, w którą zamierzał zaplątać wszystkich przeciwników miłości prawdziwej..... |
|
|
|
|
 | |  |
Wysłany: Czw Cze 28, 2007 9:55 am |
|
|
| Christine |
| administrator |
 |
 |
| Dołączył: 13 Wrz 2005 |
| Posty: 2496 |
| Skąd: Gdańsk |
|
|
 |
 |
 |
|
Wow! Jestem pod wrażeniem! Potrafisz pisać, Sławo, tak, że ciarki przechodzą!
Historia kobiety w sumie przeciętnej, bo takich kobiet w naszej, grajdołowatej Polsce jest wiele. Latami znoszą maltretowanie, alkoholizm męża, totalny niedostatek i ciężko harują - wszystko dla dobra rodziny, dzieci. Przerysowany ten portret, ale bardzo dobrze oddaje meritum. Masz zmysł obserwacji i potoczyste słowo.
Cieszę się, że mogę ciebie znowu poczytać, Sławo.
 |
|
_________________ Krystyna Bogusławska |
|
|
|
 | |  |
Wysłany: Czw Cze 28, 2007 2:34 pm |
|
|
| Wabigon |
|
|
 |
| Dołączył: 23 Mar 2007 |
| Posty: 47 |
|
|
|
 |
 |
 |
|
Moim zdaniem komplementy Christi zupełnie niezasłużone. Gospodyni portalu jest bardzo gościnna i miła dla autorów publikacji.
Ale warto zastanowić się o co właściwie chodzi, czy o miłą wymianę grzeczności nad tekstem, czy o pisanie z jakąś większą perspektywą ?
Autorka niewątpliwie ma do opowiedzenia złożoną i dość ciekawą, chociaż typową historię, ale opowiedzieć jej nie potrafi. Robi to nieporadnie, z mnóstwem niepotrzebnych wtrąceń. Wątek z czasem który rozpoczyna opowiadanie, jest nielogiczny, zbytnio rozbudowany i dlatego do dalszej treści nie pasuje; po takim intrygującym wstępie można się było spodziewać raczej opowiadania science-fiction.
Może należało pozwolić tej historii trochę się odleżeć i poprawić ją korzystając z nowej optyki, którą daje czas.
Piszę to, bo wiem z własnego doświadczenia w publikowaniu w Internecie swojej prozy, że krytyczne uwagi dają autorom dużo więcej dobrego niż niezasłużone, przyjacielskie komplementy.
Pozdrawiam serdecznie
Wabigon |
|
|
|
|
 | |  |
Wysłany: Pią Cze 29, 2007 7:31 am |
|
|
| Sława |
|
|
 |
| Dołączył: 13 Kwi 2006 |
| Posty: 47 |
| Skąd: Jawia |
|
|
 |
 |
 |
|
Dzięki Christine. Ty naprawdę jesteś nadzwyczaj miłą gospodynią.
Pozdrawiam
Sława |
|
|
|
|
Wysłany: Pią Cze 29, 2007 7:38 am |
|
|
| Sława |
|
|
 |
| Dołączył: 13 Kwi 2006 |
| Posty: 47 |
| Skąd: Jawia |
|
|
 |
 |
 |
|
Dziękuję Wabigon za komentarz a także za przeczytanie tekstu. Doskonale rozumiem twój punkt widzenia, bo próbowałam poczytać Twoją prozę . My po prostu jesteśmy nie z tej samej bajki.
Serdeczności
Sława |
|
|
|
|
 | |  |
Wysłany: Pią Cze 29, 2007 8:34 am |
|
|
| Wabigon |
|
|
 |
| Dołączył: 23 Mar 2007 |
| Posty: 47 |
|
|
|
 |
 |
 |
|
Nie chodzi o rodzaj bajki, ale o cel funkcjonowania twórców w takim portalu.
Wiem, że ostra krytyczna wypowiedź może być szokiem, po tym nawale wypisywanych tu wzajemnych komplementów i osobistych, pozamerytorycznych grzeczności, których efektem jest to, że proza /i nie tylko proza/ w Amarylisie dogorywa. Bo jak ocenić inaczej to, że nowe wpisy, nie mówiąc już o nowych utworach, pojawiają się raz na dwa tygodnie.
Postanowiłem w miarę możliwości wytykać wszystkie wady w tym co tu, w dziale prozy przeczytam i nie być miły.
Można być krytykowanym i nie obrażać się, bo przecież jesteśmy tu anonimowi.
Prawdopodobnie niewiele da takie moje działanie i Amarylis pozostanie drętwym forum wymiany wzajemnych komplementów, z rzadkimi przebłyskami sztuki, którą te komplementy zabijają.
A moje krytyczne uwagi, może warto Sławo przemyśleć, a nie tłumaczyć się inna bajką. Jeżeli poczułaś gniew, to bardzo dobrze, skrytykuj słabe strony moich publikacji /tylko uczciwie/ bo to najlepsza rzecz którą możesz zaofiarować osobie tu publikującej.
Pozdrawiam serdecznie
Wabigon
PS A jeśli nie zgadzasz się z moją oceną swojego opowiadania, to napisz konkretnie z czym się w niej nie zgadzasz, a ja albo to szczegółowo,a nie ogólnie jak dotychczas wyjaśnię, albo wycofam się z zarzutu. |
|
|
|
|
 | |  |
Wysłany: Pią Cze 29, 2007 10:06 am |
|
|
| Christine |
| administrator |
 |
 |
| Dołączył: 13 Wrz 2005 |
| Posty: 2496 |
| Skąd: Gdańsk |
|
|
 |
 |
 |
|
Wabi, doceniam twoją krytykę, jesteś fachowcem w pisaniu, więc każda twoja wskazówka powinna być cenna dla debiutantów. Cieszy mnie, że masz chęć zająć sie energicznie prozą, bo oprócz shibbi i elli niewiele autorów tu działa.
Jednak co do tego opowiadania, to trochę sie z tobą nie zgodzę. Owszem, wstęp trochę odstaje, myślę, że można go pominąć. Dalej opowiadanie jest spójne, toczy się ciekawie, w stylu zbliżonym do felietonu. Sława nie jest debiutantką, czytałam jej inne opowiadania i bardzo mi się podobały.
Tu jest opisany kawałek "pospolitego" życia, wyłapała - moim zdaniem świetnie - przyczynę i skutek biernej postawy swojej bohaterki, dotarła do jej psychiki. Poza tym podoba mi się język, dosadny, dobrze ilustrujący pewne kręgi kulturowe. Całe opowiadanie jest napisane z dystansem i z dozą humoru.
Można nad nim jeszcze popracować, ale to zapewne autorka zakłada z góry, że jeszcze do niego wróci, teraz chce po prostu sprawdzić jak odbieramy temat i sposób zapisu. |
|
Ostatnio zmieniony przez Christine dnia Pią Cze 29, 2007 3:55 pm, w całości zmieniany 1 raz _________________ Krystyna Bogusławska |
|
|
|
 | |  |
Wysłany: Pią Cze 29, 2007 10:42 am |
|
|
| ella_hagar |
|
 |
 |
| Dołączył: 01 Mar 2006 |
| Posty: 763 |
| Skąd: Warszawa |
|
|
 |
 |
 |
|
Ja się nie zgadzam, Wabigonie.
I od razu zaznaczę, że nie znam bliżej Sławy, jeszcze się nie zakolegowałyśmy w ten szczególny sposób , który jest znaczący, ważny i osobisty, ale wszystko przed nami – jak sądzę
Dodam, że Sława potrafi ostro krytykować tj. szczerze i np. mnie kiedyś „pojechała” za pewny kawałek prozy, zresztą z dużym pożytkiem dla mnie.
Tak więc nie ma powodu do stronniczości.
Więc nie zgadzam się z Twoją opinią o tym tekście.
Np. z tym, że autorka nie potrafi opowiedzieć złożonej i dość ciekawej, chociaż typowej historii i że robi to nieporadnie.
Tekst jest napisany bardzo dobrze pod względem polszczyzny – tak sądzę. Zdania sprawnie sformułowane, wsio na swoim miejscu – no, wiesz, interpunkcja i te „rzeczy”. Po prostu sprawne pióro.
Czyta się. Nie nuży, nie jest nudno. Wciąga. Akcja się nie gubi, narracja prowadzona konsekwentnie. Nie ma w tym nic a nic nieporadności. Nieporadność, to nie jest dobre określenie, niesprawiedliwe po prostu.
Piszesz, Wabigonie, że jest mnóstwo niepotrzebnych wtrąceń, a ja nie ich nie znajduję, dla mnie wszystko jest na swoim miejscu i trzyma się – jak mówią – kupy. Więc? Może jakieś przykłady?
Nie ma w tym opowiadaniu meandrów znaczeń i tropów, nie trzeba się przedzierać przez ciemne korytarze, ale nie taki był przecież zamysł autorki. To opowiadanie „z życia wzięte”. Tak po prostu bywa, bo takie jest życie.
Styl reportażowo-beletrystyczny z przewagą beletrystyki. Jest w tym dystans, jest nienachalny humor. Mnie się podobało. Ja nie mam uwag, ale rozumiem, że są różne gusty.
Ten tekst sprawia wrażenie przemyślanego, zatem po co miałby się „odleżeć” ?
Co do wstępu…. Naprawdę wstęp sugeruje ci, Wabigonie, opowieść science-fiction? A mnie nie.
Nie miałam takich skojarzeń.
Wstęp o czasie jest tu celowym zabiegiem – łączy się on z treścią choćby faktem, że główna bohaterka rozmyśla o czasach bardzo odległych, o których przeczytała w lekturze.
No wiesz – czas swoje, czyli biegnie, a ludzie wciąż ci sami ze swoimi charakterkami.
I niekiedy nam się zdaje, że to czas się zatrzymał…
No. To ja tyle.
Serdeczności dla autorki.  |
|
Ostatnio zmieniony przez ella_hagar dnia Sob Cze 30, 2007 4:12 pm, w całości zmieniany 1 raz _________________ [eh] |
|
|
|
 | |  |
Wysłany: Pią Cze 29, 2007 12:13 pm |
|
|
| Wabigon |
|
|
 |
| Dołączył: 23 Mar 2007 |
| Posty: 47 |
|
|
|
 |
 |
 |
|
A więc konkretnie, nie wybierając największych wpadek, ale po kolei, na ile mi czasu wystarczy:
„Podkarpacki Gladiator „
Dlaczego akurat gladiator, moim zdaniem nieuzasadnione, ale tu się nie upieram, innym może akurat gladiator tutaj pasować, a nawet się podobać, bo tytuł zgrabny i nawet zaciekawia, ale moim zdaniem nie pasuje do treści opowiadania
”Za górami, za lasami, wśród urokliwych wzgórz, na peryferiach województwa podkarpackiego są miejsca, gdzie czas płata sobie psikusy.... Takie tam niby niewinne żarciki dla zabawy, celem rozweselenia siebie...”
Początek przyjemny, urokliwy, ale już:
„czas płatający sam sobie psikusy, dla rozweselenia samego siebie,”
to już raczej bzdurne
i dalej:
„Głównie siebie, przecież nikogo innego nie bawi ten rodzaj swoistego poczucia humoru. Dla ludzi bywa zupełnie niezrozumiały a dla wybrańców, kosztem których rozgrywa się cały spektakl, wręcz niepojęty. Podobno odwieczna machina czasu ma tak skonstruowane tryby”,
to przecież jałowe, gadanie w którym ja nie widzę żadnej wewnętrznej logiki
„że w żaden sposób nie może się zatrzymać a tym bardziej zawrócić. Może za to omijać pewne obszary, kpiąc sobie z wszelkich praw. Może... „
to już ładne i zręczne
dalej:
”Ta historia wydarzyła się naprawdę. Wcale nie sto lat temu, nie pięćdziesiąt nawet. Wydarzyła się właśnie teraz, właśnie dzisiaj....
Kasia urodziła się w bogobojnej rodzinie w ominiętym przez czas miejscu. Surową strażniczką przestrzegania dekalogu była babcia i to ona narzucała kanony moralności dla wszystkich.
–Czcij ojca swego i matkę swoją! Oni wiedzą, co dla ciebie dobre. Nigdy nie waż się im przeciwić! –grzmiała niczym z ambony, kiedy tylko zdarzyła się Kasi jakaś drobna niesubordynacja. „
To bez zarzutów, ale i bez rewelacji, chociaż „się im przeciwić” „nie sprzeciwiać” to bardzo dobry przykład gwary i duży plus moim zdaniem dla autorki
Potem:
”Naprawdę drobna, bo przecież od urodzenia zabijano w niej systematycznie beztroską szczęśliwość dzieciństwa.”
Przecież to koszmarna bzdura .. drobna, bo zakazy i kary cielesne ??? A słowo „naprawdę” ma to niby uwiarygodnić ? I jeszcze ta zabita: „beztroska szczęśliwość dzieciństwa”
„W jej świecie zbudowanym z samych zakazów i nakazów, z bolesnych kar cielesnych, możliwość buntu nie miała racji bytu. Każdy jej przejaw tłamszono w zarodku. Żeby zdrowo i dobrze przeżyć życie, a później prościutko iść do nieba, należało słuchać rodziców i babci, bo oni najlepiej wiedzieli, jak trzeba postępować, by dostąpić tego zaszczytu. A zło czyhało wszędzie! Najbardziej jednak tam, gdzie tliła się choćby najmniejsza iskierka przyjemności.
–Mamusiu, dlaczego inne dzieci mogą się kąpać w rzece a ja musze stać w gumowcach na brzegu? –nierozsądnie pytała czasem Kasia, kiedy słońce świeciło tak mocno, że cały świat wydawał się jakiś lepszy i bezpieczniejszy.
–Bo ty często chorujesz, Kasiu. Mogłabyś znowu się przeziębić. Wiesz, że to ci szkodzi! –odpowiadała mamusia i podgrzewała dla niej kompocik.
Tak, Kasia wiedziała, że jej akurat szkodzi wszystko.”
To co powyżej potwierdza, że autorka ma do opowiedzenia ciekawą historię, i chwała jej za to. Gdyby jeszcze dobrze to robiła
„Do dwunastego roku życia nie znała smaku zimnego napoju. Nie grała w piłkę, nie ścigała się w berka, nie jeździła na sankach.... Czynności, których nigdy nie robiła, można by mnożyć i mnożyć, tylko po co? Przecież te wszystkie zakazy wynikały z wielkiej miłości rodziców i dbałości o jej zdrowie, gdyż Kasia, niestety, urodziła się bardzo chorowita.
Jak można ścigać się w berka, co innego kiedy dzieci się ścigają, a co innego kiedy grają w berka, i cały język tego fragmentu bardziej biurokratyczny niż literacki.
Dalszy fragment znowu potwierdza, że autorka wychwyciła i ma do opowiedzenia ciekawą historię, ale w prozie też musi być trochę wdzięku, a nie ton sprawozdaniowo- żartobliwy.
Szkolne wycieczki również nie wchodziły w grę, przecież nauczyciele nie byli w stanie upilnować tak licznej gromady dzieci. Jeszcze Kasia zjadłaby, nie daj Boże, loda albo zapomniała odmówić porannego pacierza.
–Wszyscy w klasie widzieli Kraków, tylko ja jedna nie! –rozpłakała się pewnego wieczoru.
–Jeszcze zobaczysz! Masz czas, jeszcze zobaczysz! –obiecała mamusia.
I Kasia zobaczyła... Nie zwiedziła wprawdzie sławnego miasta ale doskonale poznała klinikę. Jej serduszko zaczynało wyprawiać przedziwne harce i rodzice zmuszeni byli szukać pomocy u specjalistów w odległym Krakowie.
Potem było jeszcze gorzej...Dostała status osoby chorej na serce i wszelkie zakazy mnożyły się w postępie geometrycznym.
–Dla każdego z nas Bóg wyznaczył los. Zapisał go.... Trza żyć tak, jak nam przeznaczono a wszystko będzie dobrze. I modlić się, dużo modlić! –mawiała czasem babcia w przypływie dobrego humoru
A dlaczego akurat w przypływie dobrego humoru???
I tak dalej, |
|
|
|
|
 | |  |
Wysłany: Pią Cze 29, 2007 1:14 pm |
|
|
| Shibbi |
|
 |
 |
| Dołączył: 12 Kwi 2006 |
| Posty: 1379 |
| Skąd: spod Maciejowej |
|
|
 |
 |
 |
|
...
 |
|
_________________ ... nie zapomniałam nie e e e e e
to wszystko we mnie jest,
jak ochota na grzech,
na smutek i śmiech .... |
|
|
|
 | |  |
Wysłany: Sob Cze 30, 2007 9:10 am |
|
|
| Sława |
|
|
 |
| Dołączył: 13 Kwi 2006 |
| Posty: 47 |
| Skąd: Jawia |
|
|
 |
 |
 |
|
Wow! Dziękuję dziewczyny za przeczytanie i obronę mojego gladiatorka
Sprzeciwić się Wabigonowi, który jest "fachowcem w pisaniu", to wręcz gladiatorska postawa. . Dzięki, dzięki!
Wabigon, sorrki, ale dlaczego uważasz, że mnie obraziłeś? No, cos Ty, raczej poczułam się rozbawiona.
"Nie chodzi o rodzaj bajki, ale o cel funkcjonowania twórców w takim portalu."
Jak mniemam, moje funkcjonowanie na portalu nie ma sensu? A ja głupia myslałam, że każdemu wolnio i, co gorsza, nadal tak myślę
Autorytatywnie stwierdzasz, że nie potrafie pisać, że jestem nieporada i każesz mi się bronić. Jak? Przecież masz prawo tak myśleć. Ty chcesz zmieniać świat, wlaczyć o poziom na literackich forach, pokazywać innym "prawdziwą prozę" a ja nie mam takich aspiracji.
Piszę dla przyjemności, zwyczajnie i po prostu... Mam tez nadzieję, że zwyczajny czytelnik z przyjemnością mnie poczyta. Nic więcej
Chociaż dwadzieścia lat temu, myslałam tak jak ty, dlatego wzbudzasz we mnie sympatię i pewien rodzaj rozczulenia.
Nie ma o co kruszyć kopi, szczerze mówiąc, mój gladiatorek nie jest tego wart.
I Czerwony Kapturek i Pokemony wzajemnie się nie wykluczją, mają swoich fanów...
Na księgarskich półkach jest mnóstwo miejsca, starczy i dla Ciebie i dla mnie. Nie ma jedynej słusznej drogi, kiedys to zrozumiesz.
Serdeczności dla wszystkich
Sława |
|
|
|
|
 | |  |
Wysłany: Sob Cze 30, 2007 9:32 am |
|
|
| Christine |
| administrator |
 |
 |
| Dołączył: 13 Wrz 2005 |
| Posty: 2496 |
| Skąd: Gdańsk |
|
|
 |
 |
 |
|
Ufff, za chwilę będę musiała bronić Wabigona
Sławo, Wabigon na pewno nie chciał na pewno urazić ciebie, ani nikogo innego. Bardzo dobrze, że wyraził swoje zdanie - jest szczere, a o to przecież chodzi, aby publikując tu, mieć sposobność do krytyki zarówno pozytywnej, jak i negatywnej. Ta druga nawet jest cenniejsza. |
|
_________________ Krystyna Bogusławska |
|
|
|
Wysłany: Sob Cze 30, 2007 9:43 am |
|
|
| Sława |
|
|
 |
| Dołączył: 13 Kwi 2006 |
| Posty: 47 |
| Skąd: Jawia |
|
|
 |
 |
 |
|
Wiem, Christine, nikogo nie musisz bronić. Wabigon, bądź pewna, obroni się sam Ja odejde w cień, bo nie mam siły ani czasu na rozważanie każego zdania. A zresztą, ja już go polubiłam.
Pozdrawiam
Sława |
|
|
|
|
 | |  |
Wysłany: Sob Cze 30, 2007 4:41 pm |
|
|
| ella_hagar |
|
 |
 |
| Dołączył: 01 Mar 2006 |
| Posty: 763 |
| Skąd: Warszawa |
|
|
 |
 |
 |
|
Wabigonie?! Czy aby nie przegiąłeś? ;))))))
Czepiasz się, czy jak? Bez obrazy, ale…
Jasne, że aby dobrze przyjrzeć się tekstowi należy rozebrać go z ciała, aż do kości. Ale mnie się zdaje, że ty poszedłeś jeszcze dalej. Za daleko i niepotrzebnie aż tak.
Jedno cię ratuje – że nie widzę w tym zacietrzewienia ani złośliwości. :P
Gladiator? Bo to współczesny gladiator, metafora taka. Może metafora odwagi, której potrzeba, by złamać konwenanse, wyzwolić się z nadopiekuńczości, by uciec z dulszczyzny, może o tym, że to walka dobrego ze złem, czy walka o wolność osobistą, właściwie walka o siebie, o prawo do decydowania o sobie.
Poza tym? To naprawdę nie jest tekst napisany przez nowicjusza. W żadnym wypadku nie bije z niego amatorszczyzna. Przestań to nazywać nieporadnością! Tu nie ma kiksów.
Cała reszta twoich uwag, to tylko rozważania o tym, co lubisz, a co nie, co cię bawi lub nie, i co uznajesz za bzdurki.
No, bo co mam powiedzieć o tym:
„czas płatający sam sobie psikusy, dla rozweselenia samego siebie” ?
Dla ciebie to bzdurne. Dla mnie to sympatyczne przypisanie czasowi cech ludzkich w celu wywołania uśmiechu - wprowadzenie, zabarwionego leciutkim humorem dystansu przed opowiedzeniem całej tej historii.
No, tak jakoś właśnie.
Zatem … po prostu inne spojrzenie, inny gust. Nie ma co dyskutować.
Pozdrawiam.
Za pracowitość w komentarzach przybijam ci piątkę ))))))))))))))))))
Sławę pozdrawiam nieustająco. Mam nadzieję, że nie usuniesz się w cień i napiszesz kolejne opowiadanie. |
|
|
|
| | |