Forum

login.php profile.php?mode=register faq.php memberlist.php search.php ./.


Forum Strona Główna » PROZA » Post przeniesiony: Sława - Dowód...
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
Post przeniesiony: Sława - Dowód...
PostWysłany: Pon Kwi 24, 2006 1:03 pm Odpowiedz z cytatem
Christine
administrator
Dołączył: 13 Wrz 2005
Posty: 2463
Skąd: Gdańsk




Post przeniesiony

Autor: Sława

DOWÓD



W teatrze roztrzęsionych cieni wyznaczono dla niej niewdzięczną rolę introwertyczki... Grała ją bez talentu, bez większego przekonania i miała prawie całkowitą pewność, że wypada niezwykle blado. Nie napisano jeszcze dla niej tej najważniejszej recenzji, ale to zawsze wymagało czasu, szczególnie jeśli rola była tylko epizodyczna. Nikt się nie niecierpliwił, każdy z aktorów pragnął jak najdłużej odwlec niepewny moment, kiedy ogłaszano wyrok.
Chmury płynęły sobie po niebie pierzaste i zupełnie spokojne, jakby nic nie było w stanie naruszyć niepewnej struktury ich błękitnego morza a przecież wystarczył byle podmuch wiatru i wszystko ulegało zmianom. Nieustanny ciąg nieprzewidywalnych zdarzeń, bez żadnych racjonalnych, czy też irracjonalnych, pobudek, które Anna byłaby w stanie ogarnąć swoim umysłem, jakoś je oswoić i zrozumieć... Mniej lub bardziej tandetne dekoracje, aktorzy, scenariusze zmie-niały się i znikały w mrokach niepamięci ale wciąż nieprzerwanie toczył się spektakl i trzeba było grać, nawet jeśli nie miało to żadnego znaczenia.
–Kim chciałabyś zostać gdy dorośniesz? –pytali ludzie grzecznościowo, bez zbytniej ciekawości, bo i tak wiedzieli, że marzenia dzieci są zmienne i krótko-trwałe a poza tym rzadko się spełniają.
A jednak te pytania pozwalały małej Anusi precyzować swoje pragnienia i ba-wić się myślami o upragnionej dorosłości, która jawiła się jej jako niezwykła kraina o przeogromnych możliwościach. Najpierw chciała być artystką, piosen-karką albo aktorką, ale szybko doszła do wniosku, że to głupie i zapragnęła zo-stać marynarzem. To dopiero byłoby wspaniałe! Podróżować po morzach i od-krywać nowe, niezbadane jeszcze lądy.
–Jesteś dziewczynką i nie możesz zostać marynarzem! –upierali się dorośli i do-dawali przekornie:
–Nie możesz odkrywać nowych światów, bo wszystko już dawno zostało zba-dane. Człowiek dokładnie poznał całą planetę!
–Nieprawda! –złościła się Anusia, ale po głębokim namyśle weryfikowała swoje pragnienia i z marzeń o morskich rejsach niewiele pozostało w jej świadomości.
–Będę nauczycielką! –oznajmiała a wszyscy ją chwalili.
Im bardziej dorastała, tym bardziej buntowała się przeciw ustalonemu porząd-kowi tego świata i wiedziała, że tak naprawdę niczego i nikogo nie mogłaby nic nauczyć. Wiedzę zdobywało się samemu i tylko taka wiedza miała prawdziwą, wręcz poznawczą, moc.
Aktorką została tak jak każdy, bezwiednie wciągnięta w scenariusz te-atru drgających ludzkich cieni. Każdy, komu dane było przyjść na ten świat, od-grywał tu swoją rolę. Jedne były lepsze, ważniejsze, inne gorsze, ale na pewno nie mniej ważne. Szkoda tylko, że upragniona przez wszystkie dzieci, dorosłość nie była krainą o przeogromnych możliwościach. Wiedza, którą dawało życie, zabijała marzenia i pozwalała jedynie na udział w kiczowatym spektaklu na podstawie scenariusza marnej prozy. Wysokość ostatecznej gaży również była jedną wielką niewiadomą i kiedy dla któregoś z aktorów zapadała, po ostatnim, zwykle dramatycznym, akcie, czarna kurtyna, pozostałych ogarniał żal i smutek. Może gdzieś indziej, gdzieś daleko toczyło się prawdziwe życie, ale nie wszyst-kim dano możliwość by w nim uczestniczyć. W teatrze drgających cieni Anna grała swoją rolę powierzchownie, ale powierzchowny był przecież cały spek-takl. Żółte słońce z chropowatego plastiku udawało prawdziwe, sztuczne troski wgryzały się w serca a czarna noc z papierowymi gwiazdami za oknem powo-dowała bezsenność w pościeli z poliestru. Plastikowa atrapa zegara odmierzała sztuczne minuty i niepowstrzymany bieg nieprawdziwego czasu nadawał złu-dzenia niesłychanej realności całej farsie.
–A jeśli wszystko co mam, nie jest namiastką życia? –zastanawiała się niekiedy Anna spoglądając w lustro, z którego patrzyły na nią szare i smutne jej własne oczy.
Jednak takie chwile wątpliwości zdarzały się niezwykle rzadko i zaraz potem jej myśli uciekały z teatru drgających cieni i przenosiły ją w inny prawdziwszy świat. Tylko tam czuła się naprawdę szczęśliwa, tylko tam czuła na twarzy po-wiew prawdziwego wiatru a nawet smak krwi z rozciętej wargi. Tam miłość by-ła miłością, tam śmierć pozwalała się dotknąć i w sposób namacalny mieszała się z życiem. Właśnie tam Anna pragnęła pozostać na zawsze ale wciąż wzywa-no ją na scenę teatru cieni i w końcu sama już nie wiedziała co jest fikcją, a co dzieje się naprawdę. Na pograniczu jawy i snu przeżywała swój koszmar i cza-sami, gdy blask papierowych gwiazd nie pozwalał jej zasnąć, dopadała ją sztuczna troska o zbliżającym się scenariuszu sztucznego szaleństwa.
I wtedy właśnie znalazła ten list. Zupełnie przypadkowo wypadł z książki przyniesionej z biblioteki... Napisany na prawdziwym papierze i praw-dziwym atramentem nadał sens jej istnieniu. Przestała zamartwiać się zbliżają-cym szaleństwem, ponieważ w teatrze drgających cieni był ktoś, kto ją znał, ktoś kto wiedział o niej wszystko i rozpaczliwie poszukiwał z nią kontaktu. Na-dzieja, że chwila ponownego spotkania jest już bliska, czyniła z niej bardziej przekonywującą aktorkę. Czekała.
Kiedy przychodziły wątpliwości, brała pomięte kartki i czytała od nowa i od nowa. Oczekiwanie nadało inny całokształt jej bytowaniu w teatrze cieni....


Znaleziony list



„SZANOWNI ORGANIZATORZY KONKURSU



Cóż, nie mam już nastu lat i wiele „Walentynek” spędziłem nie-zwykle romantycznie, ba, nawet uroczo, ale to o czym tak naprawdę skrycie ma-rzę, musi pozostać, niestety i na pewno, jedynie w sferze pobożnych życzeń.
Na pozór jestem człowiekiem, którego nikt i nigdy nie podejrzewałby o tak dziwaczne rozważania czy pragnienia, ale ten jeden raz postanowiłem odstąpić od zasady i podzielić się z Wami swoją, wręcz irracjonalną, infantylną wiarą w cud. Muszę przyznać, że sprawa nagrody również odpowiednio podziałała na moje zmysły, bo jeżeli nie można spełnić swych pragnień i wie się o tym dosko-nale, należy cieszyć się z rzeczy, które chociaż hipotetycznie są możliwe. Filo-zoficzne dysputy na tematy związane z reinkarnacją, z wędrówkami w czasie nie zajmują zbyt wiele miejsca w codziennym życiu przeciętnego zjadacza chleba, a takim niewątpliwie jestem, ale realia kroczą swoimi drogami, a marzenia wła-snymi i odrębnymi... Milczę z obawy przed śmiesznością i kpinami. Lęk jest zbyt duży, zbyt wiele mógłbym utracić ze swojego wizerunku mocno stąpające-go po ziemi inżyniera, a jednak częste, bezsenne noce przywołują obrazy i wspomnienia ( bo mam niezachwianą pewność, że to wszystko kiedyś naprawdę się zdarzyło) romantycznego uniesienia i miłości, która jako uczucie wyższe nie jest znowu tak nagminnym zjawiskiem, jak zwykło się uważać. Posłuchajcie co kiedyś przeżyłem i o czym nie przestaję marzyć... Jeśli wyda Wam się to śmieszne, infantylne wyrzućcie te kartki do kosza i zapomnijcie o nich natych-miast. Nawet w śmietniku, nawet przerobione na makulaturę, marzenia nie umierają, bo Siła Wyższa dała im prawo do nieśmiertelności.
Zatem retrospekcja, choć nie sadzę, by ktokolwiek mi uwierzył....

Zapadał późny czerwcowy zmierzch. Zmęczone słońce próbowało jeszcze bronić się przed snem i przed chmurami, które wiatr opętańczo przega-niał po niebie. Korony starych drzew w puszczy jodłowej przyginały się prawie do ziemi, spłoszone ptaki z wichrem w piórach rozpaczliwie poszukiwały schronienia i wszystko wskazywało na to, że po upalnym dniu nadejdzie ostra, czerwcowa burza. Mnich Tarkin przygotowywał się do odprawienia wieczornej mszy w zamkowej kaplicy, w chatach na podgrodziu palono woskowe świece, aby odpędzić pioruny od nędznych domostw. W tamtych czasach świece były oznaką wielkiego luksusu i nie każdy mógł nawet marzyć o takim splendorze, ale mój ojciec w przypływie dobrego humoru, a może też trochę po to, by doku-czyć niezwykle skąpej matce, dał każdej rodzinie jedną świecę. Palili je więc teraz wysławiając hojność księcia pana pod niebiosa i marząc o tym, by starzy bogowie zapomnieli o ich zdradzie.
Szczerze mówiąc, nie interesowałem się wtedy żadną religią. Byłem młody i chciałem dostać od życia jak najwięcej, a niepokój o to co będzie po śmierci, nie zaprzątał nigdy moich myśli. Odebrałem niezwykle staranne, chrześcijańskie wychowanie, jednak im byłem starszy tym częstsze miałem wrażenie, że Bóg nie wykazuje szczególnego zainteresowania bezeceństwami, które wyprawiają wielbiący Go na pozór ludzie. Chociażby mój ojciec....
–Rozpusta!!! Rozpusta powiedzie dusze takowe, opanowane przez grzechy ja-koż przez robactwo i zgniliznę, na wieczne potępienie! –grzmiał mnich Tarkin.
Ojciec kornie chylił głowę na te słowa, ale chyba potrafił przekupić i mnicha i Boga, bo od jego kochanek i bękartów aż roiło się na zamku i na podgrodziu, ale nikt i nigdy nie śmiał mu tego zarzucić. Zresztą i sam Tarkin nie stronił zbytnio od wdzięków niewieścich, a i jemu uchodziło to całkiem bezkarnie. Biorąc przykład z innych mężów, sam również nie byłem świętoszkiem. Zaś krążącym ówczas poglądem, że większym grzechem od zakazanego seksu jest gdy nasie-nie męskie upadnie na ziemię, tłumaczyłem własną rozwiązłość. Każdej nocy zaufany sługa, Świetosław sprowadzał do mojej alkowy młode, hoże dziewki. Nawet nie znałem ich imion i nie interesowałem się kim naprawdę były, że zgadzały się za niewielką odpłatnością dogadzać synowi pana. Miały mi służyć i muszę przyznać, wywiązywały się z tego zadania niezwykle sumiennie. Czasa-mi przejeżdżając konno przez podgrodzie widziałem smutne dziewczęce oczy wpatrzone we mnie, jak w wizerunek świętego. Niekiedy nawet przemykała mi przez głowę myśl, że widziałem już te oczy zamglone namiętnością w moich ramionach, ale szybko o tym zapominałem. Stale szukałem nowych wrażeń, nowych twarzy, ponętnych ciał i właściwie większym szacunkiem od tych nie-wiast darzyłem sforę moich psów, które towarzyszyły mi zawsze i wszędzie. Byłem przystojny, odważny, a na dodatek byłem synem księcia i wydawało mi się, że jestem ponad wszystkimi i zwykłe prawa natury nie będą mieć nigdy na-de mną władzy. Czułem się jak młody bóg pośród motłochu, który został stwo-rzony jedynie po to by móc mi dogadzać i służyć. W końcu jednak za głupią próżność i pychę zostałem ukarany.
Na króciutką chwileczkę w niezmierzonej wieczności czasu dano mi miłość, którą zaraz odebrano, ale największą, najokrutniejszą z możliwych tortur było to, że pozostawiono mi świadomość tego co utraciłem. Mnich Tarkin zawsze straszył nas piekielną otchłanią, wiekuistymi, niewyobrażalnymi karami za grzechy, jednak chyba sam nie wiedział, że tak obrazowo przedstawiane piekło może być w nas samych.
Pamięć!!!
Pamięć, której nie potrafi zaćmić, przygłuszyć czas, jest właśnie tym najstrasz-niejszym z piekieł, jest tym odmętem mąk, którym straszą nas księża.
Właśnie wspomnienia są piekłem i dopóki w nas żyją, my sami jesteśmy tak na-prawdę piekielną otchłanią, która nie ma dna ani końca.
Nie ma nadziei na spokój, ani na to, że spełnią się kiedykolwiek pragnienia przeklętych, a jednak gdzieś głęboko ukryta w podświadomości jarzy się maleń-ka iskierka nadziei i czasami przebija się na zewnątrz. Tylko to broni mnie przed szaleństwem i wbrew rozsądkowi, na siłę, utwierdzam się w przekonaniu, że pewnego dnia litościwa ręka Spirytus Movens zakończy moje cierpienia. Może stanie się to właśnie w „Walentynki” dwutysięcznego roku? Data sama w sobie zdaje się być już magiczna!
Często podczas bezsennych nocy rozważam problem kary i zastanawiam się czym sobie na nią zasłużyłem... Żyłem przecież jak inni, o podobnej do mo-jej pozycji w świecie, który dawno już odszedł w zapomnienie i nikogo tak do-sadnie nie skrzywdziłem, nikomu bezmyślnie nie odebrałem życia! Dlaczego więc moja pamięć z poprzedniego wcielenia jest wciąż żywa? Dlaczego tak re-alne są wspomnienia i pragnienie, bym choć jeszcze jeden raz mógł ujrzeć moją miłość?

Pierwszy raz zobaczyłem kobietę, a tak naprawdę to dojrzałem pełnowartościowego człowieka w maleńkiej dzieweczce nad potokiem. Wstrzymałem konia i przyglądnąłem się jej dokładniej. Niepozorna dziewczyna siedziała sobie na ogromnym kamieniu i moczyła nogi w przejrzystej wodzie wartkiego strumienia. Dwa jasne, grube warkocze odrzuciła na plecy, podkasała zgrzebną spódnicę i zdawała się być nieświadoma niebezpieczeństw, jakie czy-hały na nią w puszczy, z dala od ludzi. Patrzyła zamyślona na przepływającą wodę, która niosła ze sobą zeschnięte igliwie i liście. Słońce przedzierało się przez korony starych drzew i tańczyło w jej włosach, a mnie zaparło dech w piersiach. Poczułem nagle, że poznanie tej dzieweczki jest najważniejszą sprawą mojego życia, poczułem, że nigdy już nie zaznam spokoju, jeśli nie dowiem się kim ona jest i co tutaj sama robi. Zsiadłem z konia i cichutko podszedłem bliżej, aczkolwiek do dziś nie wiem, co mnie do tego skłoniło! Może to było moje wła-sne, tylko mnie przypisane, przekleństwo? Nie żałuję niczego!!!
Naraz posłyszałem jej cichy głosik i w mojej duszy rozbrzmiała niespodziewa-na, dziwna muzyka, która ogarnęła mnie całego, wchłonęła prawie. Musiałem podejść jeszcze bliżej, bo jakaś niezrozumiała siła popychała mnie naprzód.



Latoś miłowania pora najść musi.
Latoś afektem spłonę niczym żagiew.
Lada pomoże, nie dozwoli skusić
i słodkie dzionki naśle wichru wiew.
A kędy prawa surowym wyrokiem
popłynę w afekt niczym szyszak jodły
to ukorzona upadnę przed bogiem,
by nie dozwolił miłować, kto podły.
Lado –mój panie i boże!
Coż samym tchnieniem istnienia
plewy przemieniasz w zboże
dać racz afektu spełnienia.


Stara, pogańska pieśń, modlitwa o miłość do nieznanego mi bóstwa, którą sły-szałem już wielokrotnie, zabrzmiała teraz jakoś zupełnie inaczej. Tak jakby mówiła właśnie o mnie, o moim pragnieniu zakosztowania prawdziwej miłości, tylko, że do tej pory nie zdawałem sobie z tego sprawy. I wtedy i nawet dzisiaj jest to dla mnie całkiem niezrozumiałe!
Stałem jak ogłupiały, otumaniony melodią pogańskiej piosenki, oszołomiony widokiem nieznanej mi dziewki, a przecież nie widziałem nawet jej twarzy! Nie wiedziałem co się ze mną dzieje... Monstrualnych rozmiarów pustka w mojej duszy, pustka, której nie poświęcałem żadnej uwagi, rozrosła się nagle jeszcze bardziej i zapragnąłem naraz zapełnić ją czymkolwiek, chociażby namiastką te-go, o co prosiła bóstwo ta samotna dzieweczka. Niecierpliwie przestąpiłem z nogi na nogę... pod moimi stopami zaskrzypiały suche gałązki i wtedy dziew-czyna odwróciła się raptownie....
Mój Boże! To nie mogła być zwyczajna kobieta, takie kobiety przecież nie ist-nieją! To musiał być anioł, który zstąpił z nieba tylko po to by mnie usidlić i ukarać za złe traktowanie innych niewiast!
Ogromne, błękitne oczy spojrzały na mnie ze strachem, ale nie był to czysty strach, bo tliła się w nim dziwnie kpiąca odwaga. Urwana w pół słowa pieśń zawisła między nami ciężkim milczeniem. Wpatrywaliśmy się w siebie oboje jednako zaskoczeni. Dziewczyna oddychała szybko, a jej piersi unosiły się i opadały miękko przy każdym wydechu. Nie mogłem oderwać od niej wzroku.
Była o wiele młodsza niż oceniłem ją w pierwszej chwili, mogła mieć najwyżej trzynaście, czternaście lat....
Jasne, drobne loczki wymknęły się widać zębom grzebienia i zdobiły teraz jej czoło złotą kaskadą, kręciły się za maleńkimi uszkami i na smukłej szyi. Usta miała ogromne, podobnie jak i oczy, i przygryzała je nerwowo, marszcząc przy tym łagodne łuki ciemnych brwi.... Zresztą daremny mój wysiłek, bo żadne sło-wa nie są w stanie oddać doskonałego piękna, a taka właśnie była dziewczyna z nad strumienia, doskonale piękna.
–Witajcie panie! A toście mnie stracha napędzili! Jużem mniemała, co jakowyś halaburdnik zakrada się tu ku mnie. Zlękłam się tako wielce, że i sił zbrakło na ucieczkę. Radam co to ino wy– rzekła niespodziewanie, przerywając to ciężkie, dziwaczne milczenie i uśmiechając się przy tym promiennie.
Serce załopotało mi w piersiach, bo ten uśmiech niewątpliwie był przeznaczony dla mnie. Z trudem odrywając ołowiane nogi od podłoża, podszedłem jeszcze bliżej.
–Zatem znasz mnie i wiesz kim jestem! Atoli szczęśliwszaś niźli ja, com nigdy cię nie widział. Skądeś ty krasna dzieweczko? –spytałem z wysiłkiem wydoby-wając głos ze ściśniętego wzruszeniem gardła.
Roześmiała się głośno i opuściła podkasaną spódnicę.
–Nie dziwota coście mnie nie widzieli. Macierz pilnie skrywała przed okiem zamkowych. Nawet lico nakazali mazać smołą, coby rycerze nie uwidzieli żem krasna. Jam z waszego podgrodzia, panie!
–Toż li na podgrodziu bojacie się swego pana? –zdziwiłem się, ponieważ mój rodzic słynął z dobrotliwości i hojności wobec poddanych.
–A gdzieżby! Pan miłościwy i dobry.... Lepszego księcia nie znajdziesz! To in-sza sprawa! Macierz powiadają, co zamkowi okrutnie łasi na wdzięki niewie-ście. Co ładniejsze wezmą i sponiewierają, ano potem odsyłają nazad. Łońskie-go roku trzej moi bracia zginęli w potyczkach z Tatarami u twojego boku, panie i macierz zaprzysięgła sobie, co mnie nie dozwoli iść na zmarnowanie. Jednam ostała moim oćcom i strzegą mnie tera jako oka w głowie– opowiadała mi na-iwnie jak dziecko, a jednak miała rację i nie mogłem odmówić jej matce sprytu.
–Nie może tako być! Honor zamkowego rycerstwa wszak musi być wolen od takowej zniewagi! –zaprzeczyłem tylko dla zasady, bo cóż innego mogłem od-powiedzieć?
–Honor? A juści!!! Honor wojów nie ucierpi ino dziewki z podgrodzia!
Zaskoczyła mnie swoją szczerością i odwagą. W tamtych czasach niewiasty by-ły ciche i potulne.
–A cóżeś ty taka harda?
–Nie hardam, panie ino wiem jako i jest! Ze dwie niedziele nazad moja przyja-ciółka– Ludka zległa pod tobą i tera ociec nie wypuszczają ją z izby... Pono ze wstydu, a przecie winy jej w tym nie stało! Cięgiem ino szlocha i szlocha, a sta-ry Janko nie rzecze o córce inaczej niźli zamkowy wycieruch –odparła z nagłą złością.
–Ludka? Jakosi se nie spominam!
–Cobyście se mieli spominać! Przecie nie pytacie tych dziewek o imię!
–No dobrze, a ciebie jako zwą?
–Jam jest Miłka i nie zabierzecie mnie panie na zamek, do swojej sławetnej al-kowy, co się niom dzieci stracha na podgrodziu niczym upiornicą z lasa. Prędzej powieszę się na drzewie! Atoli śmierć lepsza niźli hańba!
–Dziwacznaś ty dzieweczko, jeszczeżem takowej nigdy nie napotkał.
–A i wyście panie inni niż macierz prawili! Mniemałam coście wilkiem, a jawi-cie mi się jako istny baranek– roześmiała się nagle wesoło.
Zrobiło mi się tak ciepło i błogo na duszy, bo wbrew opinii jaką wpoiła jej o mnie matka, zapragnąłem by Miłka zobaczyła we mnie człowieka honoru.
–I kraśniście tako! Nie wyziera z waszych oczu nijaka pazerność ni lubieżność. Inniście panie niżem myślała! –dodała po chwili, a ja, muszę to przyznać ze wstydem, zarumieniłem się od niespodziewanego komplementu.
–Czyjaś ty Miłko? –spytałem władczo, starając się ukryć czerwoną twarz.
–Znacie panie mojego oćca... To wasz stajenny– Michał. Ino błagam was panie, nie prawcie jemu o naszym spotkaniu. Złoi skórę, jako się dowie!
–Takowym ano groźny dla dziewek z podgrodzia? –poczułem się obrażony, chociaż mówiła szczerą prawdę. Cała ta rozmowa przybierała zły obrót.
–Samiście rzekli panie!
–Ano rzekłem! Ino nie chciałbym cobyś ty Miłko tako mnie oceniała! A na do-wód, żem nie wilk pazerny, wydam ze splendorem za mąż twoją przyjaciółkę i ociec nie będą jej więcej ukrzywdzali! –odparłem podejmując nagłą decyzję.
Nie kosztowało mnie to zresztą zbyt wiele zachodu. Sokolnik –Mścisław wła-śnie rozglądał się za żoną i mogłem mu nakazać prawem pana, by wziął sobie tę nieszczęsną Ludkę. Co za zbieg okoliczności, ze wreszcie udało mi się zapamię-tać imię skrzywdzonej dziewki!
–A miłowanie? Zali odbierasz jej prawo do afektu? Może być co ona obdarzyła nim was! –rzekła popędliwie Miłka , burząc tym samym moją radość z pomyśl-nie rozwiązanego problemu.
Zamilkła jednak zaraz, widocznie zdała sobie wreszcie sprawę z niestosowności swojego zachowania.
–Miłowanie? O czym ty bajesz dzieweczko? Niby co ma jedno do drugiego! –oburzyłem się szczerze, nie widząc żadnego związku.
–Ma panie i nie życzę wam, cobyście się kiedy o tym musieli sami przekonać!
–Próżne gadanie i szkoda tracić czasu po próżnicy! Ocalę zatem Ludkę przed gniewem rodziciela dla twojej Miłko spokojności, jeno co ty ofiarujesz mi w zamian?
–Wdzięczność panie! Dozgonną wdzięczność i miłość!
–Miłość! –prychnąłem gniewnie.
–Pewnikiem będzie to przywiązanie jako i do psa wiernego!
–A jakowa insza chodzi wam po głowie? Może takowa w waszej, słynącej z chuci alkowie? –zapytała z wyraźną kpiną.
–Może i takowa właśnie! –rozgniewałam się w końcu.
–Onej nigdy nie dostaniecie! Nawet i przymuszeniem! –wrzasnęła ze złością, podkasała spódnice i zniknęła wśród drzew.
Nie próbowałem jej gonić, bo i po co? Wiedziałem kim była i gdybym tylko chciał, mogłem nakazać stajennemu, aby przyprowadził mi swoją córkę. A jed-nak tego nie uczyniłem, za to za wszelką cenę starałem się zapomnieć hardą dzieweczkę z nad potoku i dziwną z nią rozmowę.
Przyrzeczenia dotrzymałem i sądzę, że ta niepamiętana przeze mnie Ludka, zna-lazła szczęście w małżeńskim stadle z Mścisławem. Szkoda tylko, że sam nie mogłem zaznać spokoju... Wciąż miałem przed oczyma tę anielską twarz Miłki, wciąż słyszałem jej śmiech, jej komplementy i kpiny. Nie potrafiłem jej zapo-mnieć, wciąż od nowa i od nowa rozważałem wszystko co mi powiedziała tam-tego czerwcowego dnia przed burzą. A jednak nie czyniłem nic, by ponownie ją zobaczyć. Za to uważnie obserwowałem wszystkie dziewki z podgrodzia, które gościły w alkowach rycerzy, by czasem, nie daj Boże, Miłka nie znalazła się wśród nich. Tego nie potrafiłbym znieść! Cieszyłem się nawet ze sprytu jej mat-ki i odczuwałem coraz większy szacunek do tej starej kobiety. W końcu zdałem sobie sprawę z tego, że jestem zakochany do szaleństwa i zacząłem odbywać samotne przejażdżki wzdłuż strumienia, z nadzieją, że może ją spotkam ponow-nie. Miesiąc cały jeździłem tak bezsensownie i wypatrywałem Miłki, ale cier-pliwość została wreszcie nagrodzona.
–Czekałam tu na was panie! Radam co was widzę! –zawołała pewnego dnia dziewczyna wybiegając z zarośli.
–Miłka! –krzyknąłem radośnie i zatrzymałem konia.
–Takem marzył coby cię jeszcze obaczyć!
–Ano i ja wiele o was myślałam... Chciałam was uwidzieć, żeby podziękować za wszyćko! Za Ludkę i za to coście mnie nie chcieli zniewolić, a i za to żeście nie rzekli oćcu o naszym spotkaniu! –wołała jednym tchem.
Prędko zsiadłem z konia i stanąłem obok niej.
–Miłka! –mogłem wypowiadać jej imię bez końca.
–Miłka!
Przyglądała się uważnie mojej twarzy, bez żenady patrzyła mi prosto w oczy. Za tę jedną chwilę oddałbym wszystkie moje życia.
–Co wam to panie? Zaniemogliście? Tacyście bladzi jako upiór cmentarny! Chorzyście? –zatroskała się dziewczyna.
–Chorym Miłko! Chorym z nieludzkiej tęsknicy! –wypaliłem całkiem szczerze.
–A czegóż to wam może zbraknąć? Wasi ociec wszyćko wam do nóg kładą... Wyście dziedzic i jedyny, prawowity spadkobierca! Wszyćko możecie mieć
panie! Chyba że zachciało wam się jakowejś gwiazdki z niebios! –nagłym ru-chem odrzuciła warkocze na plecy.
Złapałem ją za ramię, nie do końca zdając sobie sprawę z tego co robię.
–Pewnaś tedy ostatecznie, co wszyćko w mym zasięgu?
–Pewnam panie!
–A miłowanie prawdziwe? Czyż li mniemasz, że i ono zasądzone mi być musi wyrokiem boskim? –spytałem cicho.
–Toż nie sposób was nie miłować! –zarumieniła się nieznacznie i spuściła wzrok.
–A jeślibym rzekł co ciebie takowo miłuję, to cóżbyś mi odparła? –stawiałem wszystko na jedną kartę, ale czułem, że muszę coś przedsięwziąć, bo nie potra-fię żyć bez niej dłużej.
–Miłujecie mnie tako, jako mąż niewiastę? –zapytała spłoszona, ale uważnie patrzyła w moje oczy. Musiała dostrzec tam całą prawdę, bo dotknęła po chwili mojej dłoni i rzekła pogodnie.
–Dyć ja was miłuję panie, ino nie widzę dla onego afektu przyszłości.
–Miłujesz li mnie prawdziwie? –sam nie wierzyłem w swoje szczęście.
–Ano rzekłam przecie!
Nie bacząc już na nic więcej porwałem ja w ramiona i okręciłem w kółko.
–Dyć ty mnie miłujesz Miłko! Nie skalałabyś przecie ust kłamstwem tako plu-gawym! –cieszyłem się jak dziecko.
–Tak! Tak! Udusicie mnie panie! –wołała wyrywając się z mojego uścisku.
–Miłuję ino jeden jest wielgachny frasunek... Wasz ociec nie dozwolą cobyście mnie brali za małżonkę, a jam sobie przysięgła nie być niczyją dziewką... Prę-dzej śmierć mnie obłapi niźli śpieszny kochanek! –powiedziała nagle z goryczą.
Niczego jeszcze nie rozumiałem, nie zdawałem sobie sprawy z mocy jej posta-nowień, bo dla mnie w tej chwili wszystko było niezwykle proste.
–A kędy ja byłbym onym kochankiem zakazanym?
–Tedy będę wam powolna z radością ino potem słowem zniewolona odejdę, kę-dy bogowie dozwolą i powiodą!
Wyrwała się z moich ramion tak szybko, że przez chwilę szukałem w powietrzu oparcia dla nich. Las stał się jakby ciemniejszy, jakby z nad strumienia uleciała cała radość lata. Niezwykle uroczyście zabrzmiały te słowa i dziwna moc w jej głosie sprawiła, że przeniknęło mnie nagłe zimno. Miłka wypowiedziała się od-ważnie i pewnie, jak przystało na honorowego rycerza, a nie na chwiejną nie-wiastę. Uwierzyłem jej bez oporów, wiedziałem, że niewątpliwie dotrzymała-by przysięgi, a jednak próbowałem walczyć o swoje racje, próbowałem przeko-nać ją , że i bez małżeństwa mogłaby być szczęśliwą.
–Cóż ty bajesz? Jacy bogowie? Przecie jeden ino jest Bóg, tyla, że w trzech osobach! On zakazuje wszetecznych ohydnie myśli o odbieraniu sobie życia... Miłka, nic inszego ino duru się opiłaś!
–Wy wiecie swoje panie, a ja swoje. Mnie nic do was ni wam do mnie! –odparła z godnością.
–Miła moja! Atoli prawiłaś co mnie miłujesz! Takowy twój afekt niestały? Jam ogłupiał aż z miłowania i tęsknicy do ciebie! Nie potrafiłbym brać cię siłą! –znów przyciągnąłem ją do siebie.
Niespodziewanie wtuliła się w moje ciało aż poczułem całą jej kruchość, po-śpieszne bicie serca, ciepły oddech i wiedziałem już, że choćbym i miał umrzeć z niespełnionej miłości, to nigdy jej nie skrzywdzę, ani nie pozwolę na to niko-mu innemu.
–Kędy obaczyłam was pierwszy raz panie, modliłam się właśnie o prawdziwe miłowanie, o to by dobrzy bogowie obdarzyli mnie szczęściem....Potem nie mo-głam przestać myśleć o was... Cięgiem nie mogłam! Kołowało mi się w głowie i stale widziałam waszą twarz.... Ino, że wy nie dla mnie panie! Nie dla mnie! –załkała rozpaczliwie.
–Nie ulitowali się bogowie! Nie dali szczęścia w afekcie! –chlipnęła ponownie.
–Banialuki prawisz! Przecieżem i ja w tobie rozmiłowany okrutnie i to akuratno, tą wzajemność, zwykło zwać się szczęściem –tłumaczyłem wzruszony, gładząc jej wstrząsane szlochem plecy.
–Tedy sprzeciwicie się oćcu i weźmiecie mnie sobie za żonę? –zapytała odważ-nie i spojrzała mi w oczy.
Na jej rzęsach lśniły perliste łzy, usta drżały jej z przejęcia, ale chyba miała wbrew wszystkiemu nadzieję. Rozbawiły mnie te niespodziewane oświadczyny w wydaniu skromnej dzieweczki z podgrodzia. Nikt z jej znajomych nie uwie-rzyłby do czego była zdolna i jaką miała odwagę. Nie myślałem o tym wcze-śniej, w ogóle taka myśl nie zaświtała nawet w mej głowie, ale teraz pod wpły-wem chwili, podjąłem nagłą decyzję.
–A chciałabyś nią ostać? –uśmiechnąłem się bezwiednie.
–Kpicie sobie ze mnie panie? –oburzyła się i postąpiła krok do tyłu.
Oczy jej przygasły i cała jakby zapadła się w sobie.
–Gdzieżbym śmiał! –powiedziałem szybko, nie mogąc znieść jej udręki.
–Twojej odwagi starczyłoby dla trzydziestu rycerzy! Zatem ostaniesz moją żoną Miłko? –spytałem już zupełnie poważnie.
I wtedy Miłka rozkwitła, a wraz z nią poweselała cała puszcza. Wszystko stało się piękniejsze, bardziej kolorowe i wyrazistsze. Na powrót usłyszałem śpiew ptaków, łagodny poszum wiatru w drzewach i szemranie strumienia.
–Ostanę i miłować was nie przestanę póki życia starczy! –krzyknęła radośnie i rzuciła mi się na szyję.
Pocałowałem ją ostrożnie.... jeden jedyny raz...
Mijają lata, wieki, a ja wciąż noszę w sobie wspomnienie tego pocałunku.



Nie uczyniłem Miłki swoją żoną, nie zakosztowałem z nią miłości, chociaż uczyniłem wszystko co w ludzkiej mocy, by tak się stało.... Dzisiaj nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie nawet, jakie musiałem pokonać przeszkody, by uzyskać w końcu zgodę na ten mezalians. Okazało się, że ojciec wcale nie był największą z nich. Niby słowo księcia pana stanowiło dla wszystkich prawo, ale niestety ponad tym prawem stała moja matka. Dumna i pyszna księżna miała już nagrany dla mnie odpowiedni mariaż i w żaden sposób nie chciała się pogodzić z myślą, że nie dojdzie on do skutku. Na całe tygodnie zatruła ojcu życie i w końcu cofnął daną mi zgodę, ale to i tak nie miało już wtedy znaczenia.... Nic nie miało znaczenia, bo Miłka odeszła do swoich bogów, do tych pogańskich bożków, których roli nie doceniałem, ba, nawet nie dostrzegałem w jej życiu. Mogłem się przecież domyślić, że była poganką, nie kryła się z tym przede mną, ale jakoś dziwnie umykało to wtedy mojej uwadze... A może po prostu nie chciałem przyjąć tego faktu do świadomości? Nie wiem! Jednego jestem za to pewien, moim przeznaczeniem jest przeklęta, wieczna pamięć!

Przez cały czas starałem się przypodobać ojcu, wykonywałem pilnie jego polecenia, by przekonać go o mojej rozwadze i dorosłości i o tym, że mi-łość do Miłki nie jest tylko młodzieńczą zachcianką nieprzyzwyczajonego do odmowy zuchwalca. Przekupieni, czy też zastraszeni przez moją matkę rodzice dziewczyny pilnowali jej tak, że nie dane nam się było więcej spotkać. Zako-chany do szaleństwa tęskniłem za nią ogromnie i nawet nie wpuszczałem do swojej alkowy usłużnych dziewek. Wierzyłem, że w końcu mój rodzic oceni właściwie uczucie swojego jedynaka i nie będzie chciał go unieszczęśliwiać. Nie potrzebny był mi wielki posag przyszłej żony, sam byłem dostatecznie bo-gaty i pozostawał już tylko problem książęcej krwi. Ojciec nie należał do pazer-nych, ani chciwych tak jak matka, ale ta krew bez domieszki wielkości, nie da-wała mu spokoju. Miałem nadzieję, że któregoś dnia pokonam jego opór....
Tymczasem szykowaliśmy w tajemnicy zbrojną akcję przeciwko pogań-skim gusłom w noc świętego Jana. Już wielokrotnie sandomierski biskup zwra-cał ojcu uwagę, że na terenach jego włości nadal mocno zakorzenione są grzeszne, pogańskie praktyki i najwyższa pora to ukrócić. Wyraźnie dawał mu do zrozumienia, że jedynie krew może zmazać tak ohydną obrazę Boga. Książę obiecał, że wkrótce się tym zajmie, ale jakoś nie kwapił się ze spełnianiem obietnicy. Rozważnym człowiekiem był mój ojciec, a okrucieństwo nie leżało w jego naturze. Twierdził, że ludzie jeszcze nie ochłonęli po najeździe Tatarów w 1258 roku pod wodzą sadystycznego Berke– chana, że morze krwi, które wtedy popłynęło powinno wystarczyć na odkupienie win na długie, długie lata. Ma-leńka garstka pogan nie stanowiła żadnego zagrożenia dla chrześcijańskiego kraju, a tym bardziej dla coraz potężniejszego Kościoła. Władze kościelne sądzi-ły widać inaczej, bo tydzień przed Sobótkami odwiedził nasz zamek legat papie-ski ze zbrojną drużyną i nakazem od samego papieża, by książę udzielił mu go-ściny i wsparcia w ostatecznej rozprawie z czcicielami dawnych bóstw.
Na samym szczycie Łysej Góry walały się jeszcze pozostałości ruin słowiańskiego Chramu trzech, potężnych bóstw: Body, Leli i Lady. Tam też każdego roku zbierali się, niby w wielkiej tajemnicy, a jednak wszyscy o tym wiedzieli, wierni wyznawcy dawnego kultu i oczekiwali cudownego powrotu swoich bogów. Odwiedziłem kiedyś to miejsce i muszę przyznać, że miało w sobie coś niesamowitego i tajemniczego. „Płaczące kamienie”, nawet podczas upalnych dni, nie dały się wtedy wytłumaczyć w żaden racjonalny sposób. Dzi-siaj wiem, że to zjawisko wywołuje swoisty mikroklimat, ale tamtego dnia czu-łem się zupełnie oszołomiony. Krople rosy na rozgrzanych słońcem kamiennych pozostałościach dawnego Chramu rzeczywiście wyglądały jak łzy. Starzy lu-dzie powiadali, że te kamienie żyją i płaczą z żałości nad niestałością ludzkich uczuć i nad ich zdradą. Atmosfera tego miejsca wywoływała dreszcz lęku, a wi-cher, który zawodził opętańczo w koronach starych drzew, przenikał na wskroś. Niesamowity szczyt! Może wspomnienie mojej wcześniejszej tam bytności sprawiło, że zdecydowałem się wziąć udział w wyprawie legata. Ojciec nie był takim szaleńcem, widać wiedział co się tam będzie działo i wymówił się niespo-dziewaną chorobą. Leżał na łożu, okryty skórami po samą szyję, choć w komna-cie było tak duszno i parno, że komary padały w locie. Gdy ktoś się zbliżał, za-czynał demonstracyjnie kasłać i wciąż żądał ziołowych naparów.
–Nie jedź, synu! –szeptał prawie bezgłośnie i trwożliwie rozglądał się na boki, jakby szpiedzy legata cały czas nas podsłuchiwali.
Akurat! Cztery ukochane psiaki ojca nie odstępowały łoża na krok a i nikt nie-powołany nie miał prawa wstępu w okolice ich węchu. Śmieszyła mnie ta dzi-waczna postawa, przecież rodzic mój do tchórzliwych nigdy nie należał.
–Mam zlec obok was, ojcze i takoż zachorzeć? –roześmiałem się cicho.
–Nie jedź i basta! Upij się, udaj żeś z miodem przeholował, zrozumieją, boś młody!
– Ojcze! Kiedy jam ciekaw onej wyprawy! –broniłem swojego stanowiska.
– Zakazać ci nie mogę, ino proszę, byś nie jechał, Janisławie! Nie jedź!
Nie posłuchałem niestety... Sam się sobie dziwię, jak mogłem wcześniej nie za-uważyć, że przedstawiciel papieża był opętany nienawiścią, a towarzyszący mu orszak rycerzy składał się z podobnych desperatów. Wszyscy oni byli niewąt-pliwie zaprawieni w takich bojach, gdzie ryzyko utraty życia bywało mniej niż znikome. Musieliśmy wystawić drużynę naszych rycerzy, ale ci którzy tam byli i widzieli całą potworność rzezi, nigdy już nie powrócili do normalności. Po powrocie trzech naszych popełniło samobójstwo, a reszta nie wypuszczała z ręki pucharów z miodem i piwem. Nie było z nich większego pożytku, bo systema-tycznie i jakby celowo zapijali się na śmierć. Wszyscy uczestnicy tej wyprawy skończyli zresztą marnie...
Nie wiem czy mój ojciec mógł to przewidzieć, ale wysłał z legatem jedynie piętnastu rycerzy, chociaż mógł sobie pozwolić na trzy razy tyle, a mnie do ostatniej chwili wielce odradzał tę wyprawę. W imię Boga i Krzyża działy się na Łysej Górze takie potworności, że opowieści dziadka o prastarych czasach, kiedy to podobno człowiek był bardziej okrutny i pierwotny, wydały mi się baj-ką dla niegrzecznych dzieci... Taką sobie bajeczką by zbytnio nie przerazić wrażliwych serduszek.... Rozumiecie?
Widziałem! Widziałem osobiście i choć może nie była to masakra na szeroką skalę, jednak jej okrucieństwo przerasta wszystkie znane mi pogromy, bo ja tam wtedy byłem!
W liczbie czterdziestu, dobrze uzbrojonych rycerzy podjechali-śmy znienacka w pobliże szczytu góry, a dalej skradaliśmy się pieszo, by zasko-czyć niczego nie spodziewających się ludzi. Nie było ich znowu tak wielu, może ze dwieście osób, bo tyle trupów naliczyli dumni rycerze Kościoła. Zapadał zmierzch, żałośnie zawodził wiatr a wierni starej tradycji siedzieli przy ogni-skach i śpiewali swoje nabożne pieśni. Oczekiwali na cud, na jakiś niewyobra-żalny powrót przepędzonych przez Chrześcijan swoich bogów.

Bogowie naszych praojców!
Bogowie nasi i naszych dzieci!
Bogowie wieczni i nieśmiertelni!
Bogowie czasu i śmierci!
Okażcie swą moc!
Tchnijcie siłę w swych wiernych!
Porychlijcie swój powrót!
O, wróćcie do nas w swej potędze!!
Ukażcie zdrajców!

Co właściwie mogła komuś szkodzić ta pieśń i ich wierzenia? Jeśli o mnie cho-dzi, mogli tak sobie siedzieć i śpiewać do skończenia świata! Zupełnie nieszko-dliwi maniacy religijni, a to że czekali na powrót bóstwa, było tylko sprawą ich irracjonalnych pragnień... Kościół uważał jednak inaczej!!!
Na znak legata rozpętało się istne piekło. Zwyczajni, przerażeni wieśniacy nie mieli żadnych szans w potyczce ze zbrojną drużyną. „Płaczące kamienie” spłynęły krwią, pieśń urwała się nagle i słychać było jedynie pojedyncze, rzężą-ce wezwania pogańskich bogów.
Mój Boże!!! Tam były w większości kobiety i małe dzieci! Rozpoznałem wielu naszych poddanych. Widziałem moich przyrodnich braci, bękarty ojca, niepełnoletnie i bezradne przybijane do okolicznych drzew. Odcinane głowy na „płaczących kamieniach” spadały i patrzyły na mnie ze śmiertelnym, ale już martwym zdziwieniem.
–Ratujcie, panie mój! Nie dozwólcie usiec! –krzyczała uciekając ku mnie młoda dziewka, ale dłoń papieskiego wojownika rozpłatała jej brzuch.
Znałem ją! Wiele razy dogadzała mi w alkowie... Cóż z tego, że poganka? Była taka uległa, wesoła i niezwykle piękna. Nie umarła tak od razu! Wnętrzności wysypały się prawie na ziemię, a ona nadal żyła! Wiła się w boleściach i zdu-miona próbowała powstrzymać przed wypadnięciem potok krwawej masy ze swojego brzucha. Oczy zachodziły jej już bielmem śmierci, ale wciąż patrzyła
na mnie z żalem.... Nie potrafiłem stamtąd odejść chociaż nie mogłem jej już pomóc, jej, ani nikomu innemu!
–Jako cię zwą? –spytałem podtrzymując jej głowę.
–Stafka, panie... Macierzy powiedzcie! I przeklinam was i księcia pana, żeście do tego dopuścili! Niechaj po kres waszych dni ściga was zemsta zdradzonych bogów! –z tym przekleństwem na ustach skonała.
Byłem rycerzem i łzy nie miały prawa pojawiać się w mych oczach, a jednak dusza wyła i skowyczała z żalu....
Rozdzierające krzyki mordowanych i gwałconych zagłuszał mistyczny, jak zaw-sze, wiatr Łysej Góry. Zawodził opętańczo jakby wszystkie biesy z piekieł zna-lazły wreszcie swoje miejsce na ziemi. Jestem pewien, że nie było tam wtedy żadnego Boga, bo żadna Istota Wyższa nie byłaby w stanie znieść obojętnie tej masakry. Niewątpliwie królowało Zło i syciło się swoim zwycięstwem nad ser-cami ludzi.
W ferworze mordu zamkowy rycerz– Gniewko odciął głowę swej siostry –Luby i zaraz potem, po zrozumieniu tego fakty, powiesił się na pobli-skiej jodle. Dyndał sobie na wietrze, a jego zbroi spływała siostrzana krew...
Ośmioletni może brzdąc czołgał się w moją stronę na rękach, bo nogi niestety miał obcięte, znaczył swoją drogę czerwoną strugą i krzyczał w panice:
–Panie! Ratujcie! Wyście przecie moim bratem!
Papieski zbir ściął mu głowę, nim przywlókł się bliżej.
Starą kobietę posadzono na ognisku i dla uciechy ciągle dokładano drew... Pło-nęła żywcem! Swąd palonego ciała wywołał u mnie mdłości... Nie mogłem już znieść tego dłużej! Oparłem się o skrwawiony kamień i wymiotowałem, nie zważając na ujmę na honorze, jaką to ze sobą niosło. Kiedy udało mi się wresz-cie unieść głowę, pierwszą rzeczą, jaką ujrzałem, była moja Miłka...

Zbyt piękna, by można było zabić ją tak od razu! Gwałcili ją, a że bro-niła się ostro i zaciskała widocznie uda zbyt mocno, odcięli jej jedną nogę! Le-żała nieopodal...
Boże Mój! Ci rycerze gwałcili już trupa! Resztka sił usiekłem ostat-niego, który prawie kończył i spojrzałem na posiniaczoną twarz tej, która nie mogła już zostać moją żoną, tej dla której byłem gotów wyrzec się każdej wia-ry.... Ona uśmiechała się bez bólu i patrzyła martwym wzrokiem w bezchmurne, nocne niebo, może widziała tam swojego Boga?
Nie było nawet najmniejszej chmurki, skąd więc wziął się ten opętańczy wiatr? Tak jasno świeciły gwiazdy, poświata księżyca odbijała się w błyszczącej krwi płaczących kamieni. Może tym razem one płakały krwią? Stara niania opowia-dała mi kiedyś bajkę o bogu księżyca –Chorsie, który miał najpiękniejszą na świecie córkę –Łunę a ona zakochała się w zwykłym śmiertelniku. Za karę mu-siała wiecznie pilnować, by dusze dziewic nie zostały zabrane przez boga śmier-ci Niję do krainy zmarłych Nawi, ale musiała je zamieniać w gwiazdy, aby wiecznie rozświetlały mroki nocy. Nie wiem dlaczego o tym pomyślałem... Nie wiem, może z bólu, że mojej Miłce nawet po śmierci nie będzie dane zostać ja-sną gwiazdką.... A może chciałem przywołać na pomoc nawet baśniowych bo-gów?
Wziąłem na ręce okaleczone ciało i uniosłem wysoko do góry...
–Tego chciałeś Chryste? Nie wystarczył ci ból ukrzyżowania? –ryknąłem ostat-kiem sił, a potem osunąłem się w ciemność.
I ta ciemność towarzyszy mi już siedem wieków... Cyfra siedem w pewien spo-sób uznawana jest za szczęśliwą i magiczną, kończy się tysiąclecie.... Może
więc nadchodzi pora, by odebrano mi pamięć tamtego wcielenia, tamtej miłości i pozwolono żyć zwyczajnie? A może oddano by mi Miłkę?
Pamiętam wszystkie swoje inkarnacje i chociaż żyłem już pięć razy, a różne koleje losu wpędzały mnie z jednej skrajności w drugą, to jednak tylko raz, tam i wtedy, czułem prawdziwą miłość, uczucie, które z niczym nie da się porównać...
Wiem, że nikt nie jest w mocy, zawrócić biegu czasu, ani przenieść mnie nad tamten strumień do 1264 roku, w ramiona Miłki z podgrodzia, ale mam nadzieję na ponowne jej spotkanie. Skoro ja wciąż wędruję po tym świe-cie, zmieniając tylko ciała i epoki, sądzę, że i ona gdzieś tu jest! Przecież nawet Łuna nie miała prawa uczynić ją świetlistą gwiazdą. Starą baśnią wciąż tłuma-czę sobie istnienie mojej Miłki w moim czasie

Poznałbym ją przecież od razu, kimkolwiek by była i jakiekolwiek posiadałaby ciało... Ona również by mnie natychmiast rozpoznała...
–Wreszcie cię odnalazłem Miłko! –zawołałbym krztusząc się ze wzruszenia.
–To naprawdę ty, Janisławie? –szepnęłaby ona i rzuciłaby się w moje ramiona.

I to właściwie wszystko, taki jest mój scenariusz najbardziej romantycznego spędzenia Dnia Zakochanych.
Śmiejecie się teraz zapewne z mojej infantylności i dziecinnych marzeń, a i mnie chce się śmiać, gdy przeczytałem swój list ponownie....
Cóż, nie jestem pisarzem i idiotycznie przedstawiłem moje ówczesne życie! Trudno, inaczej nie potrafię. Jednak kiedy przestaniecie już ze mnie kpić, to przypomnijcie sobie o tym, że każdy ma prawo do marzeń, nawet tych najbar-dziej dziwacznych, tak samo jak każdy ma swoje własne piekło w sobie... Za-pewniam Was, że pamięć jest tym najgorszym z możliwych, a to wszystko zda-rzyło się naprawdę!
Dziękuję za przeczytanie mojego listu....

Z poważaniem:
Janisław...”



Kiedy Anna skończyła czytanie, wszystko w niej i wokół niej uległo wreszcie radykalnej przemianie... Teatr drgających cieni zmienił się w poczekalnię dwor-cową skąd odjeżdżały pociągi w realne życie, a ona sama przestała być epizo-dyczną aktorką i stała się podróżniczką oczekującą na swojego towarzysza, by wyruszyć w razem w niekończącą się wyprawę w czasie.
–Odnajdziemy się, Janisławie. Teraz jestem tego zupełnie pewna –wyszeptała Miłka z podgrodzia i uśmiechnęła się do swoich marzeń.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Messalin Nagietka



Dołączył: 19 Sie 2005
Posty: 270
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Mazowsza Północnego

PostWysłany: Sob 16:47, 11 Lut 2006 Temat postu: Odpowiedz z cytatem
jajć! już zabieram się do czytania!
MN
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Messalin Nagietka



Dołączył: 19 Sie 2005
Posty: 270
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Mazowsza Północnego

PostWysłany: Pon 11:18, 13 Lut 2006 Temat postu: Odpowiedz z cytatem
niesamowita hostoia!!!!!!!! kurczaki, no nie wiem co napisać - UKŁONIKI WIELKIE DLA PANI SŁAWY!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
MN
ps. później napiszę wrażenia
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
christine
Administrator


Dołączył: 14 Sie 2005
Posty: 1417
Ostrzeżeń: 0/5


PostWysłany: Pon 14:32, 13 Lut 2006 Temat postu: Odpowiedz z cytatem
Jej, świetnie napisane, ale długie, nie mam czasu wszystkiego przeczytać. Wrócę, na pewno Smile
W ogóle mam dla was ogromne uznanie, za to co robicie Smile
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Sława



Dołączył: 02 Lut 2006
Posty: 54
Ostrzeżeń: 0/5


PostWysłany: Wto 10:32, 14 Lut 2006 Temat postu: Odpowiedz z cytatem
Dziękuję, że zajrzeliście Very Happy... wiem, że długie a z monitora źle się czyta Sad
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
ella_hagar



Dołączył: 27 Sie 2005
Posty: 151
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Wto 12:03, 14 Lut 2006 Temat postu: Odpowiedz z cytatem
Sławo, Sławo! Napisałaś świetne opowiadanie. Piękne. Wspaniały pomysł i realizacja. Podoba mi sie.
Po prostu umiesz pisać! Smile))) I nic dodam, nic ujmę, bo słów już nie mam. Będe się od ciebie uczyć teraz. Smile Ty już coś publikowałaś poza netem z prozy?
Pozdrawiam. Smile

A w ogóle dziewczyny-słowianki - to świetny pomysł z tą słowiańszczyzną i z mitologią Słowian. Wszak my, Słowianie nie gęsi i swoje mity mamy.
Mam takie wrażenie, że cała ta mitologia i wierzenia zostały wyklęte i jako pogańskie usunięte z życia. Mało sie o tym pisze, mało jest o tym do czytania. I wstydliwy to raczej problem.
A mitologia grecka, rzymska czy egipska kwitnie i ciągle na piedestale. Wiem, może tamte są bogatsze, może mądrzejsze, może nie przepędzone i wyklęte, może to te 40 wieków, co patrzy na nas.
A może dlatego, że tam nie było czarownic? I nikt nie palił na stosie westalek rzymskich...Razz ???

Się dołączam i chyba coś napiszę w temacie... Smile

Miłych walentynek, miłe panie Słowianki
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
hewka



Dołączył: 14 Sie 2005
Posty: 716
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z nad morza

PostWysłany: Czw 23:08, 16 Lut 2006 Temat postu: Odpowiedz z cytatem
Jestem pod wrazeniem, piekne i czyta sie dobrze choc z monitora.
Jutro zajrze jeszcze bom dzis w chaosie:)
Pozdrawiam serdecznie Autorke:)
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Numer Gadu-Gadu
Sława



Dołączył: 02 Lut 2006
Posty: 54
Ostrzeżeń: 0/5


PostWysłany: Pią 13:54, 24 Lut 2006 Temat postu: Odpowiedz z cytatem
Dziekuję za nader pochlebne opinie:)
Ella Hagar czekam na Twoje opowiadanie.
Pozdrawiam
Sława
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Odwiedź stronę autora
Post przeniesiony: Sława - Dowód...
Forum Strona Główna » PROZA
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  

 


This is a free forum service provided by power-forums.com



Powered by phpBB © 2001-2004 phpBB Group
phpBB Style by Vjacheslav Trushkin