| Plezantrop |
|
 |
 |
| Dołączył: 13 Wrz 2005 |
| Posty: 530 |
| Skąd: A któż to wie... |
|
|
 |
 |
 |
|
Pracownia mieściła się przy ulicy Jana z Kolna w olbrzymim podwórzu odrapanych z tynku kamienic, postawionych na początku 1907 roku. Słowo „pracownia” w odniesieniu do tej maleńkiej komórki, dawnego składziku czy piwniczki pasuje jak kurwie aureola - nobilitująco. Wspomnienia zazwyczaj nobilitują, a to przecież są wspomnienia, więc mają właściwości nobilitujące. Jakby powiedział Konfucjusz: „Prawdziwe historie istnieją tylko dzięki fikcjom”, więc znajdziesz tutaj nieco fikcji, ale tylko w ilości niezbędnej dla zaistnienia prawdy. A poza tym, mój Drogi, kto to słyszał żeby zupę żółwiową robić z żółwia? Jest na głowiźnie, więc sam rozumiesz...
Ewie za miłość,
Wojtkowi - za 40 lat przyjaźni
Jana z Kolna biegnie równolegle do murów okalających Stocznię imienia Lenina. To była od zawsze ulica na wskroś robociarska, czego sąsiedztwo Stoczni oraz architektura i nazwa sąsiedniej ulicy - Robotnicza dowodzą najlepiej. Dowodzą też, że stoczniowiec od zawsze zapierdalał ciężko, zarabiał mało, przy tym żarł byle co, a pił - jak żarł. No i umierał, jak pił i żył. „A cóż jest śmierć? Świerszczem jeno” zapisał Johann z Quito w swoim „Bestiarium”. Miał rację.
Na Jana z Kolna nie czytało się poezji; tu się mieszkało, kopulowało, spało, chlało i kradło, w wolnych chwilach bijąc matki, żony, kochanki i dzieci a czasami mordowało sąsiada czy zbłąkanego wędrowca. Dla flaszki, zegarka albo ot, z nudów i dla draki, żeby fajno było. I fajno było...
Wchodziłeś w mroczną, zaszczaną bramę omijając śmietniki, pijaczków i parszywe kundle, wychodziłeś na zalaną słońcem przestrzeń brudnego piachu, otoczonego z trzech stron niebotycznymi ścianami z cegieł wydrylowanych z tynku. Na tym piachu wyrosło wbrew zawieruchom losu kilka olbrzymów-kasztanowców, kępki rachitycznych traw i jakieś krzewy samosiejki. Śnieguliczki? Może śnieguliczki, a może forsycje; cholera je tam wie. Z okien zwisało szaro-bure pranie, spod niego wyglądały dziwne twarze: damskie, opatrzone tlenionymi kokami albo męskie, rodem z katalogu zboczeń a wszędzie uwijały się hordy rumianych jak śledzie dzieciaków. Tylko po wrzaskach i oszalałym galopie można je było odróżnić od tych, które zdążyły powiększyć grono aniołków na pobliskim cmentarzu przy Oliwskiej Bramie.
Gdzieś tak na jesieni 1969 roku Wojtek Mazur otrzymał ksywę „Filip”, która była wynikiem reakcji uczuleniowej na tekst jaki kiedyś wygłosił. Mówił o sztuce, a staliśmy wtedy w klatce schodowej przy Podwalu Staromiejskim 109/112/c, pijąc z butelek owocowe wino za dwadzieścia jeden złotych plus dwa zety na SFOS czyli - Społeczny Fundusz Odbudowy Stolicy. Prawdą jest, że w „przedmiocie odbudowy Stolycy” sporo dołożyliśmy do cegieł i zaprawy, więc w dowód wdzięczności Warszawiacy powinni się nam zrewanżować nazywając jakąś stołeczną, maciupką uliczkę albo zaułek Ulicą Chłopaków z Gdańskiego Podwala czy Zaułek Chłopaków z Gdańska. No, mniejsza; obejdzie się. Bóg z nimi!
Ten tekst, który cudownie zamienił Wojtka na Filipa dotyczył Caravaggio, ale że piliśmy tanie owocowe wino więc to nie była właściwa chwila ani kompania żeby gadać o pacykarzach, nawet największego kalibru; chłopaki nie byli na takie teksty przygotowani duchowo.
- Wyrwał się, jak Filip z konopi! Zarechotał Andrzej Bejnarowicz a jego starsi bracia - Jasio i Stasio i reszta koneserów w składzie: spec od tatuaży Kuba Sobusiak, moja miłość - malutka, ale fantastycznie cycata Renata Różańska, Irka Mankiewicz, Jurek Kłobucki, Marian „Zielonka” i ja przyjaźnie zawtórowaliśmy. I tak się porobiło, że właśnie w owej mistycznej chwili Wojtek przestał figurować w rejestrach niebieskich jako bezkształtny, prozaiczny Wojciech, a narodził się artysta uskrzydlony jak Pegaz - Filip.
Filip doznał porażenia na widok mumii księżniczki egipskiej, którą zobaczył w Muzeum Archeologicznym na pięknej ulicy Mariackiej. Księżniczka była z ważnej dynastii ale bezimienna, za to tu i tam po egipsku kolorowo malowana i Filip zobaczył, „jak się te kolory na niej kochają”. Nie zmyślam, tylko cytuję, bo tak właśnie powiedział. No, a jak zobaczył seks tych kolorów, to go poraziło i właśnie w tamtej chwili ostatecznie stał się Malarzem. Noż, kurwa! Czy ja nie napisałem wyraźnie, że to właśnie w TAMTEJ chwili stał się malarzem? Napisałem wyraźnie! Dlaczego to takie istotne? Bo właśnie od tamtej chwili Filip już niczego innego nie robił, tylko malował. Oczywiście, jeszcze jadł, defekował i szczał; pił, palił, pieprzył dziewuchy, chodził na spacery śpiewając pod nosem „Słońce, słońce w ramionach...”, wariował, dyskutował i robił wiele różnych, bardzo fajnych i całkiem do dupy rzeczy, ale tak naprawdę nie robił niczego innego, tylko malował. A jak nie malował, to szkicował to, co miał zamiar namalować.
Napisałem w którym momencie Filip stał się malarzem bo kiedyś, kiedy już umrze i będzie zupełnie nieżywy, zechcą o nim pisać w ważnych gazetach. I będą jak te głupie zamieszczać fotografie jego obrazów i jego samego na tle jakichś sosen, paproci, grzybów i fikusów. Jego samego albo z żoną Zosią, synem Krystianem, córkami Anią i Marysią a nawet (co nie daj Bóg!) na tle jakichś gołych modelek, czy jak siorbał żurek albo karmił łabędzia na Motławie, gruntował płótno, pił ze mną wódkę a hordy nikomu nieznanych kutasów będą się chwalić znajomością z nieboszczykiem-artystą. Będą o nim mówić: „Nieboszczyk był moim serdecznym Przyjacielem” albo „Pamiętam, że to ja wskazałem mu właściwy kierunek” oraz „W tym oto parku oddałam się Mistrzowi”, a jakiś komornik powie ze łzami w oczach: „Ja panu Wojciechowi umarzałem, bo on twórca był!” I wtedy na pewno jakieś mendy napiszą w pośmiertnych panegirykach na cześć Wojciecha-Filipa coś w tym stylu: „Już od dziecka mały Wojtuś pragnął zostać malarzem, jak ten pan Rembrandt”, a ja wówczas (o ile dożyję) będę musiał wziąć i iść i wystrzelać jednego z drugim skurwysyna po pyskach. A po co mnie na stare lata policja na karku i kłopoty z sądami? Czy ja mam za mało problemów z astmą, osteoporozą, zawrotami głowy, byłymi żonami i kochankami?
Więc Filip był malarzem już ładny kęs czasu i zdawało się, że nie brakło mu niczego, jak temu panu w Psalmie 23. Ale to nieprawda - brakło mu pracowni, bo w jego mieszkaniu No 4/a poza nim, co oczywiste, była jeszcze mama Wojtka zwana familiarnie Panią Bożeną i Wojtka babcia - nobliwa Madame Salomea, przez uszanowanie określana jako Babcia Wojtka. Madame Salomea w Grudniu 1970 roku na widok strzelających czołgów dostała udaru i po tym wszystkim już tylko patrzyła bezradnie w sufit w oczekiwaniu na masaż odleżyn, owsiankę i przewijanie. Była jeszcze Ewa-poetka o drżącym, nieśmiałym głosie, przez Wojtka określana lakonicznie: „moja Siora” oraz ich pies, biały szorstkowłosy kundel o głębokomorskim imieniu Meduza. Wyłącznie z obywatelskiego obowiązku informuję, że poza wymienionymi powyżej lokatorami, na metrażu mieszkania numer 4/a nielegalnie przebywał najprawdziwszy posrebrzany tulski samowar z wtopionym nad kurkiem wianuszkiem najprawdziwszych carskich, złoconych medali. Medale nie były za odwagę czy wojnę z Japończykiem w 1905, tylko za nadwyraz piękne kształty samowara. Wprawdzie od lat siedemdziesiątych nie było wichrów wojny (poza tą ruchawką jaruzelską w osiemdziesiątym pierwszym), ale i tak samowar poooooszedł się jebać razem z kurkiem i medalami, a gdzie - nie zgadniesz!
Ja wiem i Ty wiesz, że jak się wtedy nie miało pracowni i co najgorsze - pieniędzy na jej wynajęcie, to albo się szło do lasu na Oliwską Bramę i wieszało na buku mając przed oczyma niezapomniany widok na Stocznię i dźwigi, albo (jak ten uprzejmy student Raskolnikow) zabijało się jakąś lichwiarkę czy inną bogobojną niewiastę żeby zdobyć pieniądze i poczesne miejsce w pitavalach. No, a w najgorszym przypadku to się szło do roboty w piekarni starego Pellowskiego, rodzonego ojca naszego szkolnego kolegi Grześka tam, przy zbiegu Podwala Staromiejskiego i Igielnickiej albo na ulicę Czopową do firmy „Dagoma”, układać świeżutkie jabłole w drewnianych skrzynkach. Ale tak czynili w owych pięknych czasach tylko degeneraci a nie ludzie sztuki. Wszyscy, ale na pewno nie Filip, malarz obrazów na płótnach.
Zapytasz Szlachetny Podróżniku, co w tej sytuacji zrobił Filip? Ano, wziął ci on i pogadał z sąsiadami i dali mu oni pozwolenie na pacykowanie, picie wina, dymanie dziewuch i robienie różnych innych fajnych rzeczy w ichnim składziku pod kasztanowcem, a wszystko bezpłatnie i bez ograniczeń etyczno-moralno-prawnych. Była wtedy piękna wiosna ubiegłego, dwudziestego wieku, rok mniej więcej 1973, kiedy to w najlepsze kwitły sobie pospołu: kasztanowce, komunizm i beznadzieja.
Pracownia wyglądała jak brudny grzyb i tkwiła zaraz na lewo od wylotu bramy; ot, przybudóweczka z ciemnoczerwonej cegły z daszkiem krytym papą. Miała drzwi z desek i skobel z kłódką zamiast Yale, a okrywał ją miłym cieniem gigantyczny kasztan, rozpościerając wspaniałe konary. Wchodziłeś pochylając głowę i schodząc po trzech obitych z cementu schodkach już byłeś w środku na wspaniałej, ruchomej podłodze z ceglanego gruzu, a tam czekały na ciebie: stęchlizna, mysie odchody i smród kocich sików. Wewnątrz panował cudowny rembrandtowski półmrok, bo Filip natychmiast zamalował wapnem okno gdyż zaczynało się na poziomie gleby ukazując wyłącznie brudny piasek, pobite flaszki i dżdżownice wijące się beztrosko wśród perzu. W kąciku wprawdzie był jeszcze otwór wentylacyjny czyli wakans po dwu cegłach ale przez ten wakans można było zobaczyć co najwyżej kawałek nieba, potrzaskane tynki, szczającego menela albo - jak się miało fart wieczorową porą - jak w mieszkaniu na parterze ładniutka szesnastolatka stoi w wannie pokazując cycki. Resztę dzieweczki można sobie było powyobrażać, więc plan amerykański wcale nam nie wadził.
Oczywiście, kiedy Filip raz wszedł do piwniczki, to już z niej nie wyszedł aż przemienił ją wapnem i miotłą, młotkiem i piłą, wodą i proszkami w prawdziwe atelier prawdziwego malarza, takie ze sztalugami, kasetami na farby i pędzle, półkami na butle z terpentyną, olejem lnianym, rozpuszczalnikami i cholera wie, czym jeszcze. Zniknął odór samotnych nocnych zwierząt, nadgniłych kartofli i pordzewiałych rowerów i nastał czas Człowieka Renesansu. Na parapecie tego zamalowanego okna ustawił Filip stare radio i choć już nie było na co patrzyć, to było czego słuchać: zapalało się magiczne oko i płynęły sobie wiersze Vasco Popa, Baczyńskiego, Whitmana, Leśmiana czy Eliota, różne słuchowiska teatralne czy piosenki w wykonaniu Pani Demarczyk, bardzo chętnie „Jaki śmieszny jesteś pod oknem” lub „A może byśmy tak, Najmilszy”. No, że do Tomaszowa by.
Z Filipem w Pracowni na czas jakiś zaegzystował niejaki Paparuch, który malował obrazki o nieustalonych formach i mglistych treściach, a po nauki chadzał do Ryśka Stryjca. Niebywale trudno jest ustalić, kim chciał Paparuch zostać gdy już będzie duży, gruby i wysoki poza tym, że pragnął objawić się Urbi et Orbi jako Paparuch szeroko znany i bardzo ceniony. Że jakimś twórcą, to pewne, ale czego? Tylko jeden Bóg wiedział i oczywiście sam Paparuch, ale nie jestem pewien czy w takiej właśnie kolejności należało uszeregować posiadaczy tajemnicy. Mieszkał sobie i mieszkał Paparuch, aż tu pewnego wrzosowego poranka Filip obudził się, zaszedł do Pracowni i - patrzajcie no tylko! - już nie zastał Paparucha! Żeby znaleźć swoje miejsce pod słońcem wyjechał ci on na kraj świata, czyli do Rajchu.
Bywali w Pracowni tacy ówcześni koryfeusze i luminarze, jak choćby drewnianoręki poeta-malarz Miecio Czychowski, archimandryta ceramiki i rzeźby Buni Tusk, kolorysto-kubista Lutek Chmura, grafik niedościgłego kunsztu Rysio Stryjec zwany gdańskim Durerem czy bezrobotny wówczas dziennikarz-społecznik Leszek Sławiński. I o Nich też będzie.
Nieczęsto wstępowali okoliczni gentlemani z gatunku „pożyczcie-na-flaszkę”, ale nader często przychodziła Ruda Elka słynąca z dużego zapotrzebowania na seks i wódkę. Bywała okutana w wielobarwne wełny i sznureczki borsuczowłosa Gaja-od-Smętnego-Jasia wraz z towarzyszem swoim, Jasiem Smętnym o twarzy szarawej i pomiętej, jakby wyfiletowanej z żuchwy i małych, rozbieganych oczkach zaszczutego legawca, ale duszy gołębiej i sercu szczerozłotym. Bywał bursztynowy nabab Józek-Rzeźbiarz oraz inny Józek z ogromnej plejady Józków, zwany „Faktycznie”. Zwany „Faktycznie”, bo jak zeżarł a nabrudził talerzy i garnków albo nieładnie narzygał, to proszony o sprzątnięcie po sobie bajzlu odpowiadał z rękami złożonymi nieruchomo na podołku:
- Faktycznie, trzeba! I gad ani drgnął, nie poruszył się, nie zrobił niczego oszczędzając energię i czas na pozazmysłowe komunikowanie się z Bogami w sprawie pozyskania funduszy na alkohole, co obecni kwitowali pełnym wyrzutu:
- Noż, kurwa! Józek!
A było to wołanie równie beznadziejne, jak krzyki Izraelitów zagubionych na puszczy.
Jak meteory wpadali jacyś niewidziani od lat koledzy z ulotnymi dziewczynami w bananowych sukienkach oraz cała masa innych fajnych ludzi. Co ich ciągnęło do Pracowni? Ano, lubili popatrzyć na obrazy Filipa i pogadać o sztuce w duchu: jak-to-się-robi? Lubili wychlać jabłkowitego wina, czystej wódki albo gdańskiego browarka rozlewanego w prześliczne buteleczki-garbuski. Uciekali od szarzyzny i prozy życia; od problemów lokalowych, gównianej perspektywy na przyszłość, ogólnej niemożności. Wstępując do Filipa, wstępowali do innego świata zostawiając surrealizm komunizmu tam, gdzie prezentował się wyśmienicie - w zaszczanej obskurnej bramie.
A jeśli nikt nie wstępował? A jeśli nikt nie wstępował, nawet Paparuch ani „Faktycznie”, to na pewno zjawiałem się ja i robiliśmy flaszkę in situ albo szliśmy na spacer kopać jesienne liście, wdychać letnie powietrze, szurać butami w śniegu, wypić o wiośnie lampkę „Mistelli” w klubie studenckim „Żak” lub herbatkę w „Rudym Kocie”, innym zacnym klubie przy ulicy Garncarskiej gdzie Czerwone Gitary i parę innych kapel grywało za kotleta nim się wypasły. A jeśli szalały jesienne czy zimowe sztormy, kiedy sypał śnieg z deszczem, kłębiła się lodowata, obrzydliwa mgła i dopadały nas gdańskie klimaty zwątpienia struchlałych serc i porażające mózgi depresje, siedzieliśmy z Filipem w Pracowni, słuchając w milczeniu radia przy winie „Bianco” mającym zawartość SO3 absolutnie zgodną ze światowymi normami.
Właśnie do tej, a nie innej Pracowni zaprosiłem na pierwszą randkę moją późniejszą rozwódkę Beatę i razem z nią przyprowadziłem dwa wyśmienite, owocowe wina. Wiadomo powszechnie, że nic tak nie przydaje romantyzmu pierwszym randkom, jak pracownie ubogich artystów pełne tanich win serwowanych z cukrem, cynamonem i goździkami, podgrzewanych do odpowiedniej temperatury w starych, poobijanych czajnikach z Olkusza. No, może większego romantyzmu przydaje księżyc nad laguną w jakieś południowej części Pacyfiku, ale co tu gadać o jakichś małżach, perłach, langustach, palmach, kokosach, nagich kobiet, piratach, zakopanych skarbach czy Pacyfikach, kiedy rzecz działa się w mieście Gdańsku za siermiężnej komuny, na przystoczniowej ulicy Jana z Kolna, Anno Domini 1973?
Każda opowieść ma lub mieć powinna jakiś morał albo być opowiedziana ku pokrzepieniu serc, jak to ślicznie nam uczynił Pan Sienkiewicz. Czy też ku przestrodze, jak to czynią bajkopisarze. Powinna również posiadać jakiś epilog, jednak ta historia elementów wyżej wymienionych nie posiada i posiadać nie może. A nie posiada (i posiadać nie może) bo przecież wszystko toczy się dalej: wielotorowo, wielopasmowo, niezależnie od losów poszczególnych ludzi i miejsc. Przecież nic nie jest ostatecznie zakończone i zamknięte, przypomina stary, nieśmiertelny bluszcz o tysiącach pnączy i milionach odnóżek tych pnączy co oznacza, że za cholerę niczego nie da się opowiedzieć „do końca”. Każda historia jest kołem, a czyż nie powiedział Wielki Lao Tsy: „Kto chce opowiedzieć koło, jest głupcem”? A inny uczony mąż, Tsheng-Li-Po, czyż nie powiedział: „Koło garncarza rodzi garnek na rosół, filiżankę do herbaty i błoto”? No, właśnie!
Kiedy człowiek dorasta, to zazwyczaj idzie do wojska, na studia albo do jakiejś pracy; a jak co ukradnie, zabije matkę czy zgwałci dziecko, to idzie do więźnia albo się wiesza. Ale człowiek najzwyczajniejszy w świecie, przy tym „świadomy praw i obowiązków, jakie wynikają z założenia rodziny...” zakłada sobie rodzinę i jego teraźniejszość zamienia się w magiczny sposób w budowanie a najczęściej - w rujnowanie przyszłości. Rodzą mu się dzieci, umierają krewni; kupuje sobie talerze, garnki i szczotki, wybiera zasłony, ręczniki i pościel a dla żony majtki, staniki i sukienki. Zmienia prace, mieszkania, sąsiadów, znajomych, ulubione knajpki i jakieś zwierzęta. O ile je ma. A czasem jakąś walizkę lub neseserek. Tyje albo chudnie, coś mu grubieje albo obwisa. Bywa, że znudzony rutyną szuka nowych pozycji seksualnych, ale kiedy mu się współmałżonek opatrzy jak znoszony sandał, zaczyna węszyć dokoła jak bóbr w rui i wówczas, od stepów jego tęsknot nadciągają romanse, czyli zdrady. I już po wsze czasy towarzyszyć mu będzie moralny kac. I już nic nigdy nie będzie jak było, bo wszystko będzie zupełnie, ale to zupełnie inaczej. Przez ten niesmak. A może trochę i przez to, że jak był mały, to mu rodzice pożałowali na łyżwy przykręcane kluczem do butów-pionierek. Kto wie?
Co dalej z nami? Mój Drogi, ludzie rozchodzą się po świecie jak gacie w szwach i - fiuuuu - tyle ich widzieli! Na ten przykład Paparuch - przepadł gdzieś za Odrą i nikt nie wie, czy stał się Wielkim Paparuchem, czy pozostał niewielkim. Rudą Elkę długi czas widywano w knajpach na Mariackiej, jak pochylona nad setką szukała drugiego dna, czekając cierpliwie fundatorów i machos, gotowych na jej wdzięki. Aż pewnego ranka rozpłynęła się Bóg wie gdzie, może w oleistej toni Motławy, może w więziennej celi, może w jakimś burdelu na Antypodach. Albo i nie.
Pewien hulaka-Grzesio doznał katharsis i został ci-on Grzegorzem, nabożnym ministrem protestanckiego kościoła; Józek od bursztynu jest dalej bursztynowym nababem, Józek-„Faktycznie” nadal komunikuje się z Bogami w sprawie alkoholu, a ta Beata żyje jakoś, gdzieś, z kimś... Inni? A pewnie też są „jakoś, gdzieś, z kimś” i tylko jeden Diabeł wie, jak i gdzie i z kim. Bo tak to już jest, Rybeńko, że zawieruchy dziejowe rzucają nami, jak wiatr liśćmi na jesieni: jeden sobie wyjeżdża tu, a drugi o, na przykład - tam, do Zanzibaru, Kanady, RPA czy Ameryki. Ten sobie zwariuje, tamta rzuci się pod pociąg w Sopocie, jak prześliczna i płochliwa Basia z Kazimierza, którą mąż przegrany w karty rozdawał wygranym podwójnie kolegom...
Każdy coś traci, czegoś szuka, za czymś podąża choć najczęściej nie wie, czego szuka i za czym podąża. Oczywiście, są tacy, którzy już nie potrzebują niczego i po prostu wysychają jak wyczerpane studnie: rzeźbiarz-malarz Buni Tusk, malarz-poeta Miecio Czychowski, dziennikarz-społecznik Leszek Sławiński, gdański Durer - Rysio Stryjec czy choćby taki Jurek Hejnał-Kamrowski, wypalony na śmierć poeta...
Były na naszej długiej drodze śluby i rozwody; rodziły się i umierały dzieci, dziadkowie, rodzice i przyjaciele. Były strajki i wojna domowa; internowania, wiezienia, zdrady, zaprzaństwa i emigracje. Były wędrówki po obcych krajach i powroty. I pogrzeby tych, którzy nie wrócili ale i nie zdzierżyli obczyzny. Jest niepodawanie rąk dawnym kolegom, którzy dorwali się do władzy nie dla „Oyczyzny ratowania”, tylko dla czystej władzy. I forsy. Tak, Kolego, dokonało się i aż strach się bać, co dalej...
A Pracownia? Mimo, że nas rozwiało ludzkim piaskiem po świecie i cmentarzach, piwniczka nadal stoi i chociaż już nie służy nikomu jako atelier tylko nędzny składzik, to przecież jest. I nadal góruje nad nią kasztanowiec, ten sam, tylko mądrzejszy. W przeciwieństwie do wielu z nas, którzy wzrastaliśmy w jego cieniu...
Pytasz, co teraz robi Wojtek? A co ma robić prawdziwy Artysta? Tworzy. Po prostu tworzy.
____________________________________
Klimat ulicy Jana z Kolna możesz zobaczyć:
http://plezantropia.power-forums.com/oknogaleria-jana-z-kolna-t2812.html
. |
|