| Plezantrop |
|
 |
 |
| Dołączył: 13 Wrz 2005 |
| Posty: 538 |
| Skąd: A któż to wie... |
|
|
 |
 |
 |
|
28 grudnia 1895 roku w Salonie Indyjskim przy bulwarze Kapucynów w Paryżu, dwaj bracia Lumière - August Marie Louis (ur. 19 października 1862 w Besançon, zm. 10 kwietnia 1954 w Lyonie) i Louis Jean (ur. 5 października 1864 w Besançon, zm. 6 czerwca 1948 w Bandol) za pomocą własnoręcznie skonstruowanego kinematografu (patent z 13 lutego 1895 r.) wyemitowali publiczności dwa filmy swojej produkcji:
- „Wyjście robotników z fabryki Lumière w Lyonie” ("La Sortie de l'usine Lumière à Lyon");
- "Wjazd pociągu na stację w Ciotat" ("L'Arrivée d'un train en gare de La Ciotat" lub "L'Arrivée d'un train à La Ciotat").
O ile „Wyjście robotników z fabryki Lumière...” jest dla mojej teorii Prozy Poklatkowej bez znaczenia, o tyle "Wjazd pociągu...” ma znaczenie kolosalne, powiem więcej - epokowe. Według relacji uczestników pokazu w momencie, gdy lokomotywa z szaloną prędkością wypełnić miała ekran kilkoro widzów poderwało się do ucieczki i dopiero po chwili zasiedli na swoich miejscach rozumiejąc, że nic im nie grozi; że pędząca, wielotonowa maszyna jest wprawdzie przedmiotem ruchomym, ale tylko (jakbyśmy dziś powiedzieli) wirtualnym obrazem.
Gdy sensacyjna wieść się rozeszła kolejni widzowie nie uciekli. To właśnie wówczas, ledwie trzeci raz od chwili powstania mowy artykułowanej i sztuki pisma, w dziejach ludzkości (i dziejach sztuki) umarła jedna a narodziła się kolejna epoka: epoka skrótu myślowego i powszechnego, abstrakcyjnego myślenia.
Zupełnie jak wtedy, gdy grupka półzwierzęcych praludzi słuchała "opowieści" jednego z nich o polowaniu i gdy doszedł do miejsca, w którym widział (np.) lwa, żaden z nich nie uciekł z krzykiem rozumiejąc oto, że on tylko opowiada o czymś, co było tam i wtedy a nie alarmuje przed grożącym tu i teraz niebezpieczeństwem.
Czym jest skrót myślowy wedle encyklopedycznej definicji?
„S.M.: uproszczenie wypowiedzi poprzez przedstawienie jej w postaci niekompletnej lub zastąpienie jej innym, krótszym określeniem – przy założeniu, że odbiorca na pewno domyśli się, o co chodzi” i z zaznaczeniem: „Skrót myślowy jest zrozumiały tylko w stosownym kontekście”. (Za: http://pl.wiktionary.org/wiki/skr%C3%B3t_my%C5%9Blowy )
Drugie zdefiniowanie tego, co wydarzyło się 28 grudnia 1895 roku w Salonie Indyjskim. Otóż właśnie tego dnia zapanowała:
ogólnoświatowa, powszechna i rewolucyjna epoka myślenia abstrakcyjnego, uprzednio dostępna tylko nielicznym, dobrze wykształconym warstwom społecznym.
Bo w istocie czym jest myślenie abstrakcyjne? To umiejętność stosowania poznawczych operacji myślowych, poprzez które kreujemy nowe pojęcia i dzięki którym możemy rozwinąć logiczny ciąg myśli, dyskusji i działań twórczych. Różnica między myśleniem konkretnym a abstrakcyjnym polega m.in. na tym, że m. konkretne opiera się na stosowaniu poznanych przedmiotów a m. abstrakcyjne - wyłącznie na operowaniu poznanymi i rozumianymi pojęciami, a więc także skrótami myślowymi. Od 28 grudnia 1895 roku ani w życiu, ani w literaturze, ani w żadnej gałęzi sztuki nic już nie było takie, jakie było jeszcze niespełna 24 godziny wcześniej.
W roku 1475 mistrz Piero della Francesca w swoim obrazie pn. „Idealne miasto” ukazał światu perspektywę taką, jaką znamy a której ludzkość aż do owego roku kompletnie nie znała. Della Francesca pokazał coś, z czym przez setki tysięcy lat obcował każdy człowiek i każdy twórca od bezimiennych rytowników w skałach Australii poczynając, ale żaden przed nim „po prostu” tego nie zastosował w praktyce. Popatrzmy tylko na malarstwo sumeryckie, asyryjskie, egipskie, greckie, rzymskie i bizantyńskie. Gdzie perspektywa malarska?
Co mają wspólnego z literaturą i moją teorią Prozy Poklatkowej ww.: skrót myślowy, myślenie abstrakcyjne i perspektywa w malarstwie? Każde z tych pojęć i technika Francesca służą mi za fundament do postawienia tezy, że wprawdzie 28 grudnia 1895 roku narodziła się nowa era, oparta na powszechnym rozumieniu skrótów myślowych za pomocą powszechnego abstrakcyjnego myślenia, to jednak nie stała się ona ani powszechna ani obowiązująca dla wszystkich bez wyjątków pisarzy.
W Polsce, w tym właśnie 1895 roku powstają m.in. „Quo vadis” Henryka Sienkiewicza, „Rozdzióbią nas kruki, wrony” Stefana Żeromskiego i „Pielgrzymka do Jasnej Góry” Władysława Reymonta, choć przecież Emile Zola już na początku 1880 r. „Naną” zainicjował literacki naturalizm, różniący się nie tylko od poprzedzających go tematyką, ale głównie sposobem pisania czyli stylem. Polska odmiana naturalizmu szczególnie w wykonaniu S. Żeromskiego polega wyłącznie na poruszaniu tematów nieporuszonych. Mogę śmiało powiedzieć, że „polski” sposób pisania powieści od pamiętnego pokazu w paryskim Salonie Indyjskim do dziś dnia nie uległ zmianie i w ten oto sposób, nadal mamy do czynienia z literaturą współczesnych nam (acz tylko "a la") Sienkiewiczów, Żeromskich i Reymontów.
Pozwolę sobie raz jeszcze przytoczyć cytowany już tutaj fragment mojej „Dante Gonçalves” :
„- Popatrzmy tylko: we wszystkich powieściach autorzy wysnuwają wątki swoich historii z kłębka, jak Tezeusz purpurową nić owczej wełny z moteczka urokliwie naiwnej panienki Ariadny, prowadząc czytelnika za rękę wzdłuż pracowicie wytyczonej przez siebie linii wiodącej dokładnie od punktu A dokładnie do punktu Zet. I przy tym nie wydeptują żadnych pobocznych ścieżek, nie odwiedzają zakazanych ślepych zaułków cuchnących moczem złodziei, barwiczkami ulicznych kurew i oddechem bezdomnych pijaków, nie! Oni w ogóle nie napotykają żadnych korytarzy niespodziewanie wiodących ich bohaterów a wraz z nimi czytelników do miejsc i ludzi niespodziewanych i w dodatku powieści kończą się ostatecznie wraz z postawieniem finalnej kropki, choć autorzy awizują czytelnikom, że ich bohaterowie będą żyli jeszcze poza ową finalną kropką.”
Właśnie - „prowadząc czytelnika za rękę wzdłuż pracowicie wytyczonej przez siebie linii wiodącej dokładnie od punktu A dokładnie do punktu Zet” czyli - żadnych pisarskich wahań, żadnego pola manewru dla czytelniczej myśli, żadnego prawa interpretacji.
Sumienna analiza tak zachowań, jak dialogów bohaterów współczesnych polskich powieści i scenariuszy filmowych unaoczniła mi jedno: ludzie w opisywanych sytuacjach TAK się nie zachowują a przede wszystkim tak NIE mówią. Powie ktoś: to są przecież właśnie owe skróty myślowe, na które się powoływałem. Nie, to bezmyślne ględzenie wyrosłe na gruncie Żeromskiego i Reymonta, wsparte o sienkiewiczowskich „Krzyżaków” ze Zbyszkiem z Bogdańca na czele, którego intelligence quotient zaserwowana nam przez autora prawdopodobnie nie sięgała nawet 50.
Rozumiem, że literatura jak wędlina - dzieli się na gatunki i że każdy gatunek ma swoich smakoszy-zwolenników; jeden smak-gatunek dociera do ich podniebienia-intelektu a inny nie dociera, bo im nie smakuje i stąd przewaga czytelników (i autorów) romansów a la Jane Austen, Emily Jane Brontë czy całkiem współczesnej Danielle Steel i milionowe nakłady Harlequina.
Rozumiem także, iż każdy gatunek literatury, jak wędlina charakteryzuje się smakiem, zapachem i kolorem będącymi wynikiem nie tylko jakości, rodzaju mięsa czy dodatków, ale głównie - odpowiednio i z rozmysłem dobranych proporcji przypraw czyli stylu. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że np. powieść „kryminalna” pisana być musi inaczej niż np. romans z pastereczką i paniczem w tle, zaś horror lub historia o życiu świętego Szczepana - jeszcze inaczej. Na pewno? U nas nie na pewno, gdzie indziej - i owszem.
Wydawnictwa decydują o doborze publikacji za pomocą prostego sondażu: co się podoba czytelnikowi? Bo co się podoba (popyt) to się sprzeda (podaż) i w ten sposób wszyscy są zadowoleni (zysk). Wydawnictwa mają generować pieniądze a nie kształtować intelekt czytelnika; prawda ta nie wymaga objawienia, bo jest znana od czasów staruszków Villona i Rabelaisego.
I wszystko byłoby pięknie, nie byłoby się do czego przyczepić, bowiem rynek jest jedynym miernikiem tego, co się na tym rynku sprzeda (popyt + podaż = zysk), gdyby nie fakt iż literatury nie piszą czytelnicy ani wydawnictwa. Literaturę tworzą pisarze. A przynajmniej - powinni. Stawiam zatem pytanie stosowne do mojej niskiej oceny jakości a co za tym idzie - wartości intelektualno-stylistycznej współczesnej polskiej literatury:
Czym kieruje się współczesny polski pisarz, gdy zasiada do napisania powieści? Intelektem gotowym dzielić się z potencjalnym Czytelnikiem swoimi wahaniami, rozterkami, zwątpieniami i pewnikami; swoimi przemyśleniami i chęcią przekazania czegoś, co być może umknęło uwadze innych? Czy rynkowym zapotrzebowaniem na ściśle określony, modny i pożądany rodzaj wędliny? Odpowiedź być może kryje się w zdaniu, jakie napotkałem w Internecie:
"Wcale mi się nie chce pisać książek. Tyle jest zajebistych książek, tyle jeszcze do przeczytania i tyle już przeczytanych, że trzeba być naprawdę ostatnim bucem i ignorantem, by twierdzić, że to właśnie tobie uda się powiedzieć coś zajebistego, ciekawszego i lepszego niż ci wszyscy, co mówili już przed tobą."
Ilu "ostatnich buców i ignorantów" kiedyś napisało nowe, wspaniałe dzieła, jakich nikt, nigdy przed nimi, "ostatnimi bucami i ignorantami" nie napisał? W początkach XX wieku takimi bucami byli m.in.: Proust, Joyce, Gertrude Stein, Wirginia Woolf. Chwała bucom!
Co spowodowało napisanie tak dramatycznego wyznania - zwątpienie? A może zniechęcenie realiami polskiego rynku czytelniczego? Stawiam na to ostatnie. Jestem dozgonnym dłużnikiem Autora pow. cytaty.
Na pieczeń z całości zapraszam:
http://plezantropia.power-forums.com/proza-poklatkowa--ii-manifest-plezantropa-t6751.html
. |
|