| ella_hagar |
|
 |
 |
| Dołączył: 01 Mar 2006 |
| Posty: 750 |
| Skąd: Warszawa |
|
|
 |
 |
 |
|
VARIA (nty) życiowe
czyli wspomnienia sfingowane
VARIA (nt) 1.
"Jak to się wszystko zapomina…"
Aleksander. Sporo starszy, chudy, czarne, grube oprawki okularów. Brzydal. Pochylone plecy – przygarbienie inteligentnego.
Ma akurat w sierpniu przerwę na życie.
- Poczęstuj się – wyciąga rozdartą paczkę herbatników „Petit beurre”.
Zaskoczenie.
- Co? Dlaczego? – jąkam.
- Bo mam dwa.
- Aaa…
Argument. Są dwa, to biorę jeden.
Siedzimy na przewróconym koszu plażowym. Przysiadł się. Na niebie leci zachód słońca. Chrupiemy ciastka, milczymy. Co tu gadać, gdy dech zapiera. Piękniejemy od patrzenia na piękno. Okularnik pierwszy przerywa milczenie.
- Aleksander.
- Słucham?
- Tak mam na imię. Aleksander.
- Uhym…
- A ty ?
- Elka.
- O? Elizabeth!
Zostaję na zawsze Elizabeth. Nigdy inaczej nie powie.
- Czy spotkaliśmy się już kiedyś? – pytam na wszelki wypadek.
- Rano wpadłaś na mnie przy kiosku „Ruchu”.
- To byłeś ty? Łazisz za mną?
Aleksander z uwagą ogląda swoje paznokcie i mruczy niezrozumiale.
- Czy to rusza dziewczyny? – zmieniam pytanie.
- Co?
- Ten argument, że są dwa herbatniki. Jeden dla niej.
- Nie wiem. Nie mam w tym doświadczenia.
- Masz ładne dłonie i męski, ciepły głos.
Rozbawiło go to. Zaśmiał się nie dowierzając temu, co słyszy.
- No, no, prawdziwy komplement.
- A ja? Tak bardzo zwracam na siebie uwagę?
- Raczej. No, wyróżniasz się. Wyglądasz tak dobrze, że robię się głodny. No i świetna sukienka, sam bym się lepiej nie ubrał – mruga do mnie przez szkła okularów.
Nierozważnie uśmiecham się do niego słodko. Podoba mi się styl rozmowy.
- Masz odpowiedni strój i wygląd – kontynuuje.
- Odpowiedni do czego?
- Do sceny kiedy facet spotyka dziewczynę. Sukienka intrygująco trzyma się na jednym, cienkim sznureczku, biały kolor podkreśla opaloną skórę. A jak te oczy patrzą! Nie dajesz facetowi żadnej szansy.
- Na co?
- Żeby się zdążył oprzeć.
Nieźle, ale puszczam to mimo uszu. Siedzimy na plaży pod wiszącą nad głowami płachtą czerniejącego nieba. Prawie ciemno. Chwilę milczymy myśląc o sobie.
- Jakim cudem trafiłaś na tę bezludną wyspę? – pyta żartobliwie.
- Mój statek do San Pedro utonął.
- Jak się uratowałaś?
- Wsiadłam w pociąg do Władysławowa.
Parskamy śmiechem. On pierwszy. Stukamy bosymi piętami w wiklinę kosza. Słońce kąpie się na całego w morskiej toni. Wzdychamy ze smutkiem , że zaraz koniec spektaklu.
Morze huczy, szumi, pieni się , burzy, faluje. Jak my. Rozmawiamy, żartujemy. Przekrzykujemy Bałtyk. Trochę poważnie, trochę niepoważnie.
- Chciałabym zobaczyć świat. Wejść na jakąś górę, przepłynąć siódme morze, błąkać się z karawaną... Pan płynie do Maroka? Tanger?
- Casablanca.
- Czyżby ? Rick Blaine?
- Pod warunkiem, że pani to Ilsa vel Ingrid Bergman
- Nie. Płynę do Egiptu, spojrzeć w oczy czterdziestu wiekom.
- Zazdroszczę. Zobaczy pani, co odkopał Howard Carter, ten, który …
- Wiem. Tutanhamon. Też mi coś wielkiego to wiedzieć! – złoszczę się, że chciał wyjaśniać.
- Może potem da się pani porwać w głąb lądu ? Na safari ? – niezrażony kontynuuje zabawę.
- Świetnie, bo widziałam słonie tylko w cyrku albo w zoo. Ale bez strzelania!
- Wyłącznie w obronie pani.
- Nocami będziemy zmyślać przy ognisku
- Tak. O łatwym życiu, o prawdziwej miłości, o …
- O książkach, które napiszemy, o sukcesach, o spełnionych marzeniach.
- Jak będzie trudno, to jutro spróbujemy od nowa.
- Wracajmy do Europy. Może Andaluzja? Korrida!?
- Kto nam da na to wszystko paszport?
Paszport - pozwolenie, przenośnia, ale robi się poważnie. Tak mam, że czasem niepotrzebnie biorę dosłownie. Czasem potrzebnie. A jesteśmy w Polsce Ludowej, z paszportami nigdy nie wiadomo. Nie ma zupełnej swobody podróżowania i myśl o tym mnie złości.
- Co warte życie człowieka, który nie zwiedził całego świata? – wygłaszam wojowniczo, pełna młodzieńczych marzeń i planów.
To dalej już poważnie. Zmienia temat. Opowiada o sobie, o niełatwym życiu. Sierota. Kawalerka z przydziału od uniwersytetu. Doktor filozofii z perspektywą kariery naukowej. Teraz małe wakacje we Władysławowie. Kilka dni urlopu, żeby potem sprostać kolejnemu wyzwaniu.
I mówi mi, jaka jestem ładna w tych rozpuszczonych włosach, sukience pogniecionej, taka teraz zasłuchana i milcząca.
...
Noc. Leżymy obok kosza, na wznak. Ręce zarzucone pod głową, ramię przy ramieniu, noga w nogę. Gapimy się w gwiazdozbiory marzeń. Szum morza kołysze myślami.
- Jak sądzisz, Aleksandrze? Czy Ocean Spokojny jest zawsze spokojny ?
- Jasne! Tak samo, jak Morze Martwe jest martwe.
Znów pękamy ze śmiechu. Do wtóru huczą fale. Od początku dobrze nam się razem śmiać, marzyć, dobrze milczeć. Milczenie nas nie krępuje, a najważniejsze marzy się w milczeniu.
- To jest, jak latanie – mruczę
- Latanie?
- Tak. Ciało zanurzone w marzeniach buja w obłokach, bo traci na wadze tyle, ile marzy.
- Nic samo nie spadnie z gwiazd, choćbyśmy leżeli tu całą noc. Dużo marzysz, Elizabeth?
- Mam cały tłum marzeń. Dopiero zaczęłam. A ty ile marzysz ?
- Dużo za dużo. Chcę, żebyś była blisko. Moja.
Tak powiedział. A dopiero jeden zachód słońca mamy za sobą.
Nie poruszam się ani trochę. Milczę. Byle nie płoszyć tego, co przed chwilą padło, byle nie przegonić czaru tej chwili. Dobrze jest blisko. Bezpiecznie, ciepło. Jest nas niewiele, bo tylko we dwoje leżymy wyciągnięci na piasku, a robi się ciasno, jak w tłumie. Czujemy dotyk, jakbyśmy nagle zauważyli, że jesteśmy nadzy. Słychać chrzęst piasku, kiedy się poruszamy, ale odgłos oddechów porywa ze sobą wiatr.
Aleksander nachyla się nade mną. Piękny brzydal. Fale falują po piasku, rozhuśtane, hałaśliwe. Pozwalam się całować.
W górze księżyc na pół nieba, gapi się, jaka jestem teraz potargana.
...
Wędrujemy plażą pod gwiazdami. Pachnie jodem i bursztynem. Pod stopami jaśnieje piasek gdzieniegdzie pokryty pasemkami włóknistych wodorostów. Wychodzimy na betonową drogę. Przy głównej ulicy Władysławowa, w sutenerze, bar „Disco”. Dobiega z niego przytłumiona muzyka. Nad schodkami w dół tabliczka z napisem: „uważaj na głowę” - mały komunikat ostrzega przed nieostrożnym krokiem. Zapomnisz się, to stracisz głowę - przemyka mi przez myśl. Na dole brudna, przepocona sala. Z głośników leci przebój Lady Pank. Senną atmosferę rozpraszają dwie, tańczące ze sobą dziewczyny. Wyginają opalone ciała, śmieją się z dziewczyńskiego tańca, wygłupiają. W powietrzu, oprócz papierosowego dymu, unoszą się pijane myśli miejscowych mężczyzn, którzy wpadli tu, by zabić resztę nocy. Słychać gwarę kaszubską, głośne potakiwanie „jo”. Jeden z nich poklepuje butelkę owocowego, która wystaje z kieszeni. Patrzą łakomie na dziewczyny, chcieliby je wypić razem z tanim winem. Pijackim, ryczącym głosem wyśpiewują słowa: „Tańcz głupia, tańcz, wielki bal sobie spraw!”. Na wszelki wypadek twarze wykrzywione złośliwie – obrona przed spodziewanym spławieniem. Miejscowy z alpagą w kieszeni woła:
- Chcesz mnie poznać lepiej, głupia?
Opalone ciała w bluzeczkach odsłaniających plecy robią urażone miny, ale zaraz chichoczą i ze zdwojoną energią wyginają się w tańcu. Miejscowi nie wiedzą, czy bardziej porusza je taniec czy męskie zaczepki.
Na stolikach cerata, cynowe sztućce i zastawa z napisem „społem”. Nie ma piwa, wino tylko w kieszeni u miejscowego. Jest wódka. Na zakąskę wybór: ser żółty, ogórek, sałatka jarzynowa z majonezem lub polski przysmak – śledź „po japońsku”.
W kącie rzuca się w oczy kolorowa sukienka w drobne kwiatki. Obok przepocony, męski t-shirt. Wstaje i chwiejnym krokiem kieruje się do baru.
- Nie pij już! Daj spokój! – woła sukienka w kwiaty.
- Czemu, kurwa, nie? Czemu nie? – pyta przepocony t-shirt.
Sukienka w kwiaty milknie. Nie umie znaleźć odpowiedzi na pytanie. Może to jedno z tych pytań, na które nie ma odpowiedzi? Nie tej nocy.
Jest też lura nazywana tu kawą. Pijemy ją jako jedyni z całej sali. Aleksander kompletnie nie umie tańczyć. Szkoda. Ale wydaje się romantyczny, inteligentny, mądry. Jestem pewna, że ma więcej do powiedzenia niż mówi. Wnosi powiew innego życia. Różni się od moich kolegów, jest starszy, delikatny. Coś mówi do mnie, ja odpowiadam, ale myśli unoszą się pod przepocony sufit. Rozglądam się. Na ścianach jakieś obrazki o tematyce morskiej. Właściwie nic się tam nie układa w żadną historię wartą zapamiętania. Podły bar, podła kawa, nieładni mężczyźni, głupie uśmiechy dziewczyn. Przyszli tu szukać swojej gwiazdy. Ludzkie twarze, które spijają się dzielnie. Za los, co nie kocha, za szczęście, co przeszło obok, za grzeszne nadzieje, za ręce spracowane. Może przepocony t-shirt pije za miłość do sukienki w kwiaty? Za odeszłą miłość, którą zabił czas?
Tylko my, jak nie z tej ziemi, bo z plaży pod gwiazdami, ale przecież tak samo grzeszni. Lecz nasza historia dopiero się zaczęła, nas kocha los. My pijemy kawę za czas, który dał nam usiąść we dwoje. Mimo ostrzeżenia, wcale nie uważam na głowę i daję sobie w niej zawrócić.
Kelnerka w bordowym, nylonowym fartuchu ponuro patrzy na zegarek.
Wychodzimy, gdy akurat leci przebój Jacka Skubikowskiego. Podśpiewuję pod nosem: „Hotel Patria na godziny, jedna gwiazdka cztery łzy (...) najwyższy czas odpocząć, najwyższy czas na sen”
W drzwiach uderza nas rześki chłód. Moja asymetryczna, tetrowa sukienka z jednym ramiączkiem nie chroni przed wiatrem od morza. Długie włosy plączą się na wietrze.
- Jezu – mówię – jest strasznie zimno.
Aleksander ściąga sweter zawiązany na biodrach. Wkładam go delikatnie, jakbym wtulała się w ramiona. Podchodzę do wystawy sklepu, by zobaczyć w szybie, jak mi jest w ciepłym i czułym. Przylega bez zmarszczenia, pasuje. Dotyk miękkiego swetra zapamiętuję na zawsze.
Światła przejeżdżającego samochodu wojskowego przepełzły po brązowym swetrze. Cofam się odruchowo. Stan wojenny już zniesiony, ale widok sił zbrojnych przywołuje nieprzyjemne odczucia. Zamieszki, gaz łzawiący i obraz zatroskanej, przejętej matki na balkonie, wyglądającej powrotu ojca.
Ale zaraz: co mi tam! Jestem tu i mam swoje teraz. Zaczyna świtać. Jest tak, jak może być tylko jeden, jedyny raz w życiu.
- Chcesz mnie poznać lepiej, głupia? - Aleksander uśmiecha się szelmowsko.
Cała jestem, jak głupia. Nagle człowiekowi brak samozaparcia i bezinteresownie lgnie do drugiego człowieka.
- Czemu nie, Aleksandrze? Czemu nie? Chcę!– przekrzykuję wiatr.
Przyciąga mnie za łokieć, chwyta w talii i całuje za uchem. Czasami zdarza się coś takiego latem, nad morzem, że dwoje ludzi zauroczy się sobą. To właśnie ten przypadek.
Aleksander zaprasza mnie do siebie na śniadanie, udaję, że się waham, ale w końcu mruczę mu do ucha:
- Mogę zaryzykować, gdyż jestem bardzo głodna.
Słońce powoli wstaje i przeciąga się nad dachami. Mrużę oczy do promieni , ręką posyłam całusa i macham na dzień dobry.
Aleksander zerka na mnie z uśmiechem , jaką robię teraz zadowoloną minę.
...
Mały, wynajęty pokoik nad morzem. Śniadanie u Aleksandra. Marmolada kupiona na wagę, czerstwy chleb, oranżada. Prosta kolejność – najpierw jedzenie, potem miłość. W tle „lato z radiem”. Lecą przeboje. - Madonna, Queen, Depeche Mode, Scorpions, Jackson. I polskie nagrania…
On: - Hej, ty, rozgrzewasz moje ciało. Dobrze wiesz, co tu się będzie działo.” *
Ona: - „Wszystko czego dziś chcę” *
On: - „ Ludzie, co ona w sobie ma. Czuję, że mógłbym z nią do nieba bram” *
Ona: - „Luz blues, w niebie same dziury. Luz blues, skóra lgnie do skóry” *
Rozum : – Bój się Boga, dziewczyno! Zwariowałaś?
Ja: - Niech sobie mówią, że zwariowałam, bo tak jest! I mam ułomne ciało, i Bóg w nim nie mieszka.
Exupery: - „…proś Boga, niechaj ocali tę miłość od zepsucia, bowiem niepokoję się o serca po brzegi szczęściem wypełnione.”
Jestem śpiąca i mam wątpliwości. Ale mało jest czasu na myślenie.
Aleksander odgarnia do tyłu cienkie, czarne włosy niedbale spadające na ramiona.
- Chodź tu – prosi, kładąc głowę na poduszce.
Zamieram z palcem w buzi. Właśnie zlizuję resztki marmolady.
- Nie. Właściwie, co ty sobie myślisz? – posyłam marmoladowy uśmiech.
- Dobrze sobie myślę. Chodź.
Gramolę się pod pachę. Nic bardziej naturalnego.
- Ejże. Jestem i co?
- Przyznaj, że tak jest lepiej niż samotnie na krześle.
- Rzeczywiście lepiej.
- Więc bądź tu. I przestań się wiercić.
W jego objęciu pachnącym landrynkową oranżadą poczułam najpierw zdziwienie. Tak mało zamieniliśmy słów i wystarcza właściwie dotyk, obca ręka na gołym ramieniu. I robi się tak… czy ja wiem? Landrynkowa, słodka błogość. A może słowa są niepotrzebne?
Niepotrzebne! To się po prostu wie. Spróbuj, zachęcam się w myślach.
Więc patrzę na Aleksandra, który wygląda teraz, jak nieprzytomnie zakochany.
Lubię zamykać oczy. Zamykam i znikają cienie wątpliwości. Podoba mi się, jak lekko drgają mu palce.
Potem częstuje mnie Carmenem. Zachłannie zapalamy po papierosie. Wyciąga z szafki „Żytnią”
- Napijesz się jednego? – pyta i zaraz tłumaczy – Potrzebuję teraz kielicha.
- Nie piję wódki – informuję zgodnie z prawdą.
Polewa w plastikowy kubeczek do płukania zębów. Wypija rasowo, po męsku, jednym haustem. Nie popija, nie zakąsza. Podoba mi się, jak pije. Mój ojciec tak potrafi.
Nie piję wódki, ale wyciągam rękę po kubek. Chcę spróbować. Małe łyki popijane oranżadą. Smakuje mi. Nigdy mi już potem tak nie smakowała.
Rozgrzewa, pobudza, rozwiązuje język. Wpadam w znakomity humor i zaczynam paplać.
- Ale masz fiołkowe oczy! Widać, bo zdjąłeś okulary. Wzrok wydaje się jakby zamglony, wiesz? Podoba mi się tak. Kiedy mówiłam o zwiedzaniu świata, to ja naprawdę. Bo jak nie? Trzeba zobaczyć świat. Tak w ogóle, to chciałam być tancerką. Taniec nowoczesny. Może, jak Michael Jackson? Widziałeś klip „Thriller” ?
- Nie lubię Jacksona.
- Podoba mi się, jak tańczy. Myślałam też, żeby zostać milicjantką ruchu drogowego? Białe rękawiczki i świat staje na skinienie ręki. Wyobrażasz sobie? Podnosisz rękę i zatrzymujesz ruch! Pięknie, prawda? Ale milicjantką? A tu ZOMO gania ludzi między blokami? I te dowcipy - „ zomo sam pierze”. Dobre! Kolega mi powiedział: „chcesz być palantką? zostań milicjantką!”. Zresztą po lekturze „Egipcjanina” dopadła mnie pasja egipska i postanowiłam zostać archeologiem. Tylko, że trudno się dostać na studia. Kocham piramidy. Pojadę kiedyś zobaczyć. Podoba mi się też dziennikarstwo, ale wiesz… Ludzie hasła piszą na murach, że „KłamsTVo” czy „chamsTVo”. Wolności słowa nie ma, a ja bez wolności umrę. Aż tak! W końcu idę na ekonomię.
- Kontrolujesz to wszystko? Te warianty życiowe? – jest wyraźnie ubawiony.
- Jasne. To nie jest sprzeczne ze sobą. Wszystko się zazębia i uzupełnia. Przecież mogę wszystko! Nigdy nie mów: „nie umiem”. Mów: „spróbuję”. O to w tym chodzi. Lubię, jak patrzysz na mnie, w twoich oczach widzę, że ja tam jestem. Masz czoło we mgle papierosów. Daj Carmena, też zapalę.
Aleksander odchrząkuje.
- Cholera. Papierosy nie są seksowne. Rzuć to.
- Po wakacjach. Może. I obetnę włosy. Zrobię się na platynową blondynkę. Faceci lubią dziewczyny zrobione na Marylin Monroe, prawda? Kocham Asnyka i mojego starszego brata. Siostra, też starsza, jest małpą zieloną, bo nie chce pożyczać swoich ciuchów. A ma taką jedną, włoską bluzeczkę, że głowa boli. Jak myślisz? Czy wszechświat, to energia czy znikanie? Bo wszystko przemija, znika. My też znikniemy.
- Jak znikniesz, to się zapłaczę – puszcza do mnie oko.
- Chodzi o to, żeby nie zniknąć, jak nikt, żeby coś po człowieku zostało. Dlatego trzeba znaleźć w życiu niebo.
- Niebo?
- Niebo czyli sens. Swój trop. To, w co się wierzy, co się lubi i chce robić naprawdę. Z pasją. Bóg dał każdemu człowiekowi jakiś dar. Niektórzy nigdy nie odkrywają, co nim jest. Dlatego trzeba mocno, uważnie szukać, zagłębiać się w siebie. Chodzi i o to, żeby nie minąć się w życiu z jakąś wielką przygodą. Masz pasję?
- Mam.
- Świetnie! Bo widzisz, może to właśnie coś, co robisz, a co będzie trwało dłużej niż twoje życie? Co przeżyje ciebie, przetrwa.
- Mam nadzieję, że moi studenci zarażą się ode mnie pasją filozofii...
- Poważnie zabrzmiało. A wiesz? Najbardziej w świecie lubię czytać i zajadać się „krówkami”, tylko, że rzadko rzucają je do sklepów. No, może jeszcze lubię ponad wszystko herbatę z miodem. I teraz także ciebie. Dobrze, że „krówki” nie są na kartki. Wolę od czekolady. Czytałeś Sigrid Undset? Jestem pod wrażeniem. „Krystyna, córka Lawransa”, nie czytałeś?
- Nie. Mało mam czasu.
- Żałuj! Wiesz, co powiedział tam Erlend ? To może położę głowę na twoich kolanach, co? A ty, Erlendzie, powiesz: „Być może przyjdzie noc, kiedy oboje, ty i ja, odważymy się zasnąć razem” Pięknie, prawda? I jeszcze: „ Teraz już nigdy nie będę wesół, jeśli cię nie zdobędę”. Tak powiedział do Krystyny. Podobało mi się. Ciepło tli się wokół ciebie, wiesz? Ciepłe lato. Najbardziej nie lubię zimy, bo jak się ubierać w taką pogodę? Nienawidzę ciepłych majtek! Ejże, kręci mi się w głowie, zmęczona jestem. Ziemia, to się bardzo kręci, co?
- Kręci się, ale nie bardzo.
- A wiesz, że nie ma rzeczy nieważnych? Wszystko jest ważne, to, co się dzieje, co mamy i kto jest obok. Lubię kubek, z którego piję rano domową herbatę. Twój kubeczek do płukania zębów też lubię. Z boku ma niebieski kwiatek, niezapominajka chyba. Patrzysz i niby wszystko takie samo. Jednak ktoś ślad zostawił, poruszył...
- Właśnie! „Kto pił z mojego kubeczka?”, „Kto wchodził do mojego łóżeczka?”
Śmiejemy się do siebie wymownie. Jest całkiem fajnie.
- Dobrze mi z tobą, a to chyba najważniejsze, tak? Masz ładny kolor włosów, ale - jak dla mnie – facet powinien uważać z długimi włosami, bo czasem, zapuszczając, wygląda, jak baba. Matko, bo ja tak paplę… zdarza mi się paplać, kiedy nie powinnam, i milczeć, kiedy wypada się odezwać. Wariatka!
- Czy ktoś już powiedział ci, że jesteś zwariowana? – udaje, że się dziwi.
- I to nie raz! – śmieję się – To jedna z moich lepszych wad.
- A te gorsze? Wymienisz?
- Na przykład ... Do dzisiaj nie lubiłam wódki i filozofów. Wódka była dla mnie niesmaczna, a filozofowie zbyt wymyślający. Poza tym nie znoszę zakazów, bywam roztrzepana. I zamiast w szachy, gram w chińczyka lub w warcaby. Chyba nie jestem szczególnie wadliwa, co?
- Do twarzy ci z tym wszystkim.
- Jezu! Nigdy nikomu nie paplałam o sobie, jak dziś.
- Może nikt do tej pory nie potrzebował tej wiedzy o tobie?
Uśmiecha się do mnie niemal przez całe to moje paplanie. Czuję się, jak ktoś wyjątkowy.
Recytuję mu jeszcze kawałek Asnyka, coś bez związku z czymkolwiek, o górach, że „wyzłocone słońcem szczyty, już różowo w górze płoną…” i zasypiając słyszę:
- Nie wszyscy faceci lubią Marylin. Niektórzy wolą Elizabeth.
Kładzie się obok mnie, przytula. Jest i pachnie mężczyzną. Mój Erlend.
- Poleżymy? – pyta i dodaje głaszcząc mnie po brzuchu – Brzuszkiem do brzuszka?
Serce bije mu za mocno, jak na zwykle lubienie. Tak myślę i zapadam w głęboki, wakacyjny sen.
A on przygląda się, jaka jestem teraz śpiąca królewna.
..........
/* Cytaty stanowią fragmenty tekstów piosenek:
1) „Hej, ty, rozgrzewasz moje ciało. Dobrze wiesz, co tu się będzie działo.” – „Józek, nie daruje ci tej nocy” - Beata
2) „Wszystko czego dziś chcę” - Izabela Tojanowska
3) „ Ludzie, co ona w sobie ma. Czuję, że mógłbym z nią do nieba bram” – „W drodze do jej serca” - Bajm
4) „Luz blues, w niebie same dziury. Luz blues, skóra lgnie do skóry”-„Luz blues, w niebie same dziury” – Urszula
...
Pięć nocy. Piątego dnia, o szóstej rano, dworzec jest brzydszy niż kiedykolwiek. Pada.
Nie lubię patrzeć z peronu, jak ktoś oddala się najpierw powoli, a potem coraz szybciej i szybciej.
Chwilę po szóstej, Aleksander wsiądzie do pociągu. Zabierze ze sobą pięć nocy i cztery dni. Najzwyczajniej w świecie. I chyba myśli, że problemu nie ma. Nie umiem ukryć emocji. Zawsze po mnie widać, że coś nie tak. Albo, że bardzo tak.
Aleksander patrzy i widzi, że coś nie tak. Domyśla się, że powinien powiedzieć ważne słowa.
- Myślałem o nas dużo – mówi – Mogę odpowiedzieć na niezadane przez ciebie pytanie.
Przeciera niewyspane, zaczerwienione oczy. On też jest brzydszy niż wczoraj. Podoba mi się, że jest taki brzydki. Ale nie wygląd Aleksandra jest ważny, tylko ta cała chemia z nim związana. Jest we mnie, weszła aż do szpiku kości.
Patrzę na zegarek. Jeszcze dziesięć minut. Żeby zajrzeć mu w oczy, musiałabym wspiąć się na palce. Nie wspinam się. Jeśli nie ma tam tego, czego oczekuję, to nie ma potrzeby, żeby on wyczytał wszystko z moich oczu.
Odwracam głowę w bok. Siwy kolejarz zamalowuje litery nabazgrane na ścianie budynku. Odczytujemy napis: „ZOMO – bijące serce partii”. Śmiejemy się pod nosem i powaga chwili mija. Tak jest lepiej.
- Hej! Szczęśliwej drogi – mówię.
- Nie chcesz znać odpowiedzi?
- Na niezadane pytanie?
- Uhym.
- Jaka jest odpowiedź?
- Chcę, żebyś była zawsze.
- To jest odpowiedź na trochę inne pytanie.
- Wiem.
- A zatem?
Przyciąga mnie do siebie, przyciska głowę do swetra.
- Ty też to czujesz? – odpowiada pytaniem na pytanie, którego nikt nie zadał.
- Tak.
- Bardzo?
- Bardziej. Jak stąd do księżyca.
Ma uroczy dołeczek w brodzie. Wspięłam się na palce i poszukałam go ustami.
Nadjeżdża pociąg, sapie i błyszczącymi światłami spogląda, jaka jestem teraz zakochana.
...
Niedziela. Półmetek września jest gorący, jak środek lata. Ruchliwa ulica roi się dziesiątkami ludzi, szumi, tętni, warczy silnikami aut. Stoimy w kolejce do saturatora z wodą sodową.
- Czysta czy z sokiem?
Wolę z sokiem. Aleksander nie pije. Wodę z saturatora nazywa „gruźliczanką” ze względu na niedomyte szklanki wielokrotnego użytku, w których jest serwowana.
- Boisz się, że woda sodowa uderzy ci do głowy? – droczę się z nim.
Piję zachłannie, na wdechu. Na szklance zostawiam różowy ślad szminki, tuż obok czerwonego odcisku ust nieznanej kobiety.
- Widzisz? Ktoś pił z twojego kubeczka! – odgryza się Aleksander.
Śmieję się głośno, on się śmieje, razem się śmiejemy.
- Chcę cię mieć u siebie – wypalił nagle – zamieszkaj ze mną.
Żarty, śmiech i zrobiło się poważnie, bo zaczął rozmowę o naszym życiu. Przestaję się śmiać, bo do życia potrzeba powagi.
Jak to? – myślę – Wspólne mieszkanie?
- Chcesz się ze mną ożenić?
- Nie mówię o małżeństwie.
- To dlaczego?
- Dlatego.
Dobry argument. Chyba zacznę kolekcjonować jego argumenty.
- Jesteś pewien czego chcesz?
- Jasne. Przecież trwam w tym stanie od urlopu.
- W jakim?
- W takim, kiedy nie ma pytań i wątpliwości.
Nerwowym ruchem zapalił papierosa, poszukał wzrokiem moich oczu.
Są dziewczyny, co myślą: „jakoś to będzie, skoro on tak bardzo tego pragnie”. Mam wątpliwości, ale przyznaję, że same krztyneczki. W każdym bądź razie on chce bardzo, to ja też chcę. Może być tylko lepiej, najlepiej. Bo nie może być źle.
Obok nas wije się spora kolejka do saturatora. Otyłe plecy pchnęły mnie w ramiona Aleksandra. Przytrzymuje mnie, zagarnia do siebie.
- To nie na moje nerwy – niecierpliwi się starszawa kobieta ubrana w miękką tkaninę falującą wraz z jej ruchami.
- A ty jak? Chcesz stać? - kobieta kieruje pytanie do spoconego mężczyzny w białej koszuli . Jego wąsy poruszyły się śmiesznie, oczy gapią się na boki. Milczenie.
- Widzisz?! On chce czekać! – radośnie krzyczy mały chłopczyk.
- To jak? – pyta Aleksander.
Brak odpowiedzi bierze za wahanie, dodaje pospiesznie, marszcząc czoło:
– Kiepsko mi idzie, co ? Nie musisz się spieszyć z decyzją.
W jego słowach brzmi obojętność, ale oczy wyczekująco patrzą. Wygląda, jakby wsłuchiwał się w narastający stukot własnego serca.
Starsza kobieta zerka na mnie badawczo, zdaje się, że ona też oczekuje w napięciu na odpowiedź. Odstawiam szklankę na saturator i mówię do niej:
- On chce czekać!
Kobieta omiata nas nieprzychylnym spojrzeniem, wzrusza ramionami, odwraca się tyłem.
Będzie stał i czekał, myślę. Ale nie ma takiej potrzeby. Czekanie nie jest potrzebne, bo ja jestem gotowa na noce, kiedy odważę się zasnąć przy nim, wiedząc, że rano ciągle tam będzie. Chcę mieć tę pewność.
- Idziemy? – słyszę szorstkie pytanie.
Zachłannie zaciąga się po raz ostatni i rzuca papierosa pod nogi, przydeptuje.
- Aleksandrze?
- Tak?
- Twój argument jest bardzo przekonywujący.
- Powiedz to wreszcie!
- Dobra. Spróbujmy razem.
- Nie brzmi entuzjastycznie.
- Jezu! Chcę tego! Bardzo chcę. Ale pod jednym warunkiem!
- Jakim? - zaniepokoił się, ściągnął brwi.
- Będziesz zmywał po śniadaniu.
Rozbroiło go to. Z uśmiechem czochra mnie po włosach za co dostaje po głowie.
Odchyla się pod naporem moich żartobliwych ciosów, łapie rękę i zarzuca sobie na szyję. Mocno ściska.
- Ejże! Boli.
- No, to teraz uważaj! Bo będziemy blisko siebie mieszkać – śmieje się zadowolony.
Wtłaczam się w jego ramię. Jest tak, jak nigdy nie było. Chyba za nim przepadam, myślę.
W domu, wieczorem, awantura. Opowiadam o Aleksandrze, obiecuję, że go poznają niebawem, wtrącam nieśmiało o naszej chęci wspólnego zamieszkania.
- Bez ślubu? Nie ma mowy, moja szczęśliwa! – mama podnosi głos.
- Po moim trupie ! – krzyczy ojciec
Mój kundel, Gutek, żałośnie zapiszczał pod stołem. Starsza siostra posyła mi słodki uśmieszek.
- Mała się znowu zakochała!
- Ktoś z naszej dzielnicy? – pyta starszy brat.
- Nie. Jest z drugiego brzegu Wisły – tłumaczę.
- To dokopię mu dwa razy tyle!
Akurat! Mimo protestów moich najbliższych, w listopadzie wyprowadzam się do Aleksandra. Oczywiście wcześniej był obiad zapoznawczy. Aleksander wypadł całkiem przyzwoicie i solidnie, ale nie złagodziło to oporu rodziców. Postawiłam na swoim. Spieszno mi do życia po swojemu.
Stoję niepewnie w przedpokoju ze spakowaną torbą. Ojciec klepie mnie po ramieniu i wciska w rękę zwitek banknotów.
- Nie mów mamie – zakazuje ciepłym, przyjaznym głosem.
Mama woła mnie do kuchni. Wracam i spod spuszczonej głowy widzę, jak otwiera torbę i wtłacza do niej dwa nowe, chińskie ręczniki. Miękkie, kolorowe, wystane kiedyś w kolejce w sklepie MHD.
- Weź – podaje mi kartkę na mięso – Twój przydział. Szczęśliwi też muszą jadać.
Uśmiecha się do mnie zatroskana, jak wtedy, gdy byłam chora na grypę. Zawsze czujna, zawsze z uczuciami na wierzchu.
Wzrusza mnie to, co pamiętam. Spracowana dłoń na moim czole, rozwalona głowa o kaloryfer po szalonej gonitwie za Gutkiem, bijatyki z rodzeństwem, przypalona zupa mleczna, zapach hiacyntów, którymi ojciec obdarowywał mamę na wiosnę.
Brat kiwa głową.
- Uważaj na siebie – warczy
- Bo co ?
- Bo cię lubię.
Pokazuję, żeby się odwalił, ale zaraz robię ustami dziubek i posyłam głośnego całusa.
- Co jest? – pytam – Przecież nie jadę za siódme morze. Jak się urządzę, to wrócę po Gutka.
Macham im na pożegnanie, przybieram minę twardziela, dodaję uśmiech. A oni dziwią się, jaka to jestem całkiem dorosła.
...
Długo nie otwiera drzwi. Wreszcie jest, gapi się z uśmiechem od ucha do ucha, bierze moją torbę. Potykam się lekko na progu. Jezu, myślę, od razu potknięcie? Na progu mojego nowego życia? I zaraz krzyżuję palce na szczęście.
- Matko! Zmęczona jesteś?
- Nie. Wcale. Dodałeś mi skrzydeł, czy jak?
- Też tak mam. Chce mi się latać.
W środku rzucam się na fotel, zapalam papierosa. Między kolanami foliowa reklamówka ze skarbami. Rozglądam się po pokoju: mosiężny żyrandol, masywne biurko, półki z książkami, żółta, stojąca lampa, telewizor, zielona kanapa, szafeczka z czarnym, niemodnym telefonem, „martwa natura z imbrykiem”, plakaty, dwa popiersia z brązu - twarze znajome z poprzednich wizyt. Przez smugę papierosowego dymu spotykam się z nimi kolejny raz. Tym razem zostanę na stałe. Puszczam oko do osłupiałego w brązie, brodatego Marksa. Leninowi pokazuję środkowy palec, bo patrzy z ukosa, jakby odmierzał pierwszą pięciolatkę.
Mały pokoik urządzony jest w stylu gabinetu. Przytulności dodaje miękki dywan i dwa wygodne fotele. Jeden przy biurku, drugi obok, dla mnie.
Z reklamówki wydobywam trzy ulubione kubki – do herbaty, do kawy i do patrzenia, bo ładny, z obrazkiem ślicznej pastereczki, pamiątka po babci. Mam też niewielką kolekcję pudełek po zagranicznych papierosach. Zawisną na słomianej macie nad biurkiem. Na parapecie ustawiam doniczkę z małym , cytrynowym drzewkiem, osobiście wyhodowanym z pestki. Reklamówka jest duża, ale mieści w sobie jeszcze więcej. Przydźwigała bardzo ważną kosmetyczkę, tę zawsze spakowaną do wyjścia oraz pudełko z fotografiami, między którymi znajduje się bibułka z zasuszonym goździkiem - pierwszym, kwiatkiem na Dzień Kobiet. Na dnie spoczywa brązowy kamień na szczęście i druga szminka na wszelki wypadek, gdyby ta z kosmetyczki gdzieś się zawieruszyła.
- Trzymaj, to dla ciebie – Aleksander wyciąga rękę z pękiem kluczy zawieszonych na dużej agrafce.
- Do twojego mieszkania?
- Do naszego – poprawia i dodaje – Powiedz, że mnie kochasz i weź te klucze.
- Yhym.
- Co yhym?
- Yhym, że biorę klucze.
- Nie. Najpierw powiedz.
- Ejże, ty uparty filozofie od wymyślania! Dawaj klucze.
- Nie.
Łapię go za sweter, przyciągam bliżej.
- Ciągnie cię do mnie, co ? – śmieję się
- Wbrew mojej woli, mały zarozumialcze.
- Nie bronisz się zbyt mocno.
- Byłbym idiotą – puszcza do mnie oko – Nie zagaduj. Mów!
Wspinam się na palce i całuję w ładnie wykrojone ucho. Obejmuje mnie mocno, czuję przyjemne ciepło. Jego ciepło.
- Wiesz, że tak – szepczę w granatowy sweter.
Chwilę stoimy bez ruchu, wciśnięci w siebie.
- No! I tak masz się witać zawsze – mruczy zadowolony wkładając klucze w moją dłoń.
Poczułam się prawie, jak u siebie w domu. Będziemy go malować marzeniami, radościami, bez żadnych deseni w smuteczki, nie inaczej. Życie to taniec. Radość, śmiech – tu i teraz. Łzy dopiero, jak trzeba będzie odejść, ale przecież my „zawsze i zawsze”.
Aleksander ma trzydzieści pięć lat, sto osiemdziesiąt siedem centymetrów wzrostu i jest typem samotnika, choć twierdzi, że beze mnie jego mieszkanie było bezdomne, że dusił się w tej cholernej samotności.
Zwykle łazi nonszalancko skrzywiony, z dekadencką miną. Ubiera się w to, co akurat ma pod ręką. Najczęściej są to stare, rozciągnięte swetry zakładane na bure t-shirty. Do tego duże okulary w grubych oprawkach. Jest inteligentny i oczytany.
Lansuje teorię, że światu może pomóc jedynie Marks, pod warunkiem, że dołączy do niego Engels i sam Lenin, choć z Leninem nie przesadza zanadto. Święta trójca Aleksandra. W imię Marksa, Lenina i Engelsa. Amen.
Jest adiunktem w Katedrze Filozofii, specjalizuje się w marksizmie-leniniźmie. Z przekonaniem i z patosem, naucza o tym studentów, ku ich zmartwieniu, a radości władzy ludowej. Takie czasy, że na wszystkich uczelniach w Polsce , obowiązkowo naucza się marksizmu, jako filozofii, która wyjaśnia sens rzeczywistości, kształtuje sposób myślenia i wartościowania. Nienormalnie normalnie!
Aleksander też jest nienormalnie normalny, a może raczej normalnie nienormalny, z tym swoim uwielbieniem Marksa i Engelsa. Ma w domu ich portrety na plakatach, popiersia z brązu i cytuje ich dzieła z pamięci. Dziwak, ale ja zwykle przyciągam dziwaków. Wydają mi się ciekawsi niż niedziwacy.
Żartuję z niego, parafrazując znany dowcip „z pamiętnika komunisty”.
Dzień z życia Aleksandra:
Rano otwiera oczy, a na plakacie - Marks
Po śniadaniu otwiera książkę – Lenin
W południe otwiera gazetę: Engels
Czas wieczornej kolacji – boję się dać mu do otworzenia konserwę rybną.
Dokuczam mu żartobliwie. Na szczęście ma poczucie humoru, a ja wykazuję zrozumienie, że jestem u niego na ważnym, trzecim miejscu, zaraz po Marksie i Engelsie, jeśli nie brać pod uwagę Lenina.
Aleksander sam szykuje kolację. Wygląda przy tym, jakby miał potrzebę posiadania własnego, tylko swojego świata. Samotnik, któremu nie przyjdzie nawet do głowy, że mógłby to robić z kimś, wspólnie. Tak to odbieram. W moim domu przygotowywanie kolacji było tłumne, gwarne, pełne okrzyków: „Nie jem chleba! Odchudzam się!”, „Ja poproszę dużo musztardy”, „Nie lubię parówek, dajcie mi serek topiony”, „komu masła?”.
Aleksander milczy, za to czajnik kipi radośnie, wypuszcza gęste kłęby pary.
- Zrobię herbaty – oferuję pomoc.
- Co? Ach, tak. Dobrze.
Kuchnia jest niewielka, ale mieści dwa stołki przy malym stoliku. Pierwsza wspólna kolacja, bez pośpiechu, bez tego „zaraz ostatni autobus”. Zachłystuję się wolnością, dorosłością. Pełnia szczęścia. Już nie muszę liczyć czasu od spotkania do spotkania, dni, tygodni bez niego, bez nas. Jesteśmy razem.
Na patelni skwierczą obtoczone w bułce tartej kawałki kurczaka, na talerzach czekają czerwone plastry pomidorów z cebulką. Aleksander otwiera butelkę czystej, brzęczą kieliszki.
- Naleję ci, napij się jednego.
- Tylko, że ja potem dużo gadam.
- Nie szkodzi. Nigdzie się nam nie spieszy, mogę długo słuchać.
Pijemy za „my”, za „zawsze i zawsze”, za dobry czas i żeby lepiej, za smutno i za wesoło, za kochanie, co nas porusza i za „panią, co się panu podoba”.
Gdy pijemy za dużo i za często, wielgachny księżyc wplata się w nocne firanki na oknie. Przez moment jest północ, potem zaczyna być jutro.
Rzucam obgryzione udko na talerz, oblizuję palec. Aleksander niespiesznie dusi papierosa w popielniczce. Zamyśla się, jest nieobecny.
- To co ? Posprzątam – proponuję.
Nie protestuje. Wstaje, pospiesznie wypija resztkę herbaty i znika w pokoju. Ja też się spieszę. Trochę kręci mi się w głowie.
- Bardzo romantyczne. Nie ma co – myślę zmywając talerze.
Wychodzę z kuchni, złorzeczę uderzając łokciem we framugę, zaglądam na chwilę do toalety i wreszcie wślizguję się w ciemny prostokąt otwartych drzwi do pokoju.
Płowe światło głaszcze pośpione ściany, meble, martwą naturę z imbrykiem, ziewający zegar wskazujący pierwszą. Lampka nocna zostawia nikłą poświatę na stosach papierów na biurku, małej maszynie do pisania, kalendarzu pomazanym od notatek, brudnej szklance z fusami od kawy, popielniczce pełnej niedopałków. Jest cicho i spokojnie. Obłędny kącik, myślę patrząc na biurko.
Aleksander siedzi pochylony nad blatem, zaczytany, pochłonięty, myśli mu się myślą, układają, a może rozłażą.
Rozpinam dżinsy i machając nogami porzucam je na podłodze. Wskakuję na swój fotel, siadam z podkurczonymi nogami.
- Co tam u ciebie nocą? – pytam radośnie.
- Hm? - mruknął i wrócił do książki.
Czynność ta wyraźnie uodporniła go na słowa ciemnych blondynek o brązowych oczach.
- Chodź tu? – nie pozwalam się zbyć. Alkohol dodaje animuszu.
Plecy Aleksandra drgnęły, myśli łapią rzeczywistość.
- Nie! – mówi dobitnie, powoli, odwracając do mnie głowę, mruży oczy pod okularami – Właściwie, co ty sobie myślisz?
- Dobrze sobie myślę. Bo bezwstydnie i nieprzyzwoicie.
- A dokładniej?
- Myślę, że masz ładne ucho i sprytny kolor oczu.
- To ma być nieprzyzwoite? Choć przyznam, że miłe i poruszające.
- Nieprzyzwoite jest to, co najbardziej seksowne.
- Chcesz powiedzieć, że mam seksowne ucho? Prawe czy lewe?
- Lewe trochę bardziej
- W życiu nic podobnego nie słyszałem! – jest wyraźnie ubawiony.
Niespiesznie wstaje, po drodze na kanapę ciągnie moją rękę , siada i ustawia mnie sobie między kolanami.
- No, to teraz sprawdzimy, jak bardzo nieprzyzwoicie myśli moja dziewczyna.
Żółte światło lampki dygocze drżącymi ramionami, zostawia ślady rozradowane zachwytem, mruczące, uderzające falą w podbrzusza.
Potem spokojne, półprzymknięte oczy, nasze monologi w pościeli, wypalony na spółkę papieros. Noc pełna szeptania o wspomnieniach z przeszłości, opowiadania o sobie. Tulę się do Aleksandra , klnę chłopaka, który mnie kiedyś porzucił, narzekam na władzę ludową, znów się do niego tulę, żalę się na kłopoty z kupowaniem czegokolwiek w sklepach, opowiadam o swojej przyjaciółce „na śmierć i życie”. I tulę się, on się tuli, zasypiamy, zasypiamy, zasypiamy...
Rzeczywistość odpływa ode mnie. Wydaje mi się, że słyszę, jak brodaty Marks mówi do mnie słowami z „Dzieł” :
- „Człowiek jest najwyższą istotą dla człowieka”
Od razu przyznaję mu rację. Mój człowiek leży obok na flanelowej poduszce. Jest wysokim facetem – kto wie czy nie najwyższą dla mnie istotą. W każdym bądź razie tej nocy najważniejszą na świecie.
Czy może mi się to wszystko śnić?
Marks kiwa głową nade mną , jaka to się zrobiłam dziś wyalienowana ze społeczeństwa.
...
Tobiasz jest najlepszym przyjacielem Aleksandra i jego szefem. Wali w drzwi po 22-iej i wrzeszczy:
- Otwieraj! Otwieraj! Wiem, że jesteś w domu!
- Wiesz, która godzina? – pyta Aleksander
- Aleksy, co ty mi tu czasy wypominasz? Masz flaszkę?
- Mam.
- To mamy dwie!
Obaj ryczą ze śmiechu, robią „niedźwiedzia” na przywitanie, jak ruskie chłopaki. Wpadają objęci do pokoju, poklepują się po ramionach.
Tobiasz staje, jak wryty na mój widok.
- To moja dziewczyna – mówi Aleksander – Mieszka tu.
- Jak to się stało, że tak późno się poznajemy? - pyta urażonym głosem.
Normalnie się stało, myślę. Z niezrozumiałego powodu opanowuje mnie wściekłość, niechęć od pierwszego wejrzenia. Może dlatego, że ścisnął mi bardzo mocno rękę, aż zabolała, a może dlatego, że z rozpędem rzucił się na mój fotel. Zresztą trwa akurat jeden z tych trudnych dni i czuję się bardzo zmęczona. Uśmiecham się krzywo.
- Nie wiem, jak to się stało – mówię szorstko.
- Młódka! – Tobiasz zwraca się do Aleksandra – Młoda i ładna. Gdzie ją znalazłeś?
- Na plaży. Siedziała na koszu i machała nogami. Studentka.
- Twoja?
- Nie, SGPiS.
- I chciała cię?
- No. Sam się dziwię.
- I co teraz?
- Teraz? Czuję, jakbym stanął na nogi i ostatnio widzi mi się wszystko w różowych kolorach.
- To się tego trzymaj, stary. Tylko nie przesadzaj.
Rozmawiają, jakby mnie nie było. O mnie, beze mnie.
- Napije się pan herbaty? – wtrącam grzecznościowo.
- Jaki pan? Tobiasz jestem. I napiję się, owszem. Wódki.
Jest starszy od Aleksandra, mniej więcej w wieku mojego ojca. Garnitur, krawat. Siwe, krótkie włosy, zadbany, dobrze się trzyma.
- Mam na imię Ela - wykrztuszam stłumionym głosem
Łapie mnie za ręce, całuje obie, jedna po drugiej.
- Aleksy! Polewaj, polewaj, bo nam z Elą bruderszaftu trzeba.
Stuka w mój kieliszek, wypija i robi dziubek do całowania. Udaję, że nie widzę. Jestem niewzruszona i sztywna. Tobiasz nie ustępuje, łapie za głowę, wymusza pocałunek. Ma mokre, piekące wódką usta. Przestaję go lubić na zawsze.
- Uważaj – Tobiasz zwraca się do Aleksandra – Bo się ożenisz.
- Jesteś kawalerem? - pytam
- Od dawna żonaty.
- Dlaczego nie wpadłeś tu z żoną?
- Bo ona nie pozwala mi pić, a dziś chciałem się porządnie ubzdryngolić.
- Może dlatego ci nie pozwala?
- Aleksy?! Ech, wygadana, co ? – kręci głową, drapie się za uchem – Ale ładna jest, cholera.
Aleksander przynosi z kuchni stołek dla siebie, ogórki i „mazowszankę” na zakąskę. Odsuwa papiery na biurku, ustawia naczynia.
- Zdrowie – Tobiasz wyciąga do mnie kieliszek – zdrowie i wszystko dla naszych dam. No, to jest dopiero ciekawy ludzki obyczaj.
Zapalają papierosa i ględzą w oparach dymu. Myślę o kolorze bluzki, którą wystała w kolejce moja koleżanka ze studiów. Myślę, że w sumie mało mamy kasy, ale muszę namówić Aleksandra na nieprzyjemność pod nazwą „wydatek”. A jutro kolokwium, nic nie umiem, cholera.
Dwaj nonszalanccy osobnicy piją i wzajemnie się w tym wspierają, pilnując, żeby żaden z tej nonszalancji się nie otrząsnął. Wydaje się im, że są lepsi, fajni, wyluzowani.
Jeden i drugi mają tak samo „mocną głowę”, mogą dużo wypić i dobrze się trzymają.
Tobiasz z apetytem zajada się kwaszonym ogórkiem. Aleksander polewa następną kolejkę.
- Napijesz się jeszcze ?
Kręcę głową. Tobiasz nie popuszcza.
- Chociaż symbolicznie. Kropelkę.
- Nie chcę. Tak postanowiłam.
- No, nie bądź dzieckiem. Alkohol nie szkodzi. Naprawdę!
- Nie.
Jestem uparta, wściekła. Przez „nie” chcę zamknąć drogę do siebie. Muszę chyba groźnie wyglądać, bo obaj trzymają się z butelką z daleka.
- To co? Za zdrowie? – spoglądają na mnie.
- Nie wiem za co.
- Za miłość wieczną ? – Tobiasz uśmiecha się z przekąsem – jest coś takiego?
Wypijają jednym haustem.
- Właśnie – Tobiasz nie patrzy na mnie – jak myślisz? Kto pije w poniedziałek? Szlag by to trafił. Zasiedziałem się wczoraj u znajomego, wypiło się trochę, a robi naprawdę dobry bimberek. I od rana z kacem gigantem, a terminy gonią, jak psa, tyle do pisania. To cały dzień siedziałem, składałem myśli, żebym mógł pisać ten cholerny referat. Zostawię ci, poczytaj, powiedz, co i jak. Nalej jeszcze, napijmy się.
Siedzą już nad druga butelką, alkohol wprowadził ich w stan zadowolenia i wesołości. Zerkają w moją stronę.
- Trzeba mieć farta, cholera. To w życiu istotne – mówi Tobiasz.
Ma na myśli mnie. Wiem.
- Farta? A nie lepiej rozum? – wtrącam chłodno.
- Kobiety nie weźmie się na rozum. Takie życie.
- Co to znaczy „takie życie” ? Życie mamy w sobie, tam ono przebiega.
- O, widzę, że mamy ochotę brnąć w rozmaite rozważania.
Wzruszam ramionami. Nie chce mi się z nimi gadać, rozmowa przestaje się kleić.
Mam ich dosyć. Ja chcę spać! Zabijam Tobiasza w myślach. Aleksander spostrzega, że coś bardzo nie tak.
- Polej strzemiennego – mamrocze
- Się mówi, się ma. Za uroczą gospodynię, za jej kolanka.
- Uważaj, Tobiasz. Bo dziewczyna zaraz nas obu wymiecie za drzwi, razem z flaszką, choć ona nie winna.
- A ty, Aleksy, pij, kurde, bo mało czknięty jesteś.
- To teraz za zdrowie, Tobiasz. Do dna. Bez oszukaństwa.
Podnoszą równocześnie kieliszki i wychylają jednym haustem.
- Chodź, odprowadzę cię kawałek.
Aleksander wychodzi do przedpokoju po płaszcze. Wstaję, żeby się pożegnać.
Tobiasz wyjmuje z kieszeni notes, wyrywa kartkę, pospiesznie bazgrze długopisem cyfry, wciska papier w moją dłoń.
- To mój numer telefonu. Zadzwoń, umówimy się.
- Po co?
- Pogadać, zabawić się. Tylko ciii.
Wychodzą razem. Gapię się na kartkę z numerem telefonu Tobiasza.
- Fajny facet – mówię na głos i uroczo się uśmiecham – dobry dla dziewczyny, która lubi ten typ mężczyzn.
W mieszkaniu panuje cisza, nikt się nie odzywa.
- Ja nie lubię – dodaję.
Znowu nikt nic na to nie powiedział. Jeszcze raz spoglądam na kartkę, a ktoś się wreszcie odzywa ze wstrętem.
- Dupek!
Głos niezwykle przypomina mój własny. Bezlitośnie gaszę papierosa na głowie Lenina. Po drodze do toalety drę kartkę na strzępy, wewnątrz uruchamiam spłuczkę. Zbiornik ponuro bełkocze, gdy z zadowoloną miną strzepuję ręce z niewidzialnego pyłu.
Potem biorę prysznic. Woda jest cudownie ciepła. Nie za gorąca, nie za zimna. Dokładnie taka, jaką lubię. Spłukuje zmęczenie, wściekłość i Tobiasza.
Kiedy wkraczam do pokoju owinięta ręcznikiem, Aleksander już tam jest.
- Nie lubię Tobiasza – informuję od progu.
- Daj spokój - uspokaja – on wyszedł, a ty jesteś tutaj i to jest ważne.
Dobra, myślę, nie będę mu o nim mówić. Fajny przyjaciel mojego przyjaciela, nie ma co.
Wreszcie leżymy razem w pościeli. Aleksander spokojnie zasypia i czka od czasu do czasu w ciemność nocy. Mrok jest smutny, stękliwy, brzydki.
Z cichości wypełza smuga cienia po znikłym za drzwiami Tobiaszu. Ogarnięta smutkiem zasypiam. Śni mi się, jaka to jestem niedobra dla przyjaciela mojego mężczyzny.
...
CDN |
|