| joliana |
|
 |
 |
| Dołączył: 06 Paź 2006 |
| Posty: 17 |
| Skąd: Czarnków Wielkopolska |
|
|
 |
 |
 |
|
Wprowadzenie
Poni mieszkali wewnątrz ziemi, pomiędzy grudkami było ich miejsce. Były to malutkie przestrzenie, w których mogli prowadzić życie. Nie było tego wiele dla jednego, ale przemieszczając się w różnych kierunkach zdobywali coraz więcej. Nie odczuwali zimna czy gorąca. Ich temperatura pochodziła z wewnątrz, chociaż nie posiadali organów. Rodzili się razem, będąc jedni w drugich-nie mieli żyć sami. Można powiedzieć, że nudno być zdanym na tego samego i to do końca życia, ale tak nie było. Przyjaciel na stałe czy miłość wysyłana w postaci obrazów. Często uśmiechali się we śnie. Tak musiało być, pod ziemią ich oczy przyzwyczajały się do ciemności. Nie szukały innych kształtów- jak te z wyobraźni. Nieraz tylko myśl biegła dalej niż to, co mieli.
W życiu często rządzi przypadek i tak było tym razem. Raf, bo takie imię nadał sobie, natknął się na coś smutnego. Nie wiedział dokładnie co to jest, ale tak czuł. To były kości, zastanawiał się przez długą chwilę- skąd mogły się tu wziąć i dlaczego? Zaczął kierować się w nieznana stronę. Ta ciekawość popychała go coraz wyżej i wyżej, aż do cieniutkiej warstwy, która była mocno rozrzedzona. Czuł się dziwnie, jakby unoszony przez nieznane. Drażniły go oczy, mrużył. Powoli zaczynał przyzwyczajać się do światła. Na szczęście to był pochmurny dzień, słoneczne promienie nie macały wszystkiego. Rozejrzał się wystawiając mały fragment siebie, bardzo ostrożnie. Nie musiał tak uważać, był niedostrzegalnej wielkości. Dla siebie spory, ale dla żyjących na powierzchni - nie do wypatrzenia.
Dziwne miejsce, cisza i kolory poukładane na wybrzuszeniach, przy wszystkich krzyże, drzewa z szumiącymi konarami. Mógł określić- to ładne miejsce i takie inne od tego, co znał.
Zaczął przychodzić codziennie, lubił tu przebywać. Towarzyszyło mu przekonanie, coś się tu kiedyś działo. Zobaczył bardzo dużą postać: jasne włosy, długie i wijące się na skroniach. Podobały mu się oczy: jasne i przezroczyste. Bał się, ale chciał dowiedzieć się czegoś więcej. Siedziała obok krzyża, twarz miała pokryta płynącą otoczką. Wydobywała się z tych przezroczystych oczu. Zastanawiał się z Beą( druga częścią) po co tak siedzi, zmienia siebie. Zaczęła szeptać o smutku i stracie. Zrozumieli- ludzie tracą swoje wnętrza, ich miłość, może umrzeć. Wtedy pomyśleli- mamy lepiej.
Wejście do krainy Poni
Teraz baczniej przeglądali myśli. Nie mogli dotknąć siebie i ten strach spotkany w innym świecie pozostał. Nie było to logiczne, przecież nie umieli tęsknić, a nawet nie wiedzieli, co to jest. Zostało dziwne uczucie kłujące ich myśli. Kości i łzy kobiety, żłobiące jej policzek wryły się w nich. Raf wsunął się głębiej. Miękkość grudek uspokajała, tylko Bea patrzyła i patrzyła na znikający cmentarz. Zaczęła śpiewać dziwną piosenkę:
dole mino sofis
daleko mieszka światło
alea noter santumi
pod ziemia czeka cisza
gea gea ortis
tam tam nasze życie
- Potrafisz śpiewać? -Raf zatrzymał się na chwilę, by zrozumieć słowa.
-Nigdy nie słyszeliśmy swoich głosów, wydawało się, że jest to niepotrzebne, a jednak takie piękne- ta melodia dotyka mnie z innej strony.
-Śpiewaj Beo, śpiewaj dalej.
To była pora, w której szukali wyznaczonego szlaku, schodzili głębiej. Tajemny rytuał, na który przychodzili. Nie musieli znać kierunku wystarczyło wyczucie, które mieli wykształcone najlepiej. W milczącym świecie, ciemnym i głuchym liczyło się tylko magiczne odczuwanie. Nie mieli szans na pomyłkę, tu trzeba było być bardzo ostrożnym. Mieszkanie pod ziemią to nieraz pułapka , która czyhała jak krwawa niespodzianka. Ktoś kto obserwowałby nadchodzące wydarzenia uznałby je za,, kalejdoskop” zdarzeń.
-Będą Orpi, właśnie dostałem wiadomość, że tym razem ich nie zabraknie.
-Boję się , pamiętasz ostatnio?- została głucha cisza, oni są źli. Krzywdzą, tylko nie wiemy, co robią. Dlaczego mam takie myśli? Zawsze tak ich widzę- pokraczna natura, mogąca zaatakować w dotkliwy sposób.
-Przesadzasz, nigdy ich nie widzieliśmy, nawet nie słyszałam szelestu ich ciała. Wiemy tylko, że są,. Dostałem przekaz od Fiona.
- Jeszcze żyje, nic mu się nie stało? Tak dawno nie dawał znaku życia.
- Masz racje, chociaż twierdzi, że to już jego ostatni rytuał, a potem zostanie Gordem.
-Zostać Gordem do tego dążymy, to musi być piękne. Tajemne ogniste przejście i miejsce gdzie można żyć. Wiesz, marzę o tym- tam musi być inaczej.
-W tym roku mamy kierować się do samego środka, rzadko tam bywamy.
- Wiesz gdzie?- myśl Bei skurczyła się, jakby wyczuwała niebezpieczeństwo.
- Tam nie ma grudek, jest przestrzeń bardzo płynna, otacza nas jak powietrze.
-Byliśmy tam tylko raz. Pamiętam, wtedy widziałam żółte obrazy, najeżone czerwonymi kolcami. Było tak przyjemnie, tego się nie zapomina. Byli inni mieszkańcy naszego świata,
czułam, że chociaż tak się różnimy jesteśmy tym samym.
Mogli zejść do wnętrza dzięki innej budowie ciała i braku reakcji na temperaturę. Przychodzili wszyscy, nawet z najdalszych zakamarków ziemi.
Czerwono-złota konstrukcja i paląca temperatura pozwalała im na przeobrażanie się. To był czas podziału. Najpierw ich powłoka rozciągała się, rozluźniała stawała się płynna. Brunatna maź jak ziemia, do której przywykli. Z każdej większej części powstawały trzy nowe skupiska. Po podziale natychmiast kurczyły się jakby chciały schronić wyrwany kawałek siebie. To było nowe życie, które otrzymywali podczas obrzędu ognia. Właśnie tu nowi mogli przyjrzeć się pozostałym, poznać całą resztę, tak dziwną jak miejsce w którym żyli.
Zaczynało robić się coraz jaśniej. Nie było to zwykłe światło. Złote opary z czerwonymi prześwitami, które wyglądały jak kolce zawieszone w przestrzeni. Wysoka temperatura nie przeszkadzała, unosiła dziwny zapach wnętrza, ciepłego i bezpiecznego jak w brzuchu dobrodusznego olbrzyma, karmiącego spokojem swoich podopiecznych . Tu właśnie mieli się spotkać i uczestniczyć w corocznym rytuale.
- Jesteśmy na miejscu, widzę krystaliczne kamienie otaczające otwór.
- Siedzi już Fion? Udało mu się dotrzeć przed nami? -Raf zaczął się rozglądać, wypatrując najmniejszego z nich. Fion był bardzo drobnej budowy, ale mocno zaokrąglony. Jego bura, gładka powłoka ciała napięta była mocno- jakby chciała pęknąć. Z niej wystawały krótkie kosmate nóżki. Malutki ryjek i bardzo duże czerwone oczy tworzyły sympatyczny wyraz. Spiralne uszy wyrastały z boku. W miarę potrzeby można je było rozprostować i wychwycić dźwięki. Nikt nie wiedział, ile miał lat, nawet on sam zgubił wiedzę na ten temat.
- Jeszcze go nie ma. Pamiętasz , że jest najstarszy i nie porusza się tak sprawnie jak my.
- Tęsknię za nim, zawsze zna tyle opowieści i potrafi pokazać obrazy, których nie widzieliśmy. Długo przebywał na powierzchni. Kiedyś żył wśród ludzi, wiele o nich wie.
Często myślę o tej kobiecie, którą widzieliśmy na cmentarzu- nie mogę o niej zapomnieć.
-Ja też zastanawiam się , jak to jest być samemu . Straciła kogoś ważnego. Dobrze, że ja mam Ciebie i nie rozstaniemy się, bo to jest niemożliwe- Raf przesłał uśmiech Bei z zapachem podziemnych kwiatów.
- Cha, cha wiedziałam, że tak powiesz, a kwiaty lubię, zawsze wiesz , które wybrać.
- Madam spełniam twoje marzenia, ogniste Ertarie rosną tylko tu i nie mogłem się oprzeć pokusie sprawienia przyjemności- może będziesz milsza i przestaniesz tyle gderać ( Raf uśmiechnął się sam do siebie- wiedział jak zareaguje Bea).
- Ja gderam? No to teraz będę gderać, szczególnie jak będziesz chciał przebywać w snach. Nawet wiem, jak to zrobię. Zamierzam potrząsać obrazem, który sobie przywołasz. Będzie pojawiać się i znikać. A potem rzucę grudkami ziemi w sam czubek twojego ryjka. To Ci się na pewno spodoba.
- Jesteś niedobra i następnym razem nie dostaniesz kwiatów, chyba , że zasłużysz.
Krystaliczne kamienie były prawie zajęte. Siedzieli już inni Poni. Nie było ich wielu. Przebywanie w takim miejscu jest bardzo trudne. Ciemne i ponure, ale oni kochali je, nie zwracając uwagi na warunki w jakich żyli.
Im było wolno na nich siedzieć - prawowitym mieszkańcom, dumnie noszącym nazwę Ponów. Byli pierwsi i stanowili korzenie wszystkiego, co żyło w niezbadanym wymiarze.
- Widzisz za nami są inni, to chyba są Orpi, im nie wolno podejść do kręgu. Nie podobają mi się, chociaż nigdy nie mieliśmy z nimi do czynienia.
Mieli długie i wijące się cielska, z których wychodziło dwanaście par otworów gębowych. Pod szklistą powłoką przemieszczały się pęcherzyki gazu w wielu kolorach. Nie mieli kończyn, a potrafili błyskawicznie się przemieszczać. Zwinnie przechodzili przez każdą grudkę ziemi. Nie potrzebowali tych małych skrawków powietrza, nauczyli się żyć bez nich i z tego powodu byli bardzo zadowoleni.
-Beo zobacz idzie Fion. Zająłem mu miejsce koło nas. Może opowie , gdzie był i dowiemy się czegoś o Orpich- Fion przysiadł się do nich, była już najwyższa pora. Z wnętrza świetlistego otworu, otoczonego kamieniami Nali ( tak nazywano kryształy cudu) zaczęła wypływać święcąca przezroczysta lawa. Jak długi język, który chciał dotknąć wszystkich.
Powoli naznaczała ich, bo tylko tak można było dokonać podziału. Czekali na ten moment zapadając w sen ułatwiający kontakt z wnętrzem ognia.
Przed rytuałem ognia
W głębokim śnie ukazywały się wrota. Zbudowane z warstw czasu, każdą wyznaczały naniesione godziny. Przeniknąć je mogła myśl wolna, wydobywająca się z uśpionego ciała.
Szybka jak światło, z którego była zbudowana. Za nimi znajdowała się komnata, której ściany tworzył błękitny ogień o srebrnym blasku. Pomiędzy płomieniami krążyły czarne iskry, zderzając się podsycały go jeszcze bardziej. Najstarszy o największej skali odczuwania nie palił – to Wastu zwany przez Ponów świętym ogniem życia. Zanim przeszli przez wrota mieli czas dla siebie. To były godziny dzielenia się tym, czego doznali i co udało im się zobaczyć. Właśnie na taką chwilę czekała Bea , zaciekawił ją świat na powierzchni. Chciała dowiedzieć się czegoś więcej o ludziach.
- Fionie! Tori so ( w języku Ponów oznaczało określenie miejsca snu). Bea wybrała ciemnozielone jezioro ukryte pomiędzy szarymi skałami. Porośnięte Kartikami, olbrzymimi żółtymi kwiatami. Ich płatki były tak stabilne, że można było śmiało na nich usiąść. Wodne grzywacze, ruchliwe rośliny wydobywały się z głębin. Długie wijące się łodygi zakończone giętką częścią w kształcie dwóch palców. Chwytały kwiaty, by kołysać uśpionych.
-Tu jesteś Beo! piękne miejsce wybrałaś, niezwykłe i zachęcające do opowieści. Jak tam Raf?
- Świetnie, właśnie kręci się na karuzeli cyrkowej i przeskakuje z jednej ławeczki na drugą. Nie będziemy mu przeszkadzać, niech bawi się dalej, lubi zachowywać się jak dziecko…
- To w nim też lubię, jego zdolność do pozostawania dzieckiem. Niesforna natura nieokiełznana . Niech taki będzie do końca( Fion przypomniał sobie zabawy z dzieciństwa i uśmiechnął się).
-Byliśmy na powierzchni, tam żyje się inaczej. Jest tyle barw i światło, które kładzie promienie na wszystkich częściach tworzących całość.
-Nieźle się tam żyje, chociaż nie zawsze jest tak pięknie i wesoło. Nieraz wiele smutku można dostrzec. Wśród ludzi jest go najwięcej. Oni tworzą go, nie zwracając uwagi na sposób powstawania.
- Widziałam postać, siedziała, a twarz miała pokrytą wodą.
-To są łzy, tak ją nazywają. Najczęściej płaczą kiedy coś stracą. Chociaż widziałem też jak śmiali się i płakali jednocześnie. Długo przebywałem w miejscu ,na który mówili ogród. Był tam krzew pokryty czerwonymi kwiatami. Miał płatki zwiewne i delikatne jak ledwo co rozpalone ognisko.
-Musiały wyglądać pięknie, chciałabym je kiedyś zobaczyć. Zaczynam Ci trochę zazdrościć takich obrazów.
-Nie ma czego, akurat przy tych kwiatach poznałem ich smutek. Spotkałem postacie zawsze siadały w pobliżu. Tworzyli parę, oni żyją osobno, ale też razem. Wybierają siebie i chcą się kochać do końca życia, tylko tak często ranią swoje uczucia, że wielu to się nie udaje. Na początku on z taka radością biegł do niej, przynosił uśmiech i kwiatki zerwane lub kupione po drodze. Kładł na jej dłoniach i przytulał całując na powitanie. Mogą gestem pokazać to, co czują.
-To musi być piękne, nie tylko widzieć, ale też czuć ciepło drugiego( Bea rozmarzyła się).
- Nie zazdrość! - tak jest, ale często oni to sobie wzajemnie zabierają. Nagle przestaje to cieszyć lub interesuje ich inny rodzaj u kogoś nowego.
- Ja bym z tego nie zrezygnowała- Bea zaczęła sobie wyobrażać jak Raf robi to samo.
- Po jakimś czasie…przychodził tak, jak zwykle, ale zapominał o kwiatach, często się spieszył i rozmowy ich nie były już takie radosne jak dawniej. Ona coraz częściej była smutna, a nieraz, gdy była sama płakała. Pytała - co się stało?, ale on nie widział nic złego, nie rozumiał, nieraz nawet był wściekły- bo czego od niego chce. Zawsze się starał, jest i ma tylko ją, a teraz nic - tylko marudzenie. Przecież powinna rozumieć, co chce osiągnąć i to dla nich. Gdzieś po drodze zgubiła się miłość, prawda była taka, że ona spowszedniała i nie tworzyła już tego barwnego początku. Była bardziej z obowiązku niż z chęci bycia razem. To dziwne uczucie, często zamiast się rozwijać, gaśnie jak kwiaty, które kwitły opodal. Jak masz ją na co dzień, to nagle przestaje smakować. Tak stało się z nimi, dalej nie wiem, bo musiałem wrócić do wnętrza ziemi. Gdy mogłem znowu pobyć w ogrodzie, to kwitły te same kwiaty, ale obok siedziała już inna para.
-Smutne Fionie, a ja mam na stałe Rafa i wiem, że mi nie ucieknie – gagatek!
- Takie jest nasze życie, moja Olema… jak pomyślę, kiedy przywołuje obrazy, to zaraz się uśmiecham .
- Słyszę dziwne dźwięki – Bea zaczęła nasłuchiwać rozwijając bardziej ucho. Już czas, by podejść do wrót – szepnęła.
Fion powoli wstał i udał się za podskakującym Rafem -chyba jeszcze przeskakiwał z ławeczki na ławeczkę.
Komnata czasu i rytuał ognia
Zawirowania świadomości występujące we śnie to utrata rzeczywistości. Możliwość dostania się do nienamacalnego wymiaru. Niedostrzegalny narkotyk w tej chwili został podany w zmożonej ilości. Faza REM odcinająca od znanych kształtów, nazw występujących w części życia, która było im znana.
Wszyscy stali już przed wrotami- w ich umyśle, istot żyjących w Ziemi musiały mieć kształt drzwi. Tak budziły mniejszy strach. Przejście było łagodniejsze. Gdyby wiedzieli, że nie są nimi, tylko tworzą szereg świetlistych pierścieni, przeszywających jak rentgen. Nie potrafiliby ich przeniknąć , zostaliby w miejscu.
Promienie gama, tylko docierają do wnętrza. To był inny rodzaj, który powoli rozpuszczał powłokę tworzącą ciało. Podczas życia ten kształt tworzy schronienie dla wszystkich doświadczeń i osiągnięć, których doznają. Jest barierą rozdzielającą myśl na dwa obszary: życia i śmierci.
Krąg utworzony przez krystaliczne kamienie( Nali kamienie cudu) rozjarzony był już białym światłem. Tak jasnym, że będący dalej Orpi, chociaż nie posiadali oczu cofnęli się gwałtownie. Jakby wyczuwali niebezpieczeństwo. Siedzący na kamieniach Poni stawali się coraz mniej widoczni. Pochłaniała ich energia Nali. Zewnętrzna powłoka jaką jest ciało została zamknięta wewnątrz i rozpuszczona na pierwiastki z których była zbudowana. Towarzyszyły temu dźwięki wyładowań elektrycznych. Skutecznie odstraszając Orpich. Wewnątrz Nali byli bezpieczni. Tam mieli czekać na podział, który dokonywał się pomiędzy świetlistymi ścianami komnaty czasu.
Fion nie był z nimi, został na swoim miejscu. Tkwił jak posąg wyczekujący na dalszy ciąg. Nie odzyskał świadomości. Jego czas dobiegał końca. Kamień na którym siedział nie posiadał światła, był martwy. Poni nie znali śmierci. Mogli się tylko domyślać wracając po podziale, kiedy co jakiś czas jeden z nich znikał.
Z wnętrza otworu wydobywały się ogniste wybuchy, tworzące coraz to większe języki płomieni. Na każdym znajdowała się postać, chociaż trudno byłoby ją zdefiniować w pojęciu kształtów. Istoty te nie miały stabilnego wizerunku. Przy każdej eksplozji z wnętrza ich kontur zacierał się, był bardziej luźny od tych, które znali. Tworzyły go różowe łuny przemieszczające się bardzo szybko w kierunku Fiona. Tuż przy nim utworzyły szereg kul z takim samym światłem wewnątrz( elektrycznie różowym). Można było się domyślić, że materia ta potrafi nadawać sobie dowolny kształt, w zależności od potrzeb. W tej chwili podzieliła się na dwa oddziały: jeden wytworzył dłonie, które pochwyciły zastygłe ciało, drugi utworzył spiralne koło. Na nim je położono. Obręcze zaczęły się rozstępować. Zamykając go wewnątrz, tylko przez chwile widać było różową smugę, szybko przemieszczająca się w kierunku otworu. Tam znikła wraz z Fionem mającym zostać Gordem. Powstawali właśnie po śmierci każdego Pona.
Oddaleni Orpi zaczęli odczuwać coś w rodzaju zazdrości. Nie rozumieli dlaczego, tylko Ponom wolno było przebywać w pobliżu otworu- to przecież była tajemnica życia, coś co stanowiło początek, z zarazem koniec. Miało siłę, której oni nie posiadali, a chcieli mieć taką samą możliwość. W ich myślach zaczął rodzić się bunt- czuli się gorsi. Chcieli mieć takie same przywileje i możliwość dotarcia do środka ognia.
Orpi mieli wybranego przewodnika, był nim zawsze najsilniejszy i najszybszy. Gaz pod powierzchnią jego skóry tworzył największe pęcherze. Przemieszczające się bardzo szybko. Telimandor właśnie taki był.
-Ustawcie się jeden przy drugim- krzyknął pośpiesznie- zwarcie- dodał szybko. Nie wiadomo co może się stać- musimy być przygotowani na nadchodzący wybuch z wnętrza.
- Masz racje- odpowiedzieli razem. Taki wybuch powstaje, kiedy ktoś dostaje się do otworu.
Orpi przylgnęli do swoich ciał, dokładnie według instrukcji. Gaz krążący pod ich skórą nagle połączył się tworząc rodzaj muru. To była ochrona , która miała ugasić spodziewany wybuch. Jedno wyładowanie można było zlikwidować drugim. Narastały emocje. Z wnętrza otworu dochodził gwałtowny łoskot!
Olbrzymi płomień wydostał się na zewnątrz, wraz z nim szmaragdowe opary przysłaniające widoczność. Brak możliwości widzenia, w tym momencie przydała się Orpim- nie bali się, aż tak bardzo. Powstały obraz dla nich był nie widoczny. Płomień pełz w ich stronę. Przemieszczał się jak szybki wąż, który sykiem toruje drogę. Nagle zatrzymał się! Gazowa zapora działała wytwarzając dodatkowe ciśnienie. W jednej chwili miejsce rozszerzyło się wraz z powstałym hukiem, by potem skurczyć się jak cisza, która pozostała po wybuchu. Tylko sporadyczne dźwięki wydobywały się z kamieni Nali. One nie brały udziały w zjawisku. Stanowiły ochronę dla życia tego co było i tego co powstawało.
Rozsunęli ciała i wrócili na swoje miejsca. Telimandor był zadowolony- czuł- nikomu nic się nie stało. Ani jednego nie ubyło. Gaz dalej krążył pod szklista powłoką całego oddziału. Można byłoby się zastanawiać- skąd wiedział jeśli nie widział, ale umiejętność przekazywania myśli to była sztuka, którą też posiadali. Niemy alfabet wysyłany wraz z falami mózgowymi, a trzeba przyznać, że mózg mieli doskonale rozwinięty.
- Od dzisiaj uczymy się dostrzegać obrazy- powiedział dobitnie Telimandor. Wiem, że jest nam to niepotrzebne, ale chcę, żebyśmy zaczęli przypatrywać się życiu Ponów.
- Przecież nie mamy oczu- odpowiedział jeden z nich. Mamy swoje miejsca i oni nam nie przeszkadzają.
- To tylko złudzenie- odpowiedział Telimandor- przez nich nie wiemy co jest wewnątrz otworu. Ogień, ale czy tylko ogień? Domyślam się , że tam znikają kiedy mają już wiele lat. Udało mi się to wyczuć. Myślę, że ten straszak najstarszy z nich znikł niesiony w dziwnej kuli. Ubyło ich paru. Nie wiem czy wiecie, ale jeden zawsze mieści w sobie kilku. Niech giną! Mnie oni zawsze przeszkadzali. Ten ich przywilej siadywania w pobliżu. Nam nawet nie wolno tam podejść i gdzie tu równe prawa? Jak ich nie ma , to trzeba je nakreślić. Zmienimy je, żebyśmy też mogli przeżyć to samo. Złego czy dobrego tego nie wiemy, ale musimy spróbować. Nie może być tak, w tym naszym zakichanym świecie, że jedni mogą , a drudzy nawet nie wiedzą co się dzieje. Czuję, że przechodzą jakiś rytuał, ale dlaczego nam nie wolno mieć takiego samego?- zapytał wściekły przewodnik Orpich.- Wywalczymy to!- zmieniając wszystko w śniącym świecie. Osiągniemy to, co oni mają teraz- na chwilę zamilkł- dał czas do zastanowienia się .
Biedny Fion w tym samym czasie opuszczał miejsce, które znał. Było życiem i czasem, który kochał. Olema wtulona w jego myśli spała tak samo. Nie wiedzieli, że już nie wrócą w swojej postaci. Czuli to przedtem ,domyślali się tego. Ostanie spotkanie ze swoimi. Wymiana obrazów i potem koniec. Ale każdy ma nadzieję na następne parę lat może się jeszcze uda coś przeżyć. Kula podążała z zawrotną prędkością, aż do samego środka. Tu światło miało pierwotna barwę. Było białe. W chwili zatrzymania się obudził ich dźwięk. Przypominał śpiew Humbaków olbrzymich wielorybów, o których słyszeli przysłuchując się opowieściom pewnego podróżnika. Chlipuuuuuuuuuut dźwięczało w głowie, chliputtttttt świdrowało coraz bardziej.
Fion rozbudził się, widział bardzo ostro. Jego ruchy były sprawne, ale bardziej płynne czuł, że unosi się w temperaturze, która tworzyła rodzaj wymiaru podobnego do wody.
-Olemo obudź się. Proszę przestań już spać. Zobacz co się stało- dobrze czuliśmy. To był nasz ostani rytuał. Teraz jesteśmy wewnątrz ognia i nie wiem co dalej-Olema przeciągała się nerwowo i zaczęła przyglądać się nowemu miejscu.
-Fione tu jest bardzo ładnie- jak kobieta dostrzegała walory zewnętrzne.
- Tak myślisz? –Fion zapytał rozglądając się ponownie.
To było ładne miejsce. Białe światło, jak delikatna mgła uspokajało nerwy, ale coś za nim było.
Trzeba było iść dalej. Udać się w nieznanym kierunku- z musu, a nie z chęci. Fion nie miał wyboru- musieli iść , bo takie było przeznaczenie. Pozostanie , nie przyniosłoby odpowiedzi na dręczące pytanie- po co tu się znaleźli?
W krainie Idii
Szli dosyć lekko. Rozpływali się łącząc z tym co ich otaczało. Nie wiedzieli, że teraz są światłem, energią złączoną w jeden obszar. Czas to powierzchnia rozdzielająca. Występuje w strefie materialnej. Takich obszarów jest wiele i w każdym inaczej przepływa. Przenikamy siebie nie wiedząc, że to on uczy nas określać kształty i nadawać nazwy. Jak w zawrotnej układance! Kiedy jesteśmy w krawędziach potrafimy określić, wydobyć inne części. Widzimy jeśli potrafimy wzrokiem objąć fragment , dopasować do niego określenie. Nie zobaczymy jeśli zatrzyma się ułamek sekundy, który wyznacza granice. Czas pozwala zaistnieć życiu, które poddaje się biegowi zdarzeń. Tak wydobywają się kształty w poznawanej przestrzeni. Tu nie miało to znaczenia. Wszystko przemieszczało się bez wewnętrznego nakazu. Nic nie określało powstawania.
Fion powoli przyzwyczajał się do sytuacji. Szukał myśli Olemy, która wtulona w jego doznania uczyła się być , nazywać siebie i cieszyć się z tego, że potrafią dalej rozmawiać.
-Olemo zobacz wokół nas tysiące iskier i kolorów. Przepływają nie zostawiając śladów. Widzisz te barwne otwory. To chyba są… pęcherzyki?
-Czuję się jak w morzu, w którym zamiast wody znajduje się ogień. Nie pali - to dobrze? -jak myślisz?
- Tak kwiatuniu- lubił ją pieszczotliwie nazywać. Wiedział , że słowo zadziała.- Olema zaraz będzie mieć lepszy nastrój. Jesteśmy w nowej strefie. Tam zostawiliśmy to co już poznaliśmy. Musimy od nowa uczyć się rozumieć co nas otacza.
- Pamiętasz jak uczyliśmy się przekazywać myśli. Najpierw nic nie słyszałeś dopiero kiedy pojąłeś, jak przyjmować moje słowa poznaliśmy siebie.
- Tak jest tutaj! Jeśli uda nam się uchwycić choćby mały kawałek. To nauczymy się rozpoznawać obrazy.
- Ja na razie widzę same punkty, które tak zabawnie krążą wokół siebie. Przenikają lub zatrzymują na chwilę.
-Spójrz pędzą prosto na nas. Złota barwa przenika zostawiając dziwne uczucie. Jakbyśmy należeli do niej. Nie! Teraz jest biała- tak …to biały kolor. Fionie, jakie to dziwne uczucie. Poczuć coś , ale co?- Olema bawiła się tą całą sytuacją. Sprawiało jej przyjemność znajdowanie czegoś nowego.
Fion w tym czasie starał się łączyć punkty w obraz. Było to jednak trudne. Czego się uchwycić? Domyślał się, że nowy wymiar to inne kształty. Jak poznać alfabet… parę znaków?- Rozmyślał trochę przestraszony. Przypominał sobie poznane obszary- może któryś ….może ten- Znowu nic, dalej widzi wirujące otworki. Tak pomyślał o małych punktach zderzających się ze sobą lub krążących jedne wokół drugich.
- Zdenerwowałem się -to jak zabawa w chowanego. Myślę … myślę, ale nie wiem w którą iść stronę. Nie uśmiecha mi się przebywanie wśród dziwnych pęcherzyków. Wszędzie to samo i tak ma teraz być. To jak kara- Fion zaczynał poddawać się. Był przekonany, że są w pułapce. Bezbolesna, ale jak istnieć jeśli traci się wiarę. Wyobrażał sobie, że jest mózgiem wyrwanym ze swojej przestrzeni. Umieszczony na zewnątrz czuł, że jest w innym miejscu, ale nie wiedział jakim. Pozbawiony realnego wymiaru gubił się w doświadczeniach. Nie potrafił zrozumieć tego co ich otaczało . -Wołać o pomoc? To nie jest możliwe- tu nikogo nie ma. Ironicznie analizował swoje porównanie- Mózg nie potrafi wydobywać dźwięków.
- Alfabet myślowy jest odczytywany w świecie z kąt pochodzę. Mogę rozmawiać tylko z Olemą- w tej chwili czuł się zagubiony.
-Przestań marudzić- szturchnęła go zmieniając nastrój. Sam to ty nie jesteś. A ja już się nie liczę. Jesteśmy razem- to wystarczy. A jak nie potrafisz się pogodzić z tym, że jesteśmy w nowym miejscu to zacznij sobie przypominać stare. W tamtym świecie znajdziesz nasze życie, będzie lepiej. Wspomnienia to dobra sprawa. Mamy je, jeśli jest zbyt trudno można włączyć przycisk. Wokół nas pojawią się nasze doznania. Przestaniemy być sami.
- Oj! Ty moja przyjaciółko, ale to są tyko schowane obrazy, a kiedy się dobrze rozejrzę… widzę….wstrętne kolorowe pęcherzyki, które zaczynają mnie denerwować- Skrzywił się jakby całe wnętrze wypełniła mu gorzka substancja.
-No właśnie głupolu. Potrafisz już coś wyróżniać. Zastanów się teraz dobrze. Widzisz otworki czy pęcherzyki. Sprecyzuj to- Olema zaczęła się zastanawiać dlaczego Fion raz widzi otworki, a raz pęcherzyki.
- Masz rację to już jest coś. Zaczął radośnie podskakiwać. Jak małe dziecko, które dostało najwspanialszą zabawkę. |
|