| mewa |
| moderator |
 |
 |
| Dołączył: 20 Kwi 2006 |
| Posty: 1663 |
|
|
|
 |
 |
 |
|
Raz, dwa, trzy...liczę kamienie, liście,
- głupota prawda?
Wspinam się na górkę, Wieloryb, dzieci ją tak nazwały, zimą raj, sanna.
Teraz jest sierpień, przemija zieleń, może nie tak, ona nie przemija, tylko wchłania tabletki na koncentrację, na pamięć. Tak , podobnie jak ja, tylko ja łykam proszki na miarowe bicie serca, na możliwość dalszego liczenia kamieni, na obietnice, że jeszcze się tutaj wdrapię.
Cztery, pięć, sześć... nie wiem dlaczego, ale wędruje ze mną „Amsterdam”, „Flamandki”, Jacques Brell zabrał się ze mną, i nuci w mojej głowie, swoim przepitym i przepalonym głosem. Tak sobie myślę:
- nie zasługuję na to, aby Brell wchodził ze mną na Wieloryba...
Siedem, osiem, dziewięć... dlaczego liczę? Przecież to pozwala mi minąć krąg buków, o jedną cyfrę więcej, a... Często o nich myślałam, a najzwyczajniej w świecie przeszłabym obok nich.
- tak łatwo przejść obok...
Słychać dzwony, tutaj jest ładnie, nie, tutaj pachnie, tutaj wszystko szybciej się goi. Czasami mam ochotę powiedzieć.
- Boże, odpocznij sobie ode mnie.
Jestem, udało się dzięki liczeniu kamieni i liści. Dobrze mi klamrami spięli to serce. Niby nic, tylko wchodzenie i schodzenie na i z Wieloryba.... |
|